Moroz: Dobrze, że upierałeś się, abyśmy zobaczyli tę premierę. Mogę wręcz zaświadczyć, że nie wierzę w przypadki, i czuję się tak, jakby nowy spektakl Artura Tyszkiewicza był impulsem, któremu musiałem się poddać, czymś, nad czym będę się jeszcze zastanawiał. Ostatnio miałem tak trzy miesiące temu przy „Moim roku relaksu i odpoczynku” w Dramatycznym.
Skrzydelski: To chyba właśnie ta wymarzona sytuacja, której tak często obaj byśmy sobie życzyli. Wychodzimy z teatru i wiemy, że… No właśnie – co wiemy? Jak to najprościej ująć?
Moroz: Wiemy, że z ręką na sercu nawet komuś, kto nie lubi teatru (i trudno mu się dziwić), możemy doradzić: idź, zobacz, a potem pogadamy.
Skrzydelski: Tym bardziej że będziemy gadać o życiu, a to w teatrze podobno pokazać najtrudniej. Ale jak już pokazać się uda, to mamy temat. Zwłaszcza na skali naszych dzisiejszych oczekiwań. Delikatnie chciałbym zauważyć, że kiedyś takiego teatru było więcej.
Moroz: Kiedyś, kiedyś – Beckett by się uśmiał z takiego użalania się. Jasne, że jest źle, więc w tej codziennej udręce odnajdujmy jasne strony.
Skrzydelski: To teraz już mówisz jak Hanoch Levin, który zresztą napisał sztukę „Udręka życia”. Jednak Artur Tyszkiewicz spośród bodaj sześćdziesięciu Levinowskich tytułów wybrał „Wzrusz moje serce”, niewątpliwie jeden z najlepszych izraelskiego dramatopisarza, którego na polskie sceny wprowadził Krzysztof Warlikowski swoją słynną realizacją „Kruma” (2005). I niezadługo w naszym teatrze nastała wręcz moda na Levina. Wydano przekłady większości jego tekstów, a reżyserzy, jak np. Iwona Kempa czy Adam Sajnuk, zaczęli po nie chętnie sięgać. No a najbardziej tej sprawie przysłużył się właśnie Tyszkiewicz, który teraz sięgnął po tego autora już po raz piąty. I znów ze świetnym rezultatem.