19.07.2021, 10:50 Wersja do druku

Stożkowate jaja Sławomira Mrożka

Mrożek pierwsze ze swoich stożkowatych jaj ujawnił już na początku kariery dramatopisarskiej, w Indyku. Było ono owocem mezaliansu indora i kury. Ale też, i przede wszystkim, znakiem czasu. Ten zaś określa się mianem nowoczesności, mimo całego, jak wyraziłby się Stanisław Ignacy Witkiewicz, zbydlęcenia, jakie ze sobą niesie. Pisze Antoni Winch w felietonie dla portalu Teatrologia.pl.

Roger Scruton uważał, iż nowoczesność, w jej późnej fazie, stanowi epokę panowania „zamierzonej pustki kulturowej”. Próżnia ta powstała, ponieważ „artyści przestali bronić się przed kiczem, akceptując go w formie «kiczu intencjonalnego»”. W konsekwencji mamy do czynienia z „wyrafinowanym udawaniem sztuki, udawaniem uznania i udawaniem krytyki”. Koneserzy „kiczu intencjonalnego” zdają się jednak niczego nie udawać. Robili to tak długo i z takim przekonaniem, że uwierzyli we własne kłamstwo, a ponieważ od początku byli wpływową grupą – nazwaną przez autora cytowanego tu Przewodnika po kulturze nowoczesnej dla inteligentnych „kapłanami-impresariami” – ich kłamstwo stało się prawdą. Wyznacza ona styl, w jakim komponuje się dziś, a raczej składa, kleci, lepi, zbija, skręca, dużą część tak jeszcze siłą bezwładu zwanych dzieł artystycznych.

Ciekawe jest spostrzeżenie Scrutona traktujące o tym, że „w istocie kicz […] jest fenomenem religijnym – próbą ukrycia wiary przez wypełnienie świata fałszywymi emocjami, fałszywą moralnością i fałszywymi wartościami estetycznymi”. Wcześniej w podobnym tonie wypowiadał się na ten temat Hermann Broch. W esejach Kilka uwag o kiczu oraz Zło w systemie sztuki zwracał uwagę na aksjologiczną stronę zagadnienia. Mianowicie na charakteryzujące kicz zastąpienie nakazu „pracuj dobrze” żądaniem „pracuj pięknie”. Wydawałoby się, iż w dziedzinie sztuki obie dyspozycje zalecają właściwie to samo. Ostatecznie nie ma chyba zbyt wielkiej różnicy, czy dzieło powstało jako owoc pracy dobrej, czy pięknej, o ile jest udane. Krawiec Mrożka pokazuje, że taka różnica istnieje, a w każdym razie, że istnieć powinna.

Finał utworu, kiedy autor daje nam do zrozumienia, że oto niebawem uszyte zostanie ubranie z ludzkiej skóry, to tryumf norm estetycznych nad imperatywami etycznymi. Albo, jak kto woli, podporządkowanie tych drugich pierwszym. Tak czy siak, odtąd to, co piękne artystycznie, będzie dobre moralnie. Nawet okrutne umęczenie człowieka. Sflaczały świat cywilizacji kultury, który w dramacie reprezentuje przede wszystkim Klient Ekscelencja, nie ma jednak przed sobą innej drogi niż ta, wiodąca go do ludokonfekcji, czyli cywilizacji barbarzyństwa. Takim bowiem, jakim go zastajemy, przedstawia universum form, nie treści. „To już było. […] W kółko to samo” – opisuje je Krawiec – „ja wyraziłem cały majestat i chwałę naszej epoki” – przejawiające się w li tylko zewnętrznym blichtrze, oprawie, wspaniałej, to prawda, lecz pustej w środku – „i właśnie dlatego teraz powiadam” – powiada – „koniec. Nic więcej nie da się zrobić w tym zakresie”. Diagnoza ta – zwłaszcza z tym jej „to już było. […] W kółko to samo” – jest bliska tej, jaką postawił kulturze Zachodu, postmodernizm.

Jest on jednym z najbardziej stożkowatych jaj zniesionych przez nowoczesność. Jej kuper zaprawiła w boju wysiadywania takich kuriozów szkoła frankfurcka. Tak przynajmniej twierdzi Kevin MacDonald w swojej Kulturze krytyki. Uznaje on tam postmodernizm za rozwinięcie dorobku intelektualnego horkheimerów znad Menu. Co przewidywalne z uwagi na takie, a nie inne ideologiczne sprofilowanie obu tych nurtów refleksji, badacz dostrzega ich zapowiedź w koncepcjach Houstona Stewarta Chamberlaina – Brytyjczyka, Niemca z wyboru, filozofa, miłośnika kultury naszych zachodnich sąsiadów, zięcia Richarda Wagnera, no i głosiciela supremacji Teutonów. Zmarł w roku 1927 w Bayreuth, ale zdążył jeszcze, i to już 1923 roku, wyrazić swój podziw dla Adolfa Hitlera. Jeśli chodzi o jego wkład teoretyczny, to na „długo przed powstaniem szkoły frankfurckiej i współczesnego postmodernizmu” – czytamy w Kulturze krytyki – „antycypował antynaukową ideologię tych prądów, argumentując, że nauka jest wytworem społecznym, a naukowiec swego rodzaju artystą zajmującym się tworzeniem symbolicznego obrazu rzeczywistości”.

Sposób myślenia tego „protonazistowskiego teoretyka rasizmu”, jak nazywa go MacDonald, to nie kukułcze jajo, które zostało podrzucone do gniazda kultury zachodniej. Ono w nim już było. „Co najmniej od czasów dziewiętnastowiecznego historyzmu”, to już Wolfgang Welsch i jego Estetyka poza estetyką, „formy życia i normy etyczne […] nabrały swoiście estetycznej jakości”. Zdaniem współczesnego niemieckiego filozofa i historyka sztuki odnajduje się w nich rodzaj nowego gatunku homo sapiens – „człowiek estetyczny”. Uważa on „moralność […] za dzieło o wręcz artystycznej randze – ale też o znaczeniu bardziej nierozstrzygniętym, niż wiążącym”. Uzyskana z taką gracją swoboda jest śmiertelnym wrogiem wolności, a im bardziej jest nieskrępowana, tym większą przejawia predylekcję do zamordyzmu. Gdy piekła nie ma, hula dusza. Do upadłego.

Tytułowa postać Krawca jest „człowiekiem estetycznym” o chamberlainowatym poczuciu własnej wyższości, nieomylności i dziejowej misji do wykonania. Moralność ma dlań znaczenie „bardzie nierozstrzygnięte, niż wiążące”. Dlatego nie waha się przerobić Karlosa na kaftan. I ewentualnie spodnie, o ile starczy na nie materiału z chłopaka. Krawiec nie ma skrupułów, tylko artystyczną wizję. Jej realizacja nie tyle usprawiedliwia w jego oczach popełnienie straszliwej zbrodni, ile czyni ją po prostu niewidzialną. Jest poza dobrem i złem. Liczy się wyłącznie jako nowy impuls dla sztuki. JEGO sztuki.

A przecież Krawiec tak niewinnie zaczynał się Indykiem! Tam też, chociaż autor umieścił akcję „w romantyzmie, na obszarze księstwa”, panuje postmodernistyczna duchowa flauta. Tym razem pod postacią „nieochoty”. „Jesteśmy zniechęceni” – definiuje ją Poeta – „do wszystkiego. […] Dla nas niczego już nie ma. […] Ani celu, ani ochoty. […] Gdyby to chociaż bolało” – dodaje – „najgorsze jest to, że nawet nie boli. Zupełna nicość. Brak idei”. Jakąś nadzieję na ożywienie tej martwoty daje wejście Rudolfa i Laury. Jawią się oni jako autentyczni przedstawiciele czasu upływającego melancholijnie wśród namiętnych monologów Gustawa do gałązki jedliny, tkliwych westchnień pochlipującego nad ładowaniem broni Wertera, bajronizmu Byrona i innych weltschmerzy romantyków. U Mrożka jednak funkcjonowanie tych postaci sprowadza się do bombastycznego powtarzania do znudzenia znanych słów oraz gestów, też już zresztą gdzieś widzianych, które mimo swojej gwałtowności nie budzą większych emocji, skłaniając je raczej do snu łagodnym kołysaniem sztampy. „Kicz […] bezustannie podlegać będzie dogmatycznemu wpływowi tego, co było” – pisał Broch – „nie będzie czerpał swych wokabuł rzeczywistości bezpośrednio ze świata, lecz posłuży się tymi, które były już wykorzystywane, które w nim stężają w szablon, obwieszczając” – to bardzo ważne – „odwrót od dobrej woli, odwrót od boskiego stwarzania świata przez wartość”.

Indyk, z chęcią posiłkujący się „tym, co było”, doprawiając to dla smaku „wokabułami rzeczywistości stężałymi w szablon”, drze łacha z romantyzmu przez sprowadzenie go do parteru jego najbardziej kiczowatych przejawów, co bywa komiczne ale zarazem, co już tak zabawne nie jest, obdziera go ze skóry. Jak, nie przymierzając, Krawiec Karlosa. Nie od rzeczy będzie zauważyć w tym miejscu, iż światopogląd przyszłego materiału do szycia jest wyraźnie przez Mrożka skrojony à la petit Rousseau. W Krawcu klęska postawy romantycznej jest kwiatkiem do przysłowiowego kaftana z człowieka. Poniewiera się nią niejako przy okazji, jako częścią „wszystkiego, co już było” i co dalej być nie może, bo goni w piętkę po kwadraturze błędnego koła. W ten krąg niemocy, śmieszności, banalność i wtórności weszła już w Indyku. Romantyzm jest naturalnym środowiskiem kulturowym występujących w tym utworze dramatis personae. Zatruwane „nieochotą” ulega ono pneumodegradacji. Doprowadziły do niej nieodwracalne zmiany, do jakich doszło w zachodnim klimacie duchowym nowoczesności między pierwszą połową dziewiętnastego a drugą częścią dwudziestego stulecia. Skutkowały one, między innymi, globalnym oziębieniem serc, do czego zresztą przyczynił się także kicz. Zdaniem Scrutona wystawił on na sprzedaż „głębokie uczucia”, będące „materią życia etycznego – życia przeżywanego pod osądem”. Strywializował je, aby łatwiej było nimi handlować. Nie wymagają one od klientów „wysiłku emocjonalnego”, są, jeśli można wejść Brytyjczykowi w słowo, kompatybilne z każdym typem wrażliwości, powszechnie dostępne w najrozmaitszych kształtach, smakach i kolorach, tanie, wielorazowego użytku i do zwrotu, jeśli nie spełnią oczekiwań nabywców. Do niczego nie zobowiązują, przeto „uczucie” – by oddać głos autorowi Przewodnika… – „nie istnieje już w zaangażowanej formie”. A biznes się kręci.

Powyższe rozważania Scrutona o kiczu i jego niszczącym wpływie na życie wewnętrzne człowieka nowoczesnego dotyczą realiów wolnego rynku, kapitalizmu, gospodarki planowanej nie centralnie, a gdzie indziej. Tymczasem Indyk powstał w 1960 roku, a więc jeszcze przed opuszczeniem przez Mrożka tej strony żelaznej kurtyny, skąd spektakl Historii śledziło się z zapieranym przez Służbę Bezpieczeństwa tchem i świadomością, że ingerencje cenzury całkowicie wypaczają jego wymowę. Krawiec to utwór z roku 1965. Autor mieszkał już wtedy we Włoszech, ale zaledwie od dwóch lat. Można tedy Krawca uznać za dzieło „przejściowe”, „aklimatyzacyjne”. Jest taki w tym sensie, że w większym stopniu stały za nim doświadczenia, obserwacje i przemyślenia Mrożka z oj -, a nie obczyzny. Natomiast Rzeźnia – podejmująca problematykę z zakresu estetyki w sposób ideowo bliski temu, jaki reprezentują dwie wcześniej omawiane tu sztuki – to dramat z 1973 roku. Pisarz miał zatem czas, aby zadomowić i rozeznać się w świecie, którego obraz odmalowywał Scruton w dość mrocznych barwach. Nie dziwi przeto, iż paleta polskiego artysty nie uległa rozjaśnieniu. Zyskała za to na wyrazistości.

Spójrzmy na początek na zakończenia Indyka i Rzeźni. Oba utwory wieńczą wydarzenia artystyczne. W starszym jest to recital skrzypcowy Kapitana. Były wojskowy jedyne, co potrafi robić na instrumencie, to rzępolić, nie grać. Mimo to, a może właśnie dlatego, dana jest mu możliwość popisania się wirtuozerskimi nieumiejętnościami. W finale Rzeźni zapraszani natomiast jesteśmy na koncert „na dwa woły, obuch, nóż i siekierę”. W jego trakcie byki o znanych skądinąd imionach – Beethoven i Leonardo da Vinci – zostaną zarżnięte przez Skrzypka, spadkobiercę talentu genialnego Paganiniego, na oczach oraz uszach melomanów tłumnie zgromadzonych w filharmonii, głośno i natarczywie domagających się krwawego pokazu. Jest to pewna zmiana w stosunku do Indyka, albowiem tutaj publiczność nie za bardzo chce brać udział w występie. Poeta musi ją nań zagonić, dzierżąc w ręku pistolet. Tuż przed popisem Kapitana raczy nas jeszcze Mrożek rozmową Chłopów. Rozładowuje ona napiętą atmosferę do tego stopnia, że całość odczytywać można w kategoriach żartu. Dynda on atoli nad beztroską na ciasno zawiązanym stryczku, jak to przedstawiciele wisielczego humoru mają w niezbyt krotochwilnym zwyczaju.

Wspomniany wyżej dowcipny dialog wieśniaków dotyczy stożkowatego jaja. Gospodarze zastanawiają się, co może się z niego wykluć. „Poczekać trza”, orzeka Chłop I, a ja pozwolę sobie dopowiedzieć, że do Krawca i Rzeźni. „Proszę państwa” – ogłasza Dyrektor filharmonii, anonsując zaszlachtowanie Beethovena i Leonarda da Vinci – „za chwilę weźmiemy udział w akcie oczyszczania kultury z cywilizacji”. To pucowanie wyglancuje umysły, dusze i serca pod nastanie kultury barbarzyństwa chamberlainowatego „człowieka estetycznego”, której premierowym dziełem w Krawcu było ubranie ze skóry człowieka.

„Kicz to nie jest «zła sztuka»” – podkreślał Broch – „lecz samoistny, zamknięty system tkwiący jak obce ciało w ogólnym systemie sztuki lub, jeśli kto woli, obok niego”. Czymś takim są dokonania artystyczne z finałów Indyka, Krawca i Rzeźni. Z tym wszakże zastrzeżeniem, że nie ustawiają się obok „systemu ogólnego sztuki”, lecz go zastępują. Nie są więc „ciałem obcym”, a jedynym, jakie zostaje po tym, jak kultura Zachodu zaczęła znosić jak głupia stożkowate jaja swojej nowoczesności, z ostatnim – postmodernizmem – na czele. Nieczęsto wykluwa się z nich coś dobrego. A piękne trafia się jeszcze rzadziej. I jak ślepej kurze ziarno.

Literatura przedmiotu w Literaturze podmiotu:

1. Hermann Broch, Kilka uwag o kiczu, przeł. D. Borkowska, [w:] H. Broch, Kilka uwag o kiczu i inne eseje, przeł. D. Borkowska, J. Garewicz, R. Turczyn, Czytelnik, Warszawa 1998.

2. Hermann Broch, Zło w systemie wartości sztuki, przeł. R. Turczyn, [w:] H. Broch, Kilka uwag o kiczu i inne eseje, przeł. D. Borkowska, J. Garewicz, R. Turczyn, Czytelnik, Warszawa 1998.

3. Kevin MacDonald, Kultura krytyki. Ewolucjonistyczna analiza zaangażowania Żydów w XX-wieczne ruchy intelektualne i polityczne, przeł. M. Szczubiałka, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2019

4. Sławomir Mrożek, Indyk, [w:] S. Mrożek, Dzieła zebrane. [Tom XII:] Teatr 6, Noir sur Blanc, Warszawa 1998.

5. Sławomir Mrożek, Krawiec, [w:] S. Mrożek, Dzieła zebrane. [Tom X:] Teatr 5, Noir sur Blanc, Warszawa 1998.

6. Sławomir Mrożek, Rzeźnia, [w:] S. Mrożek, Dzieła zebrane. [Tom VIII:] Teatr 4, Noir sur Blanc, Warszawa 1997.

7. Roger Scruton, Przewodnik po kulturze nowoczesnej dla inteligentnych, przeł. J. Prokopiuk, J. Przybył, Thesaurus, Łódź-Warszawa 2006.

8. Wolfgang Welsch, Estetyka poza estetyką. O nową postać estetyki, przeł. K. Guczalska, Universitas, Kraków 2005.

Tytuł oryginalny

STOŻKOWATE JAJA SŁAWOMIRA MROŻKA

Źródło:

Teatrologia.pl

Link do źródła

Autor:

Antoni Winch

Data:

15.07.2021