EN
14.11.2022, 15:41 Wersja do druku

Skacząc po górach

„Idzie skacząc po górach” wg powieści Jerzego Andrzejewskiego w reż. Igora Gorzkowskiego w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu. Pisze Patryk Kencki, członek Komisji Artystycznej VIII Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa”.

fot. mat. teatru

W przeciwieństwie do innych powieści Jerzego Andrzejewskiego, takich jak Bramy raju czy Ciemności kryją ziemię, Idzie skacząc po górach, nie była dotąd inscenizowana. Ostatecznie postanowił po nią sięgnąć Igor Gorzkowski, który przedstawienie to zrealizował w kaliskim Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego. Zaznaczmy od razu, że wspomniany twórca odpowiada nie tylko za reżyserię spektaklu, ale również za interesującą i ciekawą adaptację. Akcja, która w utworze Andrzejewskiego rozgrywa się we Francji za czasów generała Charles’a de Gaulle’a, w wersji teatralnej została przeniesiona w epokę współczesną i w dodatku do Polski. Pomysł to odważny, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że pierwowzorem książkowego Antonia Ortiza był Pablo Picasso, a więc nie tylko artysta uchodzący za geniusza, ale cieszący się niekwestionowaną sławą na całym świecie. Przekształcenie Antonia w Antoniego, mogącego zatem być wcieleniem jakiegoś bliżej nieokreślonego twórcy polskiego, cieszącego się może i globalną sławą, ale nie będącego jednak Picassem, a jedynie mogącego pochwalić się przyjaźnią tego ostatniego, to odważny zabieg adaptacyjny, przynoszący wszelako pewne inscenizacyjne ułatwienia. Oderwanie głównej postaci od jej historycznego pierwowzoru pozwala na znacznie większą swobodę zarówno w budowaniu roli Antoniego (Lech Wierzbowski), jak i w snuciu historii nabierającej więcej uniwersalizmu. Trzecią z istotnych decyzji jest skupienie akcji wokół wątku młodego malarza Alaina i jego dziewczyny Suzanne (w inscenizacji nazywają się Olek i Zuzanna). Uczynienie z ich historii głównej osi przedstawienia okazuje się bardzo dobrym pomysłem. Dzięki temu zabiegowi z fabuły Andrzejewskiego wydobyte zostają kontrasty i dramatyzm. Na pierwszym planie bowiem zderzają się młodość i starość, zaledwie talent i aż geniusz. Zderzają się zresztą jak najbardziej dosłownie. Przyjmując zaproszenie Antoniego do nadmorskiej rezydencji para młodych ludzi nie jest w stanie przewidzieć, jak destrukcyjne konsekwencje będzie mieć ta wizyta. Cieszący się sobą nawzajem, nadziejami na sukces i po prostu młodością, nie zgadną, że jedno wydarzenie, którym okaże się samowolne dokończenie przez Antoniego obrazu Olka (Karol Biskup) nie tylko zrujnuje ich relacje, ale właściwie odbierze im sens życia. Genialny twórca obdarzony jest bowiem nie tylko mocą kreowania, ale również potencją o charakterze destrukcyjnym. I tak właśnie, kończąc dzieło stworzenia (korekty wprowadzone do obrazu Olka czynią tę pracę genialną), zabija jednocześnie u młodego malarza, mającego świadomość, że nigdy nie osiągnie poziomu zbliżającego go do mistrza, poczucie własnej wartości. To z kolei nie pozostanie bez wpływu na Zuzannę (Malwina Brych), zachwyconą finalną wersją obrazu i nieświadomą, kto dokonał tego jednoczesnego aktu kreacji i zniszczenia.

Dobre wrażenie robi warstwa plastyczna spektaklu, a to ważne, skoro akcja rozgrywa się w środowisku artystów, skoro toczy się już to w malarskiej pracowni, już to podczas wernisażu w eksluzywnej galerii. Scenografia, którą stworzył Honza Polivka, ukazuje proste wnętrze z drewnianymi stelażami na obrazy i orientalnym dywanem. Tak zarysowana przestrzeń pozwala – poprzez przestawianie czy dostawianie kolejnych elementów, jak choćby poduszki czy fotel – łatwo przenosić się do kolejnych miejsc akcji. Wyestetyzowane kostiumy zaprojektowane przez Joannę Walisiak współtworzą wizualną warstwę przedstawienia. Doskonale dobrane są tu zarówno barwy, jak i faktury. Podczas wernisażu Antoni ubrany jest w odcienie bordowe kojarzące się z witalnością, ale i dojrzałością, a może nawet majestatem, a jego partnerka, czyli Irena (Aleksandra Lechocińska), wyróżnia się gładką i lśniącą błękitno-turkusową kreacją, która nadaje jej jakąś egzotyczną aurę.

Skoro mowa o wykonawcach, to warto zaznaczyć, że każde z nich wnosi istotną wartość do analizowanego przedstawienia. Lechowi Wierzbowskiemu przyszło się wcielić w postać skaczącego po górach boga, któremu stara się jednak – zgodnie z tekstem Andrzejewskiego – nadawać cechy ludzkie. A czasami może nawet i zwierzęce. Na przykład gdy podczas śniadania odsłania swoją nienasyconą żarłoczność. Wykonawca obdarza zresztą postać rysem właściwie aktorskim: jego Antoni poniekąd gra samego siebie. Dariusz Sosiński wcielający się w całą galerię drugoplanowych postaci wykorzystuje formalne środki do skontrapunktowania psychologicznego aktorstwa, którym posługują się jego partnerzy. Własne walory wnoszą młodsi aktorzy. Karol Biskup i Malwina Brych potrafią stworzyć postaci prawdziwie subtelne. Błażej Stencel jako Maks oczarowuje uwodzicielską bezczelnością. Irena zagrana przez Aleksandrę Lechocińską jest intrygująca i powabna. Może nie kojarzy się z „kruchoroślinnością”, która w powieści Andrzejewskiego tak zaintrygowała Antonia, ale za to przywodzi na myśl jakiś bujny i barwny kwiatostan.

Efektu całości dopełnia dbałość o ruch sceniczny (konsultacji udzieliła Iwona Pasińska) oraz muzyka skomponowana przez Zbigniewa Kozuba. Trudno byłoby zaprzeczyć, że Igorowi Gorzkowskiemu udało się nie tylko udowodnić, że niezauważana dotąd przez twórców teatralnych powieść Andrzejewskiego stanowi świetny materiał sceniczny, ale jednocześnie – wydobyć jej uniwersalny charakter. Czy bowiem właśnie relacja wobec tego, co w niepojęty sposób nas przewyższa, nie odsłania niepokoju, który odczuwamy, gdy, pragnąc skakać po górach, z wysiłkiem wdrapujemy się na niewielkie pagórki?

Źródło:

Materiał własny

Autor:

Patryk Kencki

Wątki tematyczne