„Łucja z Lammermooru” Gaetana Donizettiego w reż. Thaddeusa Strassbergera na XXXII Bydgoskim Festiwalu Operowym. Pisze Anita Nowak.
XXXII Bydgoski Festiwal Operowy otworzył spektakl niezwykły. „Łucja z Lammermooru” Gaetano Donizettiego dzieło, którego prapremiera odbyła się w neapolitańskim Teatro San Carlo w roku 1835 i grany był potem na wielu scenach całego świata. Motyw zwaśnionych rodów, których dwoje potomków musi umrzeć w efekcie sięgnięcia po zakazaną im przez krewnych miłość, znany jest szczególnie dobrze z „Romea i Julii” Szekspira, ale podejmowany i wcześniej, i później przez wielu innych twórców, librecista Salvatore Cammarano, idąc za klimatem powieści Waltera Scotta, umieścił w mrocznym klimacie północnej Europy, przez co inscenizacja tragicznych, opartych na okrucieństwie, przemocy i męskiej dominacji nad kobietą wydarzeń, stała się szczególnie przytłaczająca, zwłaszcza na tle momentami tragicznie i złowieszczo brzmiącej muzyki fantastycznie współgrającej z emocjami bohaterów w wykonaniu Orkiestry Opery Nova pod batutą Tomasza Tokarczyka.
Thaddeus Strassberger światowej sławy reżyser, scenograf i kostiumolog w jednej osobie, stworzył na bydgoskiej scenie dzieło będące szczytem doskonałości nie tylko reżyserskiej, ale też artyzmu i wizualnej oryginalności . Urodą zachwyca a podtekstem przeraża malownicza scena w jednym z pokoi rodziny Asthonów, będąca protestem przeciw okrutnym, charakterystycznym dla XVIII wieku pseudonaukowym eksperymentom. Szklane gabloty, w których umieszczono kolorowe wypreparowane martwe ptaki i malowidło w głębi sceny, wykonane przez specjalnie sprowadzonego z Włoch angielskiego artystę Paolino Libralato, stanowiące aluzję do słynnego obrazu „Eksperyment z pompą próżniową” Josepha Wright of Derby.
Zachwyca scena z lampionami. Ale w całkowite oniemienie wprawia już scena z wirującymi kawałkami rozbitego lustra, symbolizująca rozpad osobowości wpadającej z rozpaczy w obłęd bohaterki.
Z minuty na minutę widzowie są zaskakiwani coraz to bardziej fantastycznymi pomysłami inscenizacyjnymi i ciekawymi, coraz też bardziej perfekcyjnie wykonanymi i wykorzystywanymi rekwizytami czy kostiumami. Zachwyt budzi pojawienie się przecudnie śpiewającego i z ogromną gracją poruszającego się w tańcu, na czarno odzianego w wytworne, wykonane z niezwykłą perfekcją, zapowiadające żałobę stroje Chóru. Wzrusza przepięknie haftowany welon ślubny Łucji, który w chwili jej śmierci, staje się całunem.
Bardzo różnie prezentowała się niestety premierowa obsada.
Przepięknie, chwilami niebiańsko wręcz śpiewającej sopranem koloraturowym ślicznej Yulii Zasimowej przydzielono do roli kochanka dobrze akceptowalnego w operach komicznych, ale absolutnie nie do przyjęcia, i to tak ze względu na nieładne brzmienie głosu, jak i zupełnie nie amanckie warunki fizyczne, w partiach lirycznych Szymona Ronę. Czyżby, jeśli już nie w Polsce, to choćby też gdzieś za granicą, nie było tenora o przyjemnym głosie i emploi amanta, dzięki któremu sceny miłosne byłyby wiarygodnie prezentowane? Też niezbyt silnym tenorem, ale za to znakomitymi warunkami fizycznymi wielką przeciwwagę dla Edgara stanowił Lord Artur Sebastiana Macha. Aż trudno uwierzyć, że nie jego akurat Łucja wybrała.
Pięknie brzmiał baryton Bartłomieja Kłosa w postaci Henryka, a jego dobre aktorstwo sprawiało, że publiczność znienawidziła okrutnego brata dziewczyny. Ciekawym tenorem brzmiał wspierający podłego Henryka Michał Ryguła jaka wielki łowczy Norman. Fantastyczną kreację i wokalnie i aktorsko stworzyła w premierowej obsadzie jako Alisa, powierniczka Łucji, nasza wspaniała mezzosopranistka Katarzyna Nowak- Stańczyk, w pięknie zresztą zaprojektowanym i przez artystkę ogrywanym kostiumie. Wspaniale w postać duchownego Rajmunda wcielał się śpiewający głębokim basem Janusz Żak.
Ten spektakl zapewne na długo pozostanie w pamięci festiwalowej publiczności.