EN
14.07.2022, 17:23 Wersja do druku

Teatr Wielki w Dramatycznym

„Amadeusz” Petera Shaffera w reż. Anny Wieczur w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Krzysztof Mroziewicz w portalu studioopinii.pl.

fot. Krzysztof Bieliński / mat. teatru

Owacjami na stojąco przyjęli widzowie premierę „Amadeusza” Anny Wieczur (reżyseria) w teatrze Tadeusza Słobodzianka (Dramatyczny m.st. Warszawy) w dniu 8 lipca. Wśród widzów bijących brawo byli krytycy, a także zaproszeni artyści z innych teatrów. „Amadeusz” to dzieło jednego z najczęściej granych i najchętniej oglądanych współczesnych pisarzy angielskojęzycznych, Petera Shaffera.

Znane jest dzięki znakomitej ekranizacji Miloša Formana, którą nagrodzono ośmioma Oskarami. Moglibyśmy dołożyć kilka symbolicznych Oskarów za reżyserię Romana Polańskiego w Teatrze na Woli oraz za jego rolę Mozarta, oraz gigantyczną kreację Tadeusza Łomnickiego, który pozostał w pamięci jako Salieri. Dodałbym do grona laureatów panią Annę Wieczur, która zaistniała w Warszawie jako twórczyni spektakli – pierwszego o Kantorze i Grotowskim (Słobodzianka) a teraz drugiego – o Mozarcie i Salierim (Shaffera).

Tłumacz Maciej Stroiński dokonał sztuki łączenia fraz typowych dla dzisiejszego języka młodych odbiorców z ciężko, ale dobrze brzmiącymi monologami fircyków z dworu cesarskiego czasów Mozarta. Łączenie tych dwu światów to zasada inscenizacyjna, której podporządkowane są wszystkie narracje składowe widowiska. Więc w osobie Amadeusza mamy zarazem genialnego transmitera tajemnicy przekazanej mu w muzyce przez Boga, a zarazem gówniarza, który zabawia się sprośnościami z zakresu niemieckiej kultury analnej. Rola grana jest brawurowo przez Marcina Hycnara, który wypina się do widza gołą dupą i to wtedy, kiedy usłyszymy „Requiem”. Gigantycznego (że drugi raz użyję tego słowa) wysiłku kosztowała Adama Ferencego rola miernoty, która(y) zarazem wie, że jest patronem wszystkich miernot. Warto powiedzieć przy okazji czym jest talent według Fiodora Dostojewskiego: jest to celne wykonywanie tego, co miernota robi nieudolnie.

fot. Krzysztof Bieliński / mat. teatru

Shaffer musiał mieć jako bohatera postać wstrętną dla kontrastu z czystym geniuszem, który tworzy w religijnej ekstazie. Z tej przyczyny Salieri odarty został z wszelkich osiągnięć i zasług, jakiekolwiek one były. A pisali o nim Puszkin, którego wsparł muzyką Rimski-Korsakow. Bywał grany w Warszawie pod koniec XVIII wieku. Zamówiono u niego operę na uroczystość otwarcia La Scali w Mediolanie. Oskarżano go o zabójstwo konkurenta, Mozarta. Shaffer ulitował się nad nim pod koniec swojego dramatu i we wspaniałym monologu finalnym Salieriego udowodnił, że kiepski ten kompozytor miał jednak sumienie, czyli zdolność odróżniania dobra od zła.

Spektakl pod każdym względem zasługuje na najwyższe oceny. Wspaniale prowadzona ścieżka muzyczna zachwyca zawsze wtedy, kiedy na pierwszym planie mówi się o kolejnych utworach Mozarta. Ciężar scenografii przerażający na początku staje się w miarę upływu czasu scenicznego coraz lżejszy. Modest Ruciński bliźniaczo podobny do najbardziej dziś rozchwytywanego tenora koloraturowego Juana Diego Pereza potrafi swoje podobieństwo zgrabnie wykorzystać w roli cesarza Józefa II.

Dyrektor Słobodzianek występuje w tej inscenizacji implicite jako najwybitniejszy polski dramaturg, który został olany w konkursie na kolejną kadencję przez dziesięciu Salierich z komisji Wydziału Kultury.

***

Krzysztof Mroziewicz
Dziennikarz, pisarz, dyplomata
Ur. 20 lutego 1945 w Słupicy koło Jedlni. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego; studiował na Wydziale Matematyki i Fizyki oraz w Instytucie Dziennikarstwa i Nauk Politycznych.  Ambasador RP w Indiach w latach 1996-2000.

Tytuł oryginalny

Teatr Wielki w Dramatycznym

Źródło:

studioopinii.pl
Link do źródła

Autor:

Krzysztof Mroziewicz

Data publikacji oryginału:

11.07.2022