Logo
Recenzje

Sztylet i szpada

27.04.2026, 14:15 Wersja do druku

„Romeo i Julia” Sergiusza Prokofiewa w chor. Jacka Tyskiego w Operze Wrocławskiej. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.

fot. Marek Grotowski

Trudno mi samemu w to uwierzyć, ale dopiero pierwszy raz oglądałem wersję choreograficzną Jacka Tyskiego Romeo i Julii przygotowaną w 2018 roku z zespołem baletowym Opery Wrocławskiej. Minęło osiem lat od pierwszego wykonania. Dolnośląski zespół zmienił się nie do poznania, zatem można uznać tegoroczną prezentację nie tylko jako wznowienie, ale faktycznie pokaz premierowy. Sceniczne dzieje wiecznych kochanków z Werony, utrwalone na kartach dramatu Williama Shakespeare'a, w świecie tańca posiadają niezliczone wersje, układy i interpretacje. Najbardziej rozpowszechnioną pozostaje kompozycja muzyczna Sergiusza Prokofiewa, która zagościła pierwszy raz na scenie w roku 1938. Blisko sto lat sukcesów, choreograficznych pokazów możliwości, a także artystycznych wzruszeń dzięki solistom, którzy ukazywali swój kunszt w tytułowych partiach, a także rolach pobocznych. Jednak wielu twórców pokusiło się na indywidualne podejście do utworu Stratfordczyka, dokonując wyboru odmiennej muzyki od formy powszechnie rozpropagowanej. Chociażby od Piotra Czajkowskiego do współczesnych kawałków rockowych i popowych, jak było w spektaklach Edwarda Cluga czy Roberta Bondary. Wersji jest mnogość, a potężna różnorodność doskwiera w zliczeniu kolejnych oryginalnych prezentacji.

Z utworem Prokofiewa, we współczesnych czasach, pozostaje wielki problem. Jest on niesłychanie długi, rozciągnięty, momentami monotonny. Szczególnie doskwiera akt ostatni, gdzie minimalizm sekwencji szybkich, skupienie się na dramacie jednostek powoduje znudzenie i niestety senność publiczności. Potrzeba sprawnego twórcy, aby uniknąć owego efektu, gdyż inaczej powoduje on zatracenie pozytywnych wrażeń na rzecz ostatnich niekorzystnych doznań. Kluczem jest nie tylko choreograf, którego indywidualna kreska jest w stanie pobudzić tchnienie i ducha tańca w poszczególne postaci, a nie tylko serwować prostą, by nie napisać prostacką, pantomimę. Drugi ważny element to wykonanie muzyki. Istotą staje się niegranie jej przez orkiestrę sztampowo, powierzchownie, lecz zniuansowanie, odkrywając całą paletę różnorodności emocjonalnej w jej pięknie. I mogę powiedzieć, że owe elementy spotkały się w Operze Wrocławskiej. Bez świetnego wykonania muzyki nie byłoby wielce udanego wieczoru baletowego, który nie nudzi, a staje się ciekawą podróżą nie tylko w głąb zakazanego uczucia, ale przede wszystkim obrazu pewnego, różnorodnego świata, w którym opowieść tańcem jest elementem nadrzędnym. Dobrze jest mieć poczucie, że dawny spektakl — nie premierowy czy inauguracyjny wznowieniowy — lśni blaskiem doskonałości i wielkiego szacunku dla widza, który może pierwszy raz odwiedza scenę baletową.

Uwielbiam tego typu wieczory — właśnie niegalowych pokazów pełnych dostojeństwa, kurtuazji i niestety przesadnego udawania. W przeciętnych przedstawieniach można zauważyć rzeczywiste zainteresowanie widza, który zakupił bilet, nie otrzymał zaproszenia, ale oczekuje wysokiego produktu artystycznego. Wabikiem, w przypadku Romeo i Julii, jest oczywiście sam tytuł i powierzchowna wiara wiedzy o treści tegoż utworu. Ale może się ona wydawać pozorna, gdyż losy przeznaczonych sobie dusz okraszone są wielkim wianuszkiem postaci i wątków pobocznych, w których gąszczu łatwo się pogubić. Sztuką jest takowa interpretacja, aby publiczność, nie czytając nawet streszczenia, miała świadomość rozwoju akcji. Cenię sobie wielce spektakle narracyjne, których konstrukcja posiada klarowny przekaz, w pełni zrozumiały dla odbiorców. I można powiedzieć, że ma to miejsce we Wrocławiu. Do widza podchodzi się z szacunkiem, każdy spektakl jest tak samo istotny, ważny pod względem wykonania, a gdy dołączymy do tego spójność inscenizacyjną spektaklu bez słów, możemy powiedzieć, że jest sukces.

Wersja Jacka Tyskiego jest niezwykle prosta w swojej warstwie dramaturgicznej. Choreograf podąża za literą słów Shakespeare'a. Pozostaje mu wierny w opowieści. Nie sili się na zmiany, innowacje. Stosuje jeden zabieg — i chyba dobrze — nożyczek i wyeliminowania niektórych scen. Ma to miejsce w akcie trzecim, co pomaga w kondensacji, zwięzłości historii. Nie miejsce opowiadać dzieje mieszkańców Werony i niemożliwego wielkiego uczucia dzieci dwóch zwaśnionych rodów. Jednak tym, co wyróżnia ową pracę, jest próba jej uniwersalizacji. Nie została ona osadzona w konkretnym czasie czy miejscu, ale może wydarzyć się w każdym czasie czy okolicznościach. Pomagają w owym ujęciu dekoracje Olgi Skumiał i kostiumy Marty Koncewoj. W scenografii dominuje biel horyzontu będącego swoistym balkonem, ale niezwykle funkcjonalnym, gdyż dzięki uzupełnieniu go schodami staje się zjawiskową salą balową, a także grobowcem Julii. Dodatkowymi elementami są zastawki, które wydzielają pola gry. Jednak owa jasność jest niezwykle wyrazista. To jak niewinność życia i miłości. Czasu dojrzewania, pierwszego zauroczenia. To idealny świat, w którym wkrada się dorosłość ze swoim brudem i złowieszczością. Ród Capulettich jest odziany w stroje czarne, kontrastujące ze wszystkim, co jest wokół. Tyski jasno przeciwstawia barwą rodziny, różnicuje owe rody. Przyjaciele Romea — Merkucjo i Benwolio — posiadają stroje w odcieniach różu i bordo. To faktycznie jedyne wyróżniki ze świata dwukolorowego konfliktu. Można powiedzieć, że właśnie walka jest ową myślą przewodnią opowieści. Nie tylko o względy drugiej osoby, ale także rywalizację pomiędzy mężczyznami o dominację, gdzie biała broń staje się częstym atrybutem akcji. To napędza stronę widowiskową przedstawienia. Tyski, wykorzystując technikę neoklasyczną, ograniczając — i bardzo dobrze — własne dopowiedzenia w oryginalnej narracji, wyżywa się w kreacji własnego języka tanecznego. Daje jemu upust właśnie w scenach zespołowych, tych szybkich, dynamicznych, pełnych technicznych trudności. Widać oryginalne kroki, a przede wszystkim nieustanny taniec, który urzeka. Dzięki temu wygrywa cały zespół wykonawców, którzy świetnie współgrają w sekwencjach grupowych, ale także znakomicie prezentują się w popisach indywidualnych.

Niekwestionowanym bohaterem numer jeden wieczoru jest Andrzej Malinowski jako Romeo. Artysta pozostający w zespole wrocławskim od kilku lat prezentuje w układzie niezwykłą dojrzałość techniczną, a także olbrzymie zaangażowanie emocjonalne. Nie odstępuje mu jego partnerka Phoebe Anderssen jako Julia. Ale niknie niestety obok męskiego ramienia. To raczej historia o nim, który żyje dla przyjaciół i miłości. Nie jest odmieńcem, oddalonym od świata swoich najbliższych — to świetny kompan swoich najbliższych. Choreograf nie tylko konstruuje bogate sekwencje zespołowe, ale także partie drugiego planu. Tu świetnie wypada Łukasz Ożga, wcielający się w postać wiecznego podrywacza, żyjącego dla kobiet i z kobietami. Nieustannie uśmiechnięty, radosny i dowcipny. Charakteryzuje go także dobra technika. To także atut Alessandro Ciotty jako Benwolio. Niesłychanie zwiewny, delikatny, idealny dla ról klasycznych, niestety nie posiada charyzmy swoich towarzyszy, pozostając w ich tle scenicznego wyrazu.

Ową myśl wyposażenia postaci w indywidualne charakterystyczne wyróżniki świetnie widać w domu Capulettich. Tybalt (Kai Kanzaki), niesłychanie postawny i wyrazisty, jest demoniczny i złowieszczy niczym strażnik lub nieustanny wojownik rodowej dominacji i godności. Nie ustępuje mu matka Julii (Nonoka Miyamoto), niesłychanie ekspresyjna, w świetny sposób ukazująca emocje lamentu, utraty członka rodziny oraz córki. Powtarzalna sekwencja ruchowa pełna napięcia, jasnych, wyrazistych ruchów oddaje ból kobiety zranionej, która straciła to, co najbliższe. Ów kilkuminutowy pokaz cierpienia urzeka i ukazuje, jak taniec może wiele powiedzieć, nie wyrażając ani jednego słowa. Ojciec rodziny (Riccardo Persico), początkowo niedający poczucia, że jest w stanie oczarować swoimi możliwościami, wraz z rozwojem akcji ukazuje wielką paletę technicznej sprawności. I na koniec może epizod, ale z oryginalnym pomysłem. Olivier Hornby jako Parys — nieśmiały i przepraszający, że wtargnął w skomplikowany świat walki rodowej — ukazuje aktorskie umiejętności i proste zabiegi interpretacji postaci. Co ważne, nie są to puste gesty pantomimicznego układu, ale taneczne, pełnokrwiste fragmenty, które dają szansę zaprezentowania się szerokiemu gronu artystów baletu Opery Wrocławskiej.

Opowieść Jacka Tyskiego charakteryzuje się dużą dynamiką, gdzie zwycięża prezentacja grupowa. Zespół świetnie radzi sobie z zaproponowanym układem. Niebagatelnie wypadają sceny szermiercze, a przecież wielokrotnie należy zamykać oczy albo zakrywać twarz przed śmiechem, gdy obserwuje się nieporadne wprawki operowania szpadą. Walorem jest budowanie napięcia, emocji, kontrastowanie scen, które raz iskrzą się komediową nutą, a za chwilę popadają w rozpacz i ból cierpienia śmierci oraz wiecznego rozstania. Biel staje się złowieszcza, a jeszcze przed chwilą dawała nadzieję na lepsze jutro i wieczną miłość.

Wielką zaletą wrocławskiej prezentacji jest wykonanie muzyki Prokofiewa. Orkiestra pod kierunkiem jej obecnego szefa muzycznego — pochodzącego z Gruzji Miriana Khukhunaishvilego — brzmiała fenomenalnie. Miałem poczucie, że przebywam na koncercie w sali filharmonicznej, wsłuchując się w zniuansowaną suitę rosyjskiego kompozytora. Ale nie tylko owa interpretacja, subtelne podążanie za nutami utworu, ale również współpraca z tancerzami zasługuje na duże uznanie i świadectwo, że podkład dla baletu to nie sztuka drugiej kategorii, ale równorzędny — a kto wie, czy nie ważniejszy — występ niż w widowisku operowym. Wielkie uznanie i wielkie brawa.

We Wrocławiu przywrócono niezwykle ciekawą realizację w układzie Jacka Tyskiego. I bardzo dobrze, że scena nie przekreśla swoich dawnych prac, oddając je ponownie pod ocenę publiczności. Ów powrót wypadł niezwykle okazale. Nie ma nudy — jest opowieść taneczna jasna i klarowna, wywiedziona z dawnej historii. Jest zgrany, świadomy swoich umiejętności i możliwości zespół baletowy, prowadzony sprawną ręką przez Małgorzatę Dzierżon. A także orkiestra, która dała świetny popis artystycznych, muzycznych wyżyn. Czego oczekiwać więcej? Kolejnej baletowej klasyki na wrocławskiej scenie.

Romeo i Julia, Sergiusz Prokofiew, dyrygent: Mirian Khukhunaishvili, choreografia: Jacek Tyski, balet Opery Wrocławskiej, premiera: marzec 2018, pokaz: marzec 2026

Tytuł oryginalny

SZTYLET I SZPADA – „ROMEO I JULIA” BALET OPERY WROCŁAWSKIEJ

Źródło:

benjaminpaschalski.pl

Link do źródła

Autor:

Benjamin Paschalski

Data publikacji oryginału:

27.04.2026

Sprawdź także