28.08.2021, 13:03 Wersja do druku

Szkoda

"Źli Żydzi" Joshuy Harmona w reż. Grzegorza Chrapkiewicza w Gdyńskim Centrum Kultury. Pisze Jagoda Opalińska na stronie AICT.

fot. Sebastian Mul/mat. GCK

Gęsty literacki materiał zapowiadał dobrze uszyty, myślący spektakl. Wyszło dużo gorzej. Szkoda! Ale zacznijmy od autora.

Joshua Harmon. Znakomicie wykształcony (Carnegie Mellon University, Julliard School), rzutki Nowojorczyk (rocznik 1983) zadebiutował w teatrze tekstem Źli Żydzi prawie 10 lat temu. Już sam tytuł warunkował delikatną materię dialogu. Żart i kpina generują w nim ból. Autoironia krąży wokół stygmatów niezabliźnionej pamięci. Wszystko razem ma smak nie tylko dark, ale też bad comedy. I trzeba te kolejne ścieżki rozpoznać, bo dopiero wtedy sięgniemy współobecności uśmiechu i wzruszenia.

Bad Jews przyniosły autorowi rozgłos. Sztuka po prapremierze (2012) przygotowanej przez Roundabout Theatre Company (Off-Brodway) wędrowała od NY po LA. I dalej Kanada, Australia oraz rozmaite europejskie adresy m.in. Londyn, Madryt a w Polsce po Zabrzu i Warszawie, Gdynia.

Zatem niewątpliwy i zasłużony sukces, który dziś potwierdzają kolejne tytuły: Significant Other, Skintight, Admissions. Blasku dodają też prestiżowe nowojorskie nagrody Outer Critics Circle oraz Drama Desk (2018). Na to wszystko Harmon zapracował talentem, artystyczną determinacją i cywilną odwagą.

I te elementy wybrzmiewają w Bad Jews. Natomiast obok pierwszych entuzjastycznych ocen pojawił się niepokój, czy aby nie za blisko pamięci Holokaustu fruwa faszerowana groteskowym mięsem drwina. Zresztą o tego rodzaju wątpliwościach mówił sam autor. Przywołując fakt swojej historii rodzinnej, akcentował potrzebę dialogu nie tylko pro domo sua, ale również na planie ostrej rozmowy prowadzonej przez młode pokolenie w starciu z historią odczytywaną jako przykład, obowiązek, wybór…

Proszę Państwa, zatrzymałam się obok Joshuy Harmona, ponieważ jest On Wielkim Nieobecnym w teatralnym programie. Rzecz kuriozalna. Sylwetki + zdjęcia mają wszyscy, tylko nie autor. A że listę rozpoczyna onieśmielające ilością artystycznych trofeów CV Reżysera (Grzegorz Chrapkiewicz), więc wcale się nie dziwię szeptom widzów, którzy nie zauważyli pisanego drobnym drukiem nazwiska tłumacza. Hannie Szczerkowskiej należą się brawa zwłaszcza za wybrnięcie z lingwistycznych pułapek hipsterskiej nowomowy, którą dramaturg mistrzowsko żongluje. Moje podejrzenie, że przekład mógł się zagubić – a wzmianki o autorze ani widu – wynika stąd, że dwie panie z publiczności dzieliły się uwagą, iż sztukę napisał pod pseudonimem reżyser w obawie o zarzut antysemityzmu (sic!).

Uff. Brak noty o dorobku Harmona jest, sięgając eufemizmów, niemądry. Ale za plecami ukrywa się dezorientacja widza, który owszem dostaje niezborny ładunek pustki, minoderii, nudy i autentycznego śmiechu, lecz przez dłuższy czas nie może dotrzeć ani do przesłania, ani do kontekstu. W tej przestrzeni, zważywszy dodatkowy balast szeregu inscenizatorskich pomyłek, nawet śladowy głos komentarza od autora lub w materii sztuki mógłby rezonować. Szkoda!

fot. Sebastian Mul/mat. GCK

Żal, iż strukturalno-mentalny bałagan dotyka wprost młodych aktorów. Kwartet: Karolina Bacia, Barbara Liberek, Jan Marczewski, Hubert Paszkiewicz tworzy dwa duety. Niestety podział nie trafia w serce dyskursu, ale w trzon sensu i ekspresji. Prolog z wiadomością o śmierci dziadka pływa to w szarzyźnie, to w nerwowych paroksyzmach. Oba odcienie zawężając dialog, desygnują pierwszy duet: Liberek (Daphna) – Marczewski (Jonah). Nie ma starcia. Są histeryczne odruchy, nudnawy pogłos oraz obecne zwłaszcza w roli Daphny emisyjne błędy.

Błysk i siłę dialogu odsłania dopiero drugi duet: Bacia (Melody) – Paszkiewicz (Liam). Wspiera ich precyzyjnie dawkowana farsa w tonacji absurdu i groteski. Infantylna Melody niepostrzeżenie przemyca pełną gamę refleksji kierowanych na pogranicze tożsamości i tolerancji.

Jest w tych działaniach uroczo-intrygująca. I muszę powiedzieć, że mi gdzieś tam zamigotała Kalina Jędrusik. Wysoka parantela. Rzucam ją Tobie Młoda Artystko. Chwytaj i biegnij dalej!

A teraz znakomicie okiełznany w nieokiełznaniu Liam. Ruchowo-gestyczna szermierka. Porządek śmiechu na linii prowokacji. Szalona pogoń za argumentem. Autoironia w hipsterskich oparach. Żywioł pod rygorem sporu. Brawo!

Gdyby nie epilog, który się rzeczywiście odnajduje w obszarze ostrego sporu, jaki dzieli wnuki ofiar Holokaustu. Gdyby nie epilog, na wskroś prześwietlony obozowym numerem Dziadka. Gdyby nie taki epilog, spektakl – mimo kilku aktorsko wypracowanych farsowych promieni – zatrzymałby się w strukturalnym bałaganie i, co gorsza, w chwilami lepkich dwuznacznościach oraz półsłówkach kierowanych pod adresem żydowskiej diaspory.

Fakt, że tego nie dostrzegł Grzegorz Chrapkiewicz przedstawiany w programie jako Primus inter pares budzi zdziwienie. Swoją drogą trudno zrozumieć, dlaczego doświadczony reżyser nie wyzwolił – poza klamrą epilogu – z jednoznacznej szarzyzny Jana Marczewskiego i nie pomógł debiutującej Barbarze Liberek wyjść z pułapek techniki mowy oraz z emocjonalnego chaosu. Zwłaszcza, że młoda aktorka zaznacza ukrytą pomimo i ponad siłę wyobraźni.

Wyobraźni, której nota bene zabrakło scenografowi (Wojciech Stefaniak). Symbolika stosu porzuconych walizek przez kilkadziesiąt minut w ogóle nie wibruje oczywistą konotacją z Czasem Zagłady. Przykrywa ją prolog, gdzie interpretatorskiej bylejakości towarzyszy interpretatorska nerwica. Gubi się więc i sens, i symbol. Potem co prawda inscenizację ożywiają wspomniane już soczyste barwy farsy. Bogu dzięki, że walizkowe memento uniknąwszy groteski, chowa się wśród lotniczych bagaży. Tylko wraca pytanie o ich cel i funkcję. Dopiero finałowa klamra sprawia, że nie jest to pytanie o symboliczne nadużycie, lecz o scenograficzny dysonans, spóźniony zapłon, co zresztą też razi.

Natomiast Harmonowskiego przesłania dotyka pospołu aranżacja światła (Piotr Pawlik) i muzyki (Mateusz Dębski). Pojawia się tu bowiem metaforyczne otwarcie sprzężone z konkretem i wieloznacznością przywoływanych obrazów, kiedy widać i słychać śmiech przez łzy. Czyli pojawia się trop, który odrzucając, stale przywołuje Joshua Harmon. Są tam obecne współbrzmienia muzycznych cytatów i dopełnień oraz precyzyjnie kształtowane światłem kadry.

Szkoda, że tym tropem nie poszedł od początku reżyser. Szkoda!

Tytuł oryginalny

Szkoda

Źródło:

www.aict.art.pl
Link do źródła