Logo
Recenzje

Spektakle tyle nie żyją. Hommage à „Rodzeństwo” na trzydziestolecie

30.10.2026, 09:12 Wersja do druku

„Rodzeństwo” Thomasa Bernharda w reż. Krystiana Lupy w Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. Pisze Maciej Stroiński.

fot. Marek Gardulski

Jeśli się nie mylę, dwa lata temu zagrali dwusetny przebieg spektaklu, w polszczyźnie cywilnej: pokaz; fetowano, w każdym razie, duży i okrągły jubel, jakby to był Mayday. Zresztą setny czy pięćsetny, Rodzeństwo jest tylko jedno i właśnie ma urodziny. Nie życzę mu setki: dwieście wieczorów już za nim, a sto lat by oznaczało konieczność zrobienia zastępstw w obsadzie i na widowni. Nie życzę mu widzów, bo nie ma takiej potrzeby, ich nigdy mu nie brakuje. Życzę mu czterdziestki.

Rodzeństwo Krystiana Lupy jest teatrem gatunkowym. Jego gatunek to horror. Trzydzieści lat grania, a dzieło wciąż żyje, i to naprawdę, dosłownie, a nie tak jak zombie, czyli living dead. To jest żywy teatr. Przeraża swą żywotnością. Spektakle tyle nie żyją, a tu proszę – jednak! Dzieło posiwiało, lecz nie wyleniało. Podchodzisz i TO SIĘ RUSZA.

Gdyby dało się wybadać, co czyni niektóre dzieła wielki arcydziełami, wszyscy by zaczęli na chamciucha zrzynać, jednak całe szczęście to bynajmniej tak nie działa. Nie ma przepisu na sukces, wbrew temu co sądzą rożni tam cwaniacy.

Bardzo cenię staroświeckość tego przedstawienia, które było stare już w chwili powstania. I może to jest recepta na nieustającą młodość: urodzić się poniewczasie, przyjść na świat uformowanym, od razu po przejściach. Ulubieńcy bogów umierają młodo, więc jeśli chcesz pożyć w pełni iskry bożej, daruj sobie rozbiegówkę.

Magia teatru to po części magia szmaty, po cywilnemu: kurtyny. To, co skryte, intryguje. Kiedyś była magia, dziś już nie ma magii, bo z kurtyn została głównie ta żelazna, przeciwpożarowa. Ona jedna nie podlega teatralnej dekonstrukcji. Choć widać ją rzadko i lepiej jej nie zobaczyć, dobrze wiedzieć, że istnieje. (Tutaj pokazano żelazną kurtynę w kiedyś spalonym teatrze, to znaczy wrocławskim Polskim). An iron curtain, jak sama nazwa wskazuje, nie jest zrobiona z tkaniny, czyli nie jest szmatą. Twórcy nie wiedza, co tracą, pozbywając się zasłony, wstępu do kolejnych odsłon. Rodzeństwo ma szmatę, która idzie w bok, nie w górę, ale najważniejsze: jest i dzieli dzieło na części.

Trigery do przedstawienia: pączki, papierosy oraz kalesony. Uważałbym, wbrew pozorom, zwłaszcza na te pierwsze. Kto widział, ten wie, że po wieczorze z Rodzeństwem mocno ssie na słodkie; warto przyjść nawpierdalanym.

Ritter, Dene, Voss Bernharda, baza polskiego przekładu, to spin-off Trzech sióstr. Rodzice rodzeństwa nie żyją jak u Czechowa. Siostry mają brata niedoprofesora. Za Moskwę robi tu Steinhof (tam chce wracać Ludwik), Rzym albo Amsterdam (tam chciałaby wybyć młodsza), a ponadto Madryt (ziemia obiecana starszej). Strzelbę stanowią obrazy, bo trzeba coś z nimi począć, nie mogą tak sobie wisieć (pojawiają się już w motcie). Mamy również czechowowską niebinarność gatunkową, bo naprawdę nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, jak na jego ruskich smutach, podobno komicznych. Komedia? Tragedia? – tak Bernhard zatytułował swą nowelkę teatralną, osadzoną na ławeczce koło Burgtheatru. Sadząc po reakcjach reżysero-scenografa, który chrumka w tyle, grają chyba farsę Dwie baby przy stole, nie licząc wariata. Lupa jest swoim największym, najwierniejszym fanem.

Mam focha na Czytelnika, że gdy wznawiano w dwóch tomach dramaty Bernharda, z nowego wydania wypadło właśnie Rodzeństwo. Podobno dają ten tytuł w pewnym dawniej dużym mieście. Ktoś widział, coś wie? Może to tylko z rozpędu, bo w tamtym teatrze mają nabożeństwo do tego pisarza?

Główne pytanie dramatu i, szerzej, twórczości Thomasa Bernharda brzmi następująco: czy rak języka jest dziedziczny? Zdaniem młodszej siostry nie, tak samo zdaniem lekarza, zdaniem starszej – tak. Ojczulek im na to umarł, ale chyba nie chodziło o chorobę somatyczną, tylko zmianę chorobową na niecielesnym języku, którą pisarz diagnozował aż do końca swej kariery. Jeśli raka się dziedziczy, a Ludwig Wittgenstein, skądinąd sportretowany w postaci Ludwika, ma rację co do języka (że jego granice ograniczają nam mental), to jesteśmy w dupie.

Pewne miejsce w tekście wciąż daje mi do myślenia. Młodsza siostra się poczuwa do Henry’ego Jamesa. Twierdzi, że potomstwo państwa Worringerów, czyli oni sami, tytułowi troje, są dziećmi tego pisarza. Co to niby znaczy? Jak być dzieckiem bezdzietnego miłośnika mężczyzn? A może po prostu oni się chowali na jego powieściach, zamieszkali w jego książkach, w jego uniwersach, dając mu się przysposobić, by tak rzec, post mortem? (Jak w piosence Julii Marcell: „I was raised by songs, cause my father he would rather have a son”). Może właśnie jego twórczość uchroniła siostry z bratem przed nowotworem języka?

Wątek autotematyczny, metateatralny. Bernhard wykazywał zbawienną pogardę do tego grajdołu zwanego teatrem, który niekiedy uświetniał. Jego sztuki o aktorach (na przykład Minetti, Komediant, Rodzeństwo czy Siła przyzwyczajenia, bo cyrk to rodzaj teatru, a estrada – rodzaj sceny) to pojazdy po aktorach. „Kiedy słyszę aktora / to zawsze mam uczucie / że świat jest czymś wulgarnym” (Rodzeństwo, tłum J.St. Buras). „Aktorstwo / to nam zostało / nic więcej / Nigdy nie chciałam stać się kimś” (tamże; tego urywka dramatu nie usłyszymy u Lupy). „Studium o teatrze, kiedyś studium o teatrze! Najlepiej pisze się o tym, czego się nie znosi” (Komedia? Tragedia?). Dla porządku przypomnijmy, że o czymkolwiek traktuje dany tekst pisarza, jedzie po tym czymś. Lecz to właśnie teatr, przekurwa wśród sztuk, odwinął się Bernhardowi, bo skrócił mu życie: okrągłe sto dni minęło od słynnej premiery Placu Bohaterów do śmierci autora. Antyfan własnej ojczyzny rozpętał burzę na scenie, której poniekąd nie przeżył. Miał pięćdziesiąt osiem lat.

I had a dream: trzy dziesięciolecia upartej eksploatacji któregoś Rubina albo którejś Wero. I wtedy się obudziłem.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także