Logo
Recenzje

Teatralna Kicia: Hamlet

14.10.2026, 13:47 Wersja do druku

„Hamlet” Williama Shakespeare'a w reż. Jacka Jabrzyka w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. Jeremi Astaszow/mat. teatru

W ostatnim czasie rozdarł się worek z Hamletami i kilka teatrów niemalże jednocześnie premierowało spektakle oparte na tym klasycznym tekście. Postawiłem sobie nie aż tak ambitny cel, czyli zobaczyć wszystkie te trzy produkcje (Narodowy Stary Teatr, Teatr Powszechny w Warszawie i Teatr Zagłębia w Sosnowcu) i porównać sobie, która z nich moim zdaniem najciekawiej podchodzi do tematu. Mogę więc uznać, że jestem half way to nowhere, bo mam za sobą „Mam coś w głębi nie do przedstawienia. HAMLET” ze Starego, przede mną „Hamlet” z Warszawskiego Powszechnego, a nie tak dawno w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu (eksterytorialnie w Dąbrowie Górniczej z okazji remontu) zobaczyłem „Hamleta” Jacka Jabrzyka - nad tym spektaklem postaram się dziś pochylić.

Jacek Jabrzyk i Tomek Śpiewak trzymając się szkieletu dramatu jednocześnie przesuwają czas akcji do współczesności i od razu wrzucają nas w wir akcji. Poznajemy bohaterów tego dramatu, który powinien stać się interwencyjnym odcinkiem „Sprawy dla reportera” w momencie przyjęcia weselnego Gertrudy i Klaudiusza, które wygląda zupełnie jakby odbywało się w jakiejś remizie w Pierdziszewie Dolnym, silącej się na bycie fancy. Wszyscy starają się zachować odpowiednią minę do odpowiedniej gry do momentu, aż Ofelia intonuje „Wspaniałych rodziców mam” - wtedy akcja nabiera tempa i zaczyna zmierzać w znanym z oryginału kierunku. W całości tych weselnych figli bierze udział Hamlet, ale jest zupełnie niewzruszony tym, co się dzieje, bo siedzi przy stole w goglach VR zatopiony w wirtualnej rzeczywistości - jedynej, w której ma do kogo się odezwać. Horacjo, jego ostatni szczery przyjaciel, jest sztuczną inteligencją i tylko przed nim Hamlet może się w pełni otworzyć.

Hamlet stara się odkryć prawdę o śmierci swojego ojca, jednak z mojej perspektywy jest ona zepchnięta tutaj na dalszy plan, a istotniejsze staje się to, że tak realnie książę zaczyna popadać w swoisty obłęd powodowany brakiem człowieka, któremu może zaufać, ale i ciągłą obserwacją, której jest poddany, czy to przez oko kamery, czy pozostałych dworzan. W tym szaleńczym pędzie coraz wyraźniej majaczy kwestia, której Jabrzyk chciał się przyjrzeć w swoim spektaklu - czy w świecie alienacji technologią i ciągłą presją oceniania pojawia się dla młodych przestrzeń na budowanie własnego ja w sposób spójny i zbilansowany? A jednocześnie: czy w świecie pełnym konfliktów, zła i agresji, jest szansa na normalność i zbudowanie relacji pozbawionej przemocy? To dobitnie komentuje dodana przez Śpiewaka scena, w której Hamlet brutalnie gwałci Ofelię na oczach kamer, z pełną świadomością, że będzie to widziane i ocenione przez wszystkich. Miałem mocne wrażenie, że nikomu nic się w tym świecie nie chce. Hamletowi dowiedzieć kto zamordował ojca, Klaudiuszowi zagarniać władzy, a Ofelii nawet tonąć. Świat zmęczonych, przebodźcowanych i zblazowanych ludzi. Jedyny moment, kiedy trafia się odrobina oddechu dla głównego bohatera, to przybycie trupy teatralnej i możliwość obcowania z prawdziwym człowiekiem i realną emocją na żywo; to wyrywa młodego księcia z letargu.

fot. Jeremi Astaszow/mat. teatru

Treściowo spektakl Jabrzyka broni się dość dobrze, jednak miałem spory problem ze strukturą całości, bo była ona nieco rwana i sceny nie zawsze dobrze i logicznie wynikały z siebie nawzajem; często też decyzje sceniczne gryzły się ze sobą, na przykład wrzucenie klasycznie i tradycyjnie odegranej walki Hamleta na rapiery. Może powinniśmy się domyślić, że walka odbywa się w grze, mogłoby to wyjaśniać padające w finale kukły (jak awatary), niemniej brakuje tutaj kontekstu, żeby za tą interpretacją iść. Finalnie Horacjo obiecuje nam opowiedzieć całą historię, ale nie daje nam to jasnych perspektyw, bo wprawdzie to przyjaciel Hamleta, ale też AI, które podatne jest na przekłamania, halucynowanie i deformowanie opowieści, może w rzeczywistości jesteśmy właśnie świadkami takiego pisania historii.

Najbardziej z tego „Hamleta” zapadła mi w pamięć chyba Ofelia Natalii Bieleckiej, szalona i zagubiona od samego początku, z duszą artystki, ale takiej artystki-pijaczki z liceum; każdy miał taką osobę w klasie. Niewinna i jednocześnie niepokojąca, od początku czuć, że skończy raczej źle, bo próba wyrwania się spod zbyt dużego nadzoru rodzica zwykle kończy się niedobrze. Zostały mi też w głowie pięknie wykonane przez nią piosenki - ukłony dla niej ode mnie.

Spektakl sosnowieckiego Teatru zostawił mnie mocno skonfundowanego, bo obok momentów naprawdę budzących respekt potrafiły się trafić momenty zupełnie płytkie i tchnące oczywistością, na przykład cała próba pozbycia się świadków przez Gertrudę i Klaudiusza - historia o władzy usuwającej niewygodne jednostki stara się być pokazana jako coś odkrywczego. Mocno nierówny spektakl, który zostawił mi więcej pytań niż odpowiedzi, ale mimo wszystko miałem poczucie obcowania z przemyślanym dziełem i nie bawiłem się źle. Zastanawiam się także, co tam pomajstrowano przy tym „Hamlecie”, bo według strony teatru powinien trwać 150 minut z przerwą. Mój przebieg trwał 120 bez przerwy - potrzebuję więcej danych, żeby to sobie jakoś przeanalizować: co i czemu zniknęło. Może to też miało wpływ na dynamikę mojego przebiegu.

Źródło:

Teatralna Kicia

Autor:

Kamil Pycia

Sprawdź także