„Burza” Williama Shakespeare'a w reż. Franciszka Szumińskiego w Teatrze Bagatela w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Z Szekspirem mam tak jak z czerniną – sam koncept może jest fascynujący i brzmi intrygująco, ale jak staję twarzą w twarz na żywo z wcześniej wspomnianymi to cały czar jakoś trochę ulatuje. I Szekspir i czernina są w pewnych kręgach istotne i kultowe, niemniej dla mnie stają się w swojej esencji odrobinę kulą u nogi rzeczy, które próbują na nich bazować. Czy są to spektakle wystawiające Szekspira bez specjalnych udziwnień, czy są to obiady rodzinne z czerniną jako daniem głównym. Obie sytuacje w moim odczuciu grzęzną wtedy odrobinę w dolinie niezręczności. Tutaj pada pytanie – co z „Burzą” w Teatrze Bagatela w reżyserii Franciszka Szumińskiego? W tym temacie mam trochę do powiedzenia; na czerninę spuśćmy zasłonę milczenia jak i na mizerię podawaną na słodko. Są rzeczy tak straszne, że lepiej o nich nie wspominać. Na szczęście „Burza” nie należy do nich.
Szumiński razem z Gosią Jakubowską Raczkowską odpowiedzialną za dramaturgię w „Burzy” wybierają dosyć wierne trzymanie się tekstu i obierają trasę stosunkowo klasycznego wystawienia tego tekstu, bez zbędnych wodotrysków i udziwnień. Śledzimy więc historię Prospera, wygnanego księcia Mediolanu (pewnie go wygnali przed fashion weekiem, żeby nie robił siary) i jego córki Mirandy nazwanej tak na cześć znanego pomarańczowego gazowanego napoju. Ojciec i dziewczę żyją sobie w miarę na czilu na wyspie razem z Arielem i Kalibanem, magicznym duchami, które Prospero sobie podporządkował dzięki swoim umiejętnościom czarowania. Los tak zrządził, że w pobliżu tej wyspy przepływa statek wiozący wszystkich wrogów naszego głównego bohatera. Ten w ramach wendety postanawia rozpętać burzę, która rozwala ich statki w drobny mak, a samych zainteresowanych fale wyrzucają na brzeg wyspy, aby Prospero mógł dokonać słusznej i planowanej od lat zemsty. Tutaj mówię stop, bo ten tekst powstał tak dawno, że jak ktoś chce to se już doczytał co dalej, a jak nie umie czytać to nie jest już mój problem.
W ogólnym planie: trzymając się litery tekstu twórcy budują dość prostą i przejrzystą opowieść o meandrach polityki w czasach destabilizacji oraz do czego posunąć się może żądny władzy człowiek, aby ją utrzymać. Obserwujemy to, jak pozornie dobry Prospero, który w opowieściach serwowanych swojej córce był szlachetnym i kochanym władcą, okazuje się też bezlitośnie wyrachowany i finalnie niemalże sprzedaje swoją córkę za mąż, aby odzyskać władzę nad odebranym królestwem. Jednocześnie mocno zaakcentowany zostaje wymiar uczucia jako klatki i swoistego więzienia z rozsądku, czy też interesu – wybrzmiewa to w wątku Ariela i Prospera, Ferdynanda i Mirandy, a także córki Alfonsa wydanej za afrykańskiego księcia jedynie po to, by połączyć politycznie dwa kraje. Polityka bezwstydnie miesza się z pozorowanym uczuciem pokazując, że w świecie władzy nie ma nigdy czystej intencji. Nieśmiało też kołata się na dalszym planie kwestia podmiotowości kobiet i tego, jak traktowane bywają przez historię, ale jest to jedynie lekkie liźnięcie tematu.
Ciekawie wybrzmiewają te polityczne akcenty jednak poza tym nie widzę w „Burzy” Szumińskiego nic więcej. To wystawienie może być traktowane jako pokaz siły tekstu Szekspira i jako główny element do poznania w trakcie przebiegu spektaklu, niemniej w wielu momentach aż prosi się o większa interwencję dramaturgiczną, bo wiele scen ciągnie się, a wręcz nie prowadzi do niczego, co mocno czuć w tym 2,5 godzinnym spektaklu. Na spokojnie można by go skrócić o jakieś 20 minut i nikt by nie płakał. Chwilami staje się on zbyt przegadany i prawdziwe skrzydła rozwija w momentach, gdy pozwala się ze sceny mówić muzyce i obrazom. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie otwierająca spektakl sekwencja burzy z super projekcjami Stanisława Zaleskiego i muzyką Marcina Nenko. W połączeniu z choreografią katastrofy Aleksandry Kuś i naprawdę satysfakcjonującą grą aktorów miałem ciarki. Zupełnie bez powodu ta scena przywołała mi w pamięci sekwencję otwierającą pierwszy odcinek serialu „Noce i dnie” Antczaka. Doniosła muzyka i duszące uczucie bezsilności – ciarki. Takie właśnie uczucia towarzyszą przez większość scen, gdzie właśnie słowo ustępuje obrazowi i nie ukrywam, że Szumiński w tych sekwencjach daje sobie radę najbardziej.
Przyczepić się muszę niestety do scenografii, która jest bardzo pretekstowa i mocno naga, zbudowana z podestów technicznych. Byłoby to spoko i byłoby spójne, gdyby ktoś nie poupychał pomiędzy tymi podestami sztucznej trawy z Pepco, co spowodowało, że finalnie całość – zamiast wyglądać abstrakcyjnie i tajemniczo – dawała vibe szkolnego przedstawienia w sali gimnastycznej.
Aktorsko jest dość spoko, na tle wszystkich kreacji bardzo dobrze swoją rolę Prospera prowadzi Anna Rokita, chociaż za Chiny Ludowe nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie w głowie czemu nastąpił tutaj gender-swap. Nie potrafię tego w żaden logiczny sposób uzasadnić bazując na całości spektaklu. Niemniej, dźwiga tę rolę z ogromną gracją i super wciela się w króla, który wyglądem i zachowaniem jest trochę wujkiem Ziutkiem z lat 90.
Michał Kościuk jako nie-do-końca-tak-cnotliwy Sebastian urzeka w łobuzerskich i bardziej agresywnych momentach; super wypada także w scenie bankietu, kiedy pozwala sobie na taneczne figle na stole. Pokazuje kolejną twarz zła polityki, która momentami knuje jak pozbyć się własnej rodziny dla potencjalnej korzyści (za podszeptami Antonia) ale odrobinkę się w tych zakusach jeszcze kryguje.
Sumując sobie plusy i minusy tego spektaklu dostaję coś na środku skali; bardzo klasyczne w formie i niewiele wnoszące w kwestii interpretacji. Osoby lubiące teatr spokojny i bez specjalnych ekscesów powinny być zadowolone, jednak dla mnie jest to odrobinę zbyt nierówne i rozwleczone. Przywykłem do innej dynamiki scenicznej. Jest to okej spektakl, nieco przegadany, ze sporą ilością niezrozumiałych dla mnie decyzji reżyserskich, ale broniący się malarskimi momentami, w większości przekonywującą grą aktorską i super muzyką Marcina Nenko. Daleko „Burzy” do bycia czerniną, ale też daleko do pysznego steka. Witam w barze mlecznym.