„Ford” Marcina Wierzchowskiego i Michaela Rubenfelda w reż. Marcina Wierzchowskiego w Teatrze im. Siemaszkowej w Rzeszowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Aleksander Ford do tej pory egzystował w moje głowie jedynie jako filmowiec, znany głównie z „Krzyżaków”. Jak się okazało, jest tam o wiele więcej do opowiedzenia. Jednocześnie przebierałem nóżkami z ekscytacji, bo za sterami tego przedsięwzięcia stoi Marcin Wierzchowski, którego spektakle i wrażliwość cenię (nie, nie mówię o tobie „Nadchodzi chłopiec”). Byłem mega ciekawy co pokaże na rzeszowskiej scenie biorąc pod uwagę jak miażdżące były dla mnie jego przedstawienia.
Marcin Wierzchowski i Michael Rubenfeld w rzeszowskim teatrze im Wandy Siemaszkowej wzięli na warsztat biografię Aleksandra Forda, który nigdy nie wydawał mi się postacią ciekawą; jednocześnie nie zgłębiałem jego biografii, bo zwyczajnie nic nie zapowiadało tak interesującej dramy do zgłębienia. Można było rozpatrywać go na scenie jako wielkiego filmowca, stojącego za jedną z pierwszych superprodukcji w Polsce i nakreślić laurkę bez krzty jakiejkolwiek krytycznej analizy – bo przecież sama taka wizja jest potencjalnym materiałem na rozbuchamy spektakl. Jednak obaj panowie podeszli do tej biografii w sposób odrobinę inny; Ford, a raczej Mosze Lifszyc, zostaje u nich poniekąd strącony z piedestału, na którym tak naprawdę nigdy nawet nie był i pokazane jest to, co działo się na zapleczu wielkiej kinowej epopei jego życia. Wierzchowski i Rubenfeld nie mają na szczęście łatwych odpowiedzi – w tej materii też mogli iść po linii najmniejszego oporu i stworzyć obraz przemocowego potwora pozbawionego skrupułów, bo tak można z łatwością go przedstawić i nie ukrywam, że bałem się, że taka wizja zostanie zaserwowana ze sceny. Na szczęście Wierzchowski wybiera w swoim „Fordzie” same niewydeptane ścieżki i trudne odpowiedzi, a na każdym froncie wychodzi z nich obronną ręką.
Tę historię zaczynamy poznawać na płaszczyźnie współczesnej: zagraniczny reżyser Ari Fink wraz z żoną Mią przyjeżdżają do Polski, aby nakręcić film o tytułowym bohaterze spektaklu. Wszystko zdaje się iść tak jak powinno, jednak Fink nie potrafi trzymać łap przy sobie i wdaje się w romans ze swoją asystentką Matyldą, której ówczesny partner będący dziennikarzem zaczyna kopać w przeszłości Ariego w ramach prywatnej vendetty. Dzięki temu na światło dzienne wychodzi, że reżyser w swoim poprzednim projekcie filmowym dopuścił się niemalże identycznej zdrady i został po cichu odsunięty od produkcji. To staje się swoistą paralelą dla wątku skupionego na biografii Forda, bo jak się okazuje, niestałość w uczuciach najwyraźniej wielcy twórcy mają wpisane w DNA i podobny schemat okazuje się być obecny w życiu i związkach tytułowego bohatera. Obserwujemy go przez cały spektakl dość wiernie podążając za realną biografią, jednak głównie dane jest nam go oceniać poprzez pryzmat jego relacji z kobietami w jego życiu: od matki przez żonę do licznych kochanek i asystentek, które w sobie rozkochiwał. Miał on w sobie wbudowany schemat walidacji własnej wartości tylko w momentach, gdy kobieta patrzyła na niego z podziwem. Wraz z biegiem relacji czuł coraz mniej i zaczynał szukać nowego bodźca.
Co ważne, skupienie na relacjach nie ogranicza spektaklu z Teatru im. Siemaszkowej do romantycznej popierdółki – ta kanwa jest pretekstem do opowiedzenia o głęboko ukrytym wstydzie przed samym sobą i swoim pochodzeniem, strachem budowanym latami i nieumiejętnością odnalezienia się w sytuacji stałego poczucia dobrobytu. W Fordzie ciągle brzmiał ten straszny ryk głodu, czy to uznania czy uczucia i poczucia bycia potrzebnym i wyjątkowym. Równoważnie wybrzmiewającym wątkiem jest kwestia tożsamościowa. Czy Ford jest bardziej Fordem czy Lifszycem i czy ta przynależność żydowska bardziej uwiera czy daje poczucie wspólnoty. Bardzo mocno wybrzmiewa to w scenie przesłuchania Forda w 1968 przed wygnaniem go z kraju. Odzywają się nie tylko osoby przesłuchujące go, ale zaczynają też wrzeszczeć wyrzuty sumienia i ludzie z przeszłości, stawiając go niemalże bezbronnego przed rozszalałym tłumem – tym realnym, ale także tym w jego głowie.
Do Forda finalnie powracają wszystkie widma z przeszłości, aby się z nim rozliczyć i dowiedzieć czy jakiekolwiek z decyzji by zmienił, zamykając całość słowami nawiązującymi do jego ostatniego filmu: „Jest pan wolny, panie Lifszyc” i robiąc widzom emocjonalną Hiroszimę.
Wierzchowski skonstruował w Rzeszowie trudny obraz o wstydzie, żądzy życia i niepohamowanej fali krzywdy, jednocześnie nie formułując czarno-białej historii; reżyser stawia na zniuansowane odcienie szarości, które najlepiej oddają to, jak wygląda życie, zapraszając widza do czucia wszystkiego niemalże jak koszuli na skórze albo o pół rozmiaru za małego buta; lekki dyskomfort piętrzący się przez długi czas w końcu staje się nie do zniesienia i zaskakuje nas, bo nie wiemy kiedy się pojawił. Spektakl jest poprowadzony bardzo filmowo wpisując się w kontekst samej biografii twórcy filmowego. Plany czasowe przenikają się tworząc niemalże kinematograficzne ujęcia trwające symultanicznie i uzupełniające się wzajemnie. Co wspaniałe, ten efekt uzyskuje się narzędziami bardzo tradycyjnymi.
Aktorsko „Ford” stoi bardzo mocno zespołem – jednak pięknie i wyraziście swojego Forda kreuje Robert Żurek, który jest w tym spektaklu tak podobny do samego Forda, że przecierałem oczy ze zdziwienia. Jest to rola prosto w twarz; Żurek nie stara się kokietować widza, jego gra jest surowa i mocna, nie ma tutaj miejsca na zabawę w symulowanie i udaje się to na 100%, bo dostajemy bohatera z krwi i kości. Rozczuliła mnie też Małgorzata Machowska w roli matki Lifszyca – jej scena w hotelowym pokoju, gdy po latach spotyka swojego syna, jest ściskająca za serce i naprawdę sprawiła mi ogromną przykrość. Emocjonalna bomba. Doskonale pokazana tęsknota, ale też duszona radość z ponownego spotkania się po latach.
Rubenfeld i Wierzchowski napisali piękny spektakl, a Wierzchowski tchnął w ten tekst na scenie swoją charakterystyczną wrażliwość i umiejętne prowadzenie historii, przez co prawie 4-godzinna sztuka nie siada ani na chwilę, wciąga widza i fascynuje, nie dając emocjonalnego wytchnienia. Jest to nieprzyjemna wizja: od bohatera do zera, ale bez jasno określonego obarczenia winą i karą, bo los zgotował mu je sam, w zupełnie różnych sferach życia. Co ważne, oddaje się wszystkim skrzywdzonym przez niego kobietom głos, ale również przestrzeń na pokazanie swojej perspektywy; dzięki temu widzimy obraz głęboko pokaleczonego i nieszczęśliwego człowieka, który próbując utrzymać się na powierzchni topi innych wokoło niego.