23.01.2021, 10:33 Wersja do druku

Simply The Best – podsumowanie roku 2020

Teatr znalazł swoją „trzecią drogę” i na potęgę gra online -  Tomasz Domagała podsumowuje miniony rok  na stronie DOMAGAŁAsięKULTURY.

2020 był niezwykle ciężkim rokiem dla wszystkich, również (a może zwłaszcza) dla bazującego na ludzkich spotkaniach teatru, więc naturalnie i dla mnie, recenzenta, który teatrem i z teatru żyje. Na początku pandemii postanowiłem, że jeśli tylko będzie to możliwe, będę jeździł i oglądał. Ruszyłem zatem w trasę w czerwcu, gdy otwarto teatry w reżimie sanitarnym. Obligowały mnie do tego obowiązki członka Komisji Artystycznej konkursu Klasyka Żywa, a także poczucie, że wielu zamkniętym i niepracującym ludziom teatru informacja, że oglądam spektakle w całej Polsce, doda otuchy i nadziei, będzie ona bowiem znaczyła, że polski teatr wciąż żyje, pracuje i budzi zainteresowanie. W listopadzie znów zostaliśmy zamknięci, a obecna sytuacja – powstała na skutek kompletnego braku pomysłu partii rządzącej na opanowanie epidemii oraz braku planu ratowania gospodarki, której kultura jest (czy się to komuś podoba, czy nie) częścią – znów stawia ludzi teatru przed wielkim znakiem zapytania. Muszę przyznać, że najtrudniejszym momentem roku była decyzja o odwołaniu gotowego już w swoim ostatecznym kształcie Festiwalu Nowego Teatru w Rzeszowie, którego jestem kuratorem nurtu głównego. Mimo starań i rozpatrywania różnych scenariuszy, trzeba było zdecydować się na najgorszy. Mam nadzieję, że w 2021 roku tak radykalnych decyzji już nikt w kulturze nie będzie zmuszony podejmować.

Teatr znalazł swoją „trzecią drogę” i na potęgę gra online. Doceniając bardzo wszystkie inicjatywy teatrów instytucjonalnych i off-owych, dające tak potrzebną w obecnej sytuacji pracę licznym potrzebującym wsparcia artystom i innym pracownikom polskiego teatru, muszę przyznać, że teatr w internecie jest zaledwie namiastką. Nawet najlepsze telewizyjne realizacje przedstawień są w pewnym sensie spektaklami operatorów, jako widz bowiem muszę podążać za tym, co zechcą mi pokazać. Trudno się w takiej sytuacji wyrzec wolności, opartej na tym, że w każdym spektaklu najcenniejsze jest to „coś”, co „złowi” uwagę widza i niejako zmusi go, żeby podążał za tym w podróż przez sceniczną opowieść. Nie ma jednak co narzekać, jest jak jest, dobrze, że nasza teatralna wspólnota w ogóle ma możliwość pracować. Tym bardziej, że końca pandemicznego chaosu w naszym państwie nie widać.

Czytałem w internecie wiele komentarzy na temat rankingów rocznych 2020 i zaskoczyło mnie, że spora grupa widzów i artystów uważa, że w tym roku takich podsumowań być nie powinno, gdyż – padał taki argument – wiele osób nie miało możliwości pracy, projekty były „przenoszone”, bądź kończone na łapu-capu. Konkluzja więc była taka, że rankingi są niesprawiedliwe i nieobiektywne. Totalnie się z tymi zarzutami nie zgadzam. Po pierwsze, rankingi są ważne dla widzów i to zwłaszcza w tym trudnym roku. Nie dlatego, że budują hierarchię, ale dlatego, że przekazują społeczeństwu niezwykle istotny komunikat: teatr mimo katastrofy działa, pod względem artystycznym ma się – jak na te koszmarne warunki – dobrze i wróci, gdy tylko będzie można. Rankingi bowiem są dla widzów i tej części społeczeństwa, która – jak mi zwróciła uwagę w dyskusji jedna z odbiorczyń – chce coś dla siebie wybrać niekoniecznie co tydzień, a raz na pół roku i nie chce się rozczarować. Grupa to zapewne niezbyt liczna, ale szczególnie ważna, bo tworzą ją najlepsi ambasadorowie teatru w społeczeństwie – to oni potrafią pozostałych „namówić na teatr”. Te rankingi ważne są też dla wszelkiej maści urzędników i stanowią argument dla dyrektorów teatrów, dowodzą bowiem władzom różnego szczebla, że teatr jest potrzebny, i że ktoś się nim interesuje. To niezwykle istotne w kontekście cięć, jakie – nie łudźmy się – czekają nas w tym oraz w przyszłym roku, moim zdaniem najgorszym dla teatru instytucjonalnego.

Osobiście postanowiłem niniejszy ranking opublikować również dlatego, żeby tym artystom, których – SUBIEKTYWNIE – uważam za najlepszych w tym roku, dać tę odrobinę otuchy, że ktoś widzi i docenia ich ciężką pracę. Nie chcę też karać ich milczeniem tylko dlatego, że jest pandemia. Poza tym ranking jest dla kogoś, a nie przeciwko komuś. Mój rok w polskim teatrze był w statystykach całkiem niezły (uwzględniam tyko spektakle na żywo): 128 spektakli obejrzanych w całym kraju i zagranicą, 21 spotkań poprowadzonych z Artystami po spektaklach, w tym to najcenniejsze w ramach Boskiej Komedii – z Olgą Tokarczuk (moje marzenie); 5 dużych festiwali (jeden za granicą – w Pradze), około 20 rozmów video, wreszcie aktywne prace w komisji Klasyki Żywej. Miałem też pierwszy raz w mojej karierze zaszczyt  selekcjonować teatralnych  kandydatów do tegorocznych Paszportów Polityki. Jeśli chodzi o pisanie, to mój tegoroczny dorobek wygląda następująco: kilkadziesiąt tekstów na blogu, cztery duże wywiady (Krystian Lupa, Małgorzata Kożuchowska, Piotr Beczała i Danuta Stenka), a wszystko to w najskromniej liczonym wariancie statystyk przeczytane przez 60 tysięcy czytelników. Musiałem też rozstać się z PR24, rzucenie bowiem pracy w radiu publicznym po aferze z LP3 to była kwestia honoru i zwykłej przyzwoitości. Na tyle, na ile to możliwe, z tej w tym roku skromnej bazy doświadczonego przeze mnie teatru w całej Polsce, wybrałem to, co według mnie warte jest wspomnienia. Oto moje teatralne olśnienia, podzielone na zwyczajowe w teatrze kategorie. Kolejność w każdej z nich nie ma znaczenia, to nie konkurs. Zapraszam do lektury!

"Krótka rozmowa ze śmiercią", fot. Dawid Stube / mat. teatru

Choreografia

Hashimotowiksa, Krótka rozmowa ze śmiercią, reż. Marcin Liber, Teatr im. Fredry w Gnieźniedanse macabre zobowiązuje, a przecież wszystko, co dotyczy Śmierci i ruchu jej czterech zmaterializowanych na gnieźnieńskiej scenie postaci, jest w istocie jakimś rodzajem tańca śmierci. Zatem praca z tak starą i poważną tradycją choreograficzną jest nie lada wyzwaniem. Paulina Jaksim i Katarzyna Kulmińska z Polskiego Teatru Tańca, ukrywające się pod pseudonimem Hashimotowiksa radzą sobie z nią jednak znakomicie. Jako, że na scenie mamy tak naprawdę do czynienia z formą koncertu, choreografia powinna być zajmująca i energetyczna – i taka też jest. Do tego spójna z całym wymyślonym przez pozostałych realizatorów światem i pięknie go wzbogacająca. W głowie zostaje kilka scen, między innymi taniec z kosami czy zabawa w krzesła, eliminująca kolejnych uczestników… na zawsze – w końcu to danse macabre!

Arkadiusz Buszko, Oni, reż. Piotr Ratajczak, Teatr Polski w Warszawie – Oni Witkacego to w dużym uproszczeniu konfrontacja świata ludzi i automatów – i tę konfrontację na poziomie ruchu Buszki można bardzo łatwo w spektaklu Piotra Ratajczaka odczytać. Polecam pod tym kątem przyjrzeć się roli Tefuana w znakomitej interpretacji Adama Cywki. Buszko wie również, jak wykorzystać elementy sceniczne, które mu się w tkance przedstawienia trafiają. Tak jest i tu, gdy eksploatując szkielet gabloty, stanowiącej element scenografii Marcina Chlandy, opowiada za pomocą znakomitego ruchu o relacjach bohaterów. Nic też dziwnego, że jego kinetyczne dzieło trochę wyrasta ponad pozostałe elementy spektaklu. Bywa i tak. Brawo, Mistrzu!

"Nad Niemnem", fot. Natalia Kabanow / mat. teatru

Szymon Dobosik, Nad Niemnem, reż. Jędrzej Piaskowski, Teatr im. Osterwy w Lubliniemateriału do pracy dla choreografa w tej opowieści było mnóstwo, w końcu to i prace polowe, i wesele, i wiele jeszcze innych sytuacji – zwłaszcza, że scen zbiorowych w powieści Orzeszkowej nie brakuje. Szymon Dobosik wymyślił sobie to wszystko inteligentnie i na dodatek pięknie. To dzięki niemu mamy możliwość przeżyć jedną z najpiękniejszych scen spektaklu, gdy podczas weselnego tańca Marta wpada na Anzelma, spotykając się jeszcze raz z największą pomyłką swojego życia (mowa o rezygnacji z miłości, nie o samym Anzelmie). Muzyka przestaje grać, taniec się zatrzymuje. To też piękna metafora pracy Dobosika: wydaje się, że doskonale zna miejsce swojej sztuki w strukturze teatralnego dzieła, i wycofuje się dokładnie tam, gdzie to niezbędne. Pięknie oglądać taką artystyczną pokorę wobec całości dzieła.

Muzyka

Nagrobki, Krótka rozmowa ze śmiercią, Teatr im. Fredry w Gnieźnie – podoba mi się, że treść piosenek Nagrobków, wykorzystanych w spektaklu jest prosta, nieprzekombinowana, trywialna nawet – i przymiotniki te tutaj akurat są zaletą. Bo trywialna w gruncie rzeczy jest bohaterka spektaklu, czyli śmierć. Niezależnie od tego, jakie znaczenia chcielibyśmy jej nadawać, jakimi tekstami czy spektaklami ją opiewać, czy też się na nią zżymać – ona pozostaje banalna, zwykła, niemal niezauważalna. Piosenki Nagrobków łączą również staropolską literaturę ze współczesnością. Fakt, że coś jest bardzo stare, nie oznacza, że jest intelektualnie spełnione, warto o tym pamiętać zwłaszcza w kontekście staropolszczyzny. Muzyka w spektaklu jest energetyczna, rockowa i znakomicie współgra z bohaterką, która nieoczekiwanie zjawia nam się na scenie w czterech osobach! Mnie do tej pory chodzi nóżka, gdy sobie przypomnę „śmiertelne szlagiery” Nagrobków. I o to chodzi, w końcu Liber i sama śmierć bardzo chcą, żebyśmy pamiętali o tańcach, zwłaszcza o tańcach śmierci.

Siksa, Konstanty Usenko, Kaspar Hauser, reż. Jakub Skrzywanek, Teatr Współczesny w Szczecinie – patrz => kategoria Aktorka Drugiego Planu

Tomasz Leszczyński, Gracjan Pan, reż. Cezary Tomaszewski, Teatr Capitol we Wrocławiu – aranżacje naiwnych piosenek znanego youtubera Gracjana Roztockiego są fundamentem jednego z najpiękniejszych spektakli o dobru, jakie widziałem. Cezary Tomaszewski znany jest z wielopoziomowych, opartych na muzyce i choreografii przedstawień, w których to, co oczywiste, miesza się z zaskakującym, tworząc całkiem nowe kategorie poznawcze. W spektaklu Gracjan Pan – piosenki i muzyka zachwycają, to one są sercem całego tego świata, Leszczyński zaś tak to jakoś pomieszał, że to, co było w nich śmieszne, czy momentami żenujące, stało się piękne i – mimo niewyszukanego tekstu – głębokie. Takiego teatru brakuje dziś najbardziej!

Kostiumy

Mirek Kaczmarek, Sonata jesienna, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Narodowy w Warszawie – kostiumy Kaczmarka są równie znakomite, co postacie – każdy ma odpowiednią charakteryzację, osobowość, historię i rolę w spektaklu. Czarny outfit Charlotty z pierzastym bolerkiem przywodzi mi skojarzenia z Aniołem Zagłady, uosobieniem Śmierci. Niezwykły był moment, gdy Charlotta otulała tymi czarnymi skrzydłami swoją ubraną w lawendową bluzkę córkę Ewę. Wiele też o bohaterce mówiła wspaniała czerwona suknia z trenem, którą Danuta Stenka ubiera do kolacji, żeby po chwili porzucić ją, niczym niepotrzebny kokon. W końcu zostaje krótka halka, bo poprzez kostium widzimy też proces, któremu Charlotta podlega w trakcie tej bolesnej, rodzinnej wiwisekcji – obnażanie. Zdarcie maski, kostiumu, gry aktorskiej, słowem wszystkiego, co nienaturalne i nałożone. Wszystko po to, by zobaczyć nagą prawdę. Świetna robota!

Grupa Mixer, Krótka rozmowa ze śmiercią, Teatr im. Fredry w Gnieźnie – nie wiem, co było pierwsze: Amy Winehouse czy Śmierć, ale kostiumy w spektaklu Libera są obłędne. Uwagę zwraca zwłaszcza kostium głównej bohaterki, w czterech osobach. Kuse, obcisłe skórzane sukienki opinają ciała aktorek, na których, zgodnie z naturą, narysowano układy ludzkich szkieletów. Efekt jest taki, że widać tylko ich fragmenty, głównie na rękach, nogach oraz dekoltach aktorek. Ich twarze natomiast pokryte są makijażami, odzwierciedlającymi czaszkę, które znakomicie grają ze słynnymi, opartymi na koku fryzurami Winehouse. Gra seksualnością śmierci, jej estradowym charakterem wydaje się tu strzałem w dziesiątkę, w pewnym momencie bowiem odkrywamy, że jesteśmy na koncercie śmierci, która wcześniej czy później zagoni nas do tańca. Wspaniały pomysł. W innej scenie Amy/Śmierć ubierają bluzy z logiem zespołu Nagrobki, odpowiadającego w przedstawieniu za muzykę. Ten prosty zabieg łączy główne elementy spektaklu, nadając im spójność i nośność. Niby mało, a cieszy i prowadzi do wielkiego.

Konrad Parol, Matka Joanna od Aniołów, reż. Wojciech Faruga, Teatr Narodowy w Warszawie – takie kostiumy lubię najbardziej: odwołujące się do utworu czy epoki, ale już mocno współczesne. Weźmy jeden z kostiumów Matki Joanny. Małgorzata Kożuchowska, z obrąbanymi siekierą włosami na pazia, ubrana jest w czarny kostium, składający się z nakolanników, oficerek i luźnej sukni przed kolano. Niby zakonnica, a jednak rycerka. Gdy się przyjrzeć bliżej jej statusowi w spektaklu – skojarzenie z Joanną D’Arc, która nie patrząc na ludzkie ofiary za wszelką cenę dążyła do Boga – pasuje jak ulał. Podobnie urzeka biały kostium świętej w scenie finałowej epifanii, żywcem wyjęty z jakiegoś barokowego ołtarza. Konrad Parol świetnie zrozumiał, do czego jest Farudze i aktorom potrzebna jego praca, co nie takie częste we współczesnym teatrze.

Hanna Maciąg, I tak nikt mi nie uwierzy, reż. Wiktor Rubin, Teatr im. Fredry w Gnieźnie – wszystkie kostiumy w tym spektaklu są znakomite (np. kostium Ojca/Sędziego/Narratora), ale jeden – ikoniczny: to czerwony strój Barbary Zdunk, głównej bohaterki spektaklu. Czerwona, długa peleryna (może kojarzyć się z Czerwonym Kapturkiem, może z Podręcznymi), pod spodem koszulka z napisem pussy mantra, ciążowy brzuch wypełniony pestkami czereśni oraz pantalony. Nawiązując do opowieści o Barbarze, grająca ją Karolina Staniec najpierw pozbywa się owego brzucha, żeby po chwili otrzymać od ojca czerwone trzewiczki po matce, potem zaś zrzucić jarzmo peleryny. Powiedzieć, że kostium ten jest znakomity, to nic nie powiedzieć, wystarczy spojrzeć na zdjęcie Dawida Stube, na którym Karolina Staniec kręci się w nim, trzymając ręce uniesione do góry, a w nich – poły peleryny. Nazywam się Czerwień, jestem kobietą, kobiecością, życiem, wyrastam ponad swoje smutne życie, męczeńską śmierć, wszystkie napisane o mnie opowieści. Jestem wolna – zdaje się mówić bohaterka. Oczywiście wielka w tym zasługa Karoliny Staniec, choć trzeba przyznać, że ten świetny kostium pomógł gnieźnieńskiej aktorce, wykorzystała go bowiem tak, jak na to zasługiwał, czyli znakomicie!

Anna Met, Koniec z Eddym, reż. Anna Smolar, STUDIO teatrgaleria, Nad Niemnem, reż. Jędrzej Piaskowski, Teatr im. Osterwy w Lublinie Anna Met jest bez wątpienia jedną z najlepszych polskich scenografek i kostiumografek. W tym roku chcę docenić jej prace w spektaklu Anny Smolar oraz te w Nad Niemnem Jędrzeja Piaskowskiego. Widzów warszawskich intrygują zapewne kostiumy bliskich tytułowego bohatera Końca z Eddym, kojarzące się z Monstrum granym przez Borisa Karloffa w przedwojennym Frankensteinie. Niemodne koszula i marynarka, wypchane monstrualnie na pagonach, linkują również do lat 90-tych ubiegłego wieku, nie dość, że dyskretnie podpowiadają, skąd Eddy/Edouard pochodzi oraz budują wspólnotę widzów i postaci (to samo doświadczenie pokoleniowe), to jeszcze w jakiś sposób otwierają tę opowieść na różne interpretacje. Monstrum bowiem, stworzone przez Frankensteina, sugeruje nam na przykład całą złożoność postaci Ojca, sugerując, że to, jaki jest, nie jest do końca jego winą. Poza tym bohater grany przez Karloffa dla współczesnego odbiorcy jest raczej śmieszny niż straszny, gdy więc Edouard Soni Roszczuk patrzy na swojego Ojca z dzisiejszej perspektywy dojrzałego pisarza (oraz naszej, widzów), wydaje się on – na zasadzie analogii – bardziej zabawny niż przerażający, choć nie jest taki na pewno dla Eddy’ego Daniela Dobosza, który musiał z nim żyć i znosić przemoc z jego strony. Takie to kostiumy! W Nad Niemnem rozpacz Emilii Korczyńskiej i jej ukryte pragnienia realizują się także poprzez kostium. Emilia w brawurowym wykonaniu Edyty Ostojak zakłada w wieczór imienin balową suknię, ewidentnie nieadekwatną do okoliczności prowincjonalnego przyjęcia. Żyje bowiem wciąż w wymyślonym przez siebie (i dla siebie), pełnym pretensji i marzeń o lepszym losie świecie, któremu kres położyło małżeństwo z niezbyt pasującym do tych wyobrażeń Benedyktem. Podobnie z Martą, której szary kostium kontrastuje z jej ulubioną opowieścią o kolorowej „cholerze”, biegnącej przez pola. Gdy tak to wszystko opisuję, przypominają mi się kolejne kostiumy i powiem krótko: z chęcią obejrzałbym ten spektakl na żywo raz jeszcze!

Scenografia

Anna Met, Nad Niemnem, Teatr im. Osterwy w Lublinie – po premierze pisałem: „o scenografii Anny Met należy pisać w samych superlatywach. Przestrzeń Korczyńskiego dworu – sztuczna, niezwykle wąska, ograniczona ścianą z tkaniny (na niej skóra upolowanego zwierzęcia i kolekcja dawnej broni – znów dyskretna aluzja do współczesności), w której znajduje się wejście, wymyślone tak, żeby nie można było ani łatwo do tego świata wejść, ani z niego wyjść – skontrastowana została z symbolicznymi, impresjonistycznymi wręcz obrazami przedstawiającymi przestronne, pełne niezwykłej urody pejzaże w duchu Reymonta czy Wyspiańskiego. Jeśli chodzi o funkcję, to bliżej temu wielkiemu, złotemu słońcu Anny Met do Reymonta niż do Orzeszkowej czy lubującego się w pejzażach późnego Asnyka, ale poczytuję to za walor, natura w Chłopach była bowiem bohaterką żywą, współtworzącą muzykę świata i ingerującą w życie, a przede wszystkim w emocjonalność bohaterów tak bardzo, że nie wiadomo było, czy ona tworzy ludzi, czy oni ją. Podobnie jest na scenie lubelskiego teatru.” Nic dodać, nic ująć!

Dorota Nawrot, Aktorzy prowincjonalni. Sobowtór, reż. Michał Borczuch, Narodowy Stary Teatr w Krakowie często się tak zdarza, że jeden czy drugi element spektaklu „zjada” resztę – taka właśnie sytuacja miała miejsce w krakowskim przedstawieniu Michała Borczucha. Znakomita sceniczna parafraza obrazu Edwarda Hoppera Benzyna, którą stworzyła na scenie przy Placu Szczepańskim Dorota Nawrot, zapowiadała znakomite otwarcie spektaklu, dając nadzieję na wielopoziomowe, głębokie dzieło poświęcone opuszczeniu, samotności czy tymczasowości sytuacji aktorów w pandemii, teatru, wreszcie całego społeczeństwa. W wymowny, nieoczywisty sposób komentowała też sytuację znakomitych niegdyś teatrów (Starego i Polskiego we Wrocławiu), które padły ofiarą polityków. Pozostawione same sobie, do dziś nie mogą uporać się z traumą anihilacji ich dorobku i znaczenia. Tym bardziej szkoda, że instynkt Michała Borczucha go zawiódł i zamiast pójść w wieloznaczność, sygnalizowaną przepięknie przez Dorotę Nawrot, zdecydował się na nudną narrację, złożoną ze sprawiających wrażenie niekontrolowanych improwizacji. Dobra, to nie Truskawy! Dorota Nawrot zasługuje na najwyższe laury za pomysł i znakomitą jego realizację, nie pierwszy już zresztą raz!

Agata Skwarczyńska, Kaspar Hauser, Teatr Współczesny w Szczecinie – gdy opowiada się historię „od tyłu”, scenografia powinna to oddać! Agata Skwarczyńska, najpierw pokazuje świat w zdziczeniu na pustej prawie scenie, żeby potem zbudować go na nowo. I powołuje go do istnienia w znakomity sposób. Tym dobitniej na tle tej odbudowanej przestrzeni brzmi monolog Kaspara, który mówi, że co by się tu nie dokonało, jemu życia nie wróci. Piszę o tym bardzo wszystko upraszczając, ale takie prawo podsumowań. W każdym razie monstrualny chodzik dla chomika straszy mnie we snach do dziś!

Marcin Chlanda, Balladyna, reż. Paweł Świątek, Teatr im. Słowackiego w Krakowie nie wiemy, czy to wyschnięte jezioro Gopło wraz ze wznoszącymi się nad nim w górę kamiennymi schodami, czy teatr grecki, prowadzący nas w obliczu opowieści o władzy do agory – miejsca, gdzie zabiera się głos w najświętszych dla kraju sprawach. Za tę prostą, aczkolwiek wyrafinowaną wieloznaczność już należą się Marcinowi Chlandzie laury. Do tego pyszne kostiumy Goplany i jej dworu, składające się na baśniową wariację na temat współczesnego show biznesu, z uwzględnieniem kreacji parodiujących gwiazdy R’n’B, Lady Gagę czy Conchitę Wurst. Z jednej strony nieskrępowana niczym zabawa konwencjami i współczesnym popartem, z drugiej – poważna wypowiedź o tym, co dla nas, Polaków, najważniejsze. A wszystko to zaczyna się od przestrzeni. Tak, jak powinno być w dobrym spektaklu. W najlepszym!

Paweł Walicki, Fanny i Aleksander, reż. Łukasz Kos, Teatr Modrzejewskiej w Legnicy – tu jest prosto: świetna, totalna scenografia, która liczbą pomieszczeń i ilością przestrzeni do wypełnienia obdzieliłaby kilka przedstawień. Zaczyna się we foyer makietą Legnicy, nad którą stoją dorosłe dzieci Ekdahlów i opowiadają nam o mieście i teatrze, potem w tę „makietę” zaczynamy stopniowo wchodzić od kulis i – dzieje się magia! Przy tej okazji nagroda za wideo należy się jasełkowej Śmierci czyli Kamilowi Walesiakowi, który w sposób więcej niż znakomity nam tę scenografię filmuje (wraz z aktorami), pokazując nam dodatkowo jej mistrzostwo!

Aktorzy drugiego planu

Bartłomiej Cabaj, Och! Te duchy!, reż. Dan Jemmett, Teatr im. Żeromskiego w Kielcach – gra Alfreda, mężczyznę/ducha, który głównemu bohaterowi, Pascuale, przyprawia rogi, jednocześnie sponsorując mu dostatnie życie (och! te wyrzuty sumienia!). W konwencji zaproponowanej przez Dana Jemmetta, będącej wybuchową mieszanką serio i buffo odnajduje się znakomicie, grając połączenie czułego farsowego kochanka z postacią granego przez Brada Pitta wampira Louisa z filmu Jordana Wywiad z wampirem (angielski gotyk „sponsoruje” tę inscenizację bezsprzecznie). Kunszt Cabaja widać zwłaszcza wtedy, gdy następują tak zwane sceny dla Alfreda problematyczne, gdy nagle z postaci kochanka ma stać się duchem, żeby Pascuale nie odkrył jego prawdziwej twarzy i zamiarów. Sceny między nim a Dawidem Żłobińskim są w spektaklu jednymi z najlepszych. Nagle akcja zwalnia… Pascuale patrzy jak urzeczony, a Cabaj na granicy farsy „po angielsku” wycofuje się w milczeniu ze sceny i kłopotliwego położenia. Stać go tu na zabawę, na jakąś drobnostkę, spojrzenie, głupkowaty gest, które dodają scenie blasku, nie niszcząc napięcia. Naprawdę, świetna robota!

Mirosław Zbrojewicz, Król Lear, reż. Anna Augustynowicz, Teatr Modrzejewskiej w Legnicy/Teatr im. Kochanowskiego w Opolu – wybór kategorii to nie pomyłka. Spektakl Anny Augustynowicz jest tak pomyślany, że Król Lear nie dość, że gra rolę epizodyczną, ponieważ abdykował na własne życzenie, to jeszcze jest jedynym mężczyzną w zespole przedstawienia, wszystkie inne role grają bowiem kobiety. Że Mirosław Zbrojewicz jest znakomitym aktorem przekonywać chyba nikogo nie muszę, napiszę więc, co mnie urzekło w jego Learze. Po pierwsze, zewnętrzna siła, połączona z wewnętrzną słabością postaci, którą wykreował. Po drugie, cudowne pasaże na widowni, wchodzenie w rolę inspicjenta i czytanie na głos tekstu innych postaci wraz z nimi. Wreszcie przejmujący, zaskakujący finał, odegrany tak, że choć Błazen płakał przy nim krokodylimi łzami, mnie wzruszył. Pomyślałem sobie: przecież to nie jego wina, że wychowano go w krainie i czasach, w których gorset czy zapięta pod szyję suknia ważniejsze były od kobiety, która je nosiła. Żal człowieka, bo systemu, który Lear nie tylko afirmował, ale też tworzył, wcale mi żal nie było. Dobrze, że odchodzi w przeszłość, Zbrojewicz zaś pięknie uczłowiecza mimo wszystko jego twórcę, przez co nie pozwala nam, widzom, stać się jak jego bohater – zapiekłym i nieczułym.

Robert Wasiewicz, Koniec z Eddym, STUDIO Teatrgaleriapodoba mi się droga, jaką idzie Robert Wasiewicz: od tancerza i performera do aktora, który w tej chwili naprawdę, ze spektaklu na spektakl, pięknie się rozwija i pogłębia swoją wszechstronność. Widać, że nie siedzi z założonymi rękami, tylko ciężko pracuje. Jeśli w Serotoninie, spektaklu/widmo Pawła Miśkiewicza stworzył w drugim planie intrygującą postać psychiatry, doktora Azote’a, to w Końcu z Eddym Anny Smolar są momenty, w których grając Ojca głównego bohatera, absolutnie scenę przejmuje. Znów to wprawdzie rola charakterystyczna i niezwykle – poprzez ograniczenia kostiumu – formalna, Wasiewicz jednak wyraźnie się w niej uwolnił, dał sobie więcej miejsca na improwizacje, więcej czasu na swobodne wyłanianie się swojego bohatera. To z kolei służy i jego postaci, i postaciom jego syna, Eddy’emu oraz Eduardowi; na planie zaś szerszym – spektaklowi i samemu aktorowi, którego niezwykły progres zawodowy należy jeszcze raz podkreślić i docenić. Oby tak dalej!

Mateusz Górski Stream, reż. Katarzyna Minkowska, TR Warszawagra Narcyza, chłopaka poznanego przez główną bohaterkę, Kore, w internecie. Z jednej strony przyjaciel, z drugiej kat, spektakl odwołuje się bowiem do autentycznej sprawy Brandona Clarka, który zamordował swoją wirtualną przyjaciółkę, Biankę Devins. Tym napięciem, zrodzonym między prawdziwym zamiarem a deklarowaną przyjaźnią, Mateusz Górski gospodaruje tak precyzyjnie i oszczędnie, że z całego tego przeciętnego spektaklu pamiętam głównie jego rolę. Wielka nadzieja na przyszłość!

Paweł Palcat, Fanny i Aleksander, Teatr Modrzejewskiej w Legnicywidzom, którzy dotarli kiedykolwiek do Legnicy, Pawła Palcata przedstawiać nie trzeba. Dobrych parę lat temu, gdy zaczynałem swoją wędrówkę po polskich teatrach, Joanna Puzyna-Chojka, przypadkiem spotkana w legnickim teatrze, powiedziała mi kiedyś: zwróć uwagę na Palcata, to świetny aktor. I rzeczywiście, potwierdziło się to już w kilku przedstawieniach, właściwie w każdym, które do tej pory oglądałem. W Fanny i Aleksander Kosa gra „tego złego” – Biskupa Vergerusa, męża Emilii. Wyróżniam go, gdyż do dziś mam w pamięci obraz znakomitej sceny w holu Starego Ratusza, w której szwagrowie Emilii nawiedzają go, żeby prośbą i groźbą załatwić sprawę konfliktu swoich bratanków i ich matki, teraz żony biskupa. Palcat stoi spokojnie wśród tłumu widzów (spektakl ma formę chodzoną) i czeka na szwagrów. Świetna szermierka słowna między nim a Bogdanem Grzeszczakiem i Pawłem Wolakiem to poezja aktorstwa. Biskup powoli zaczyna nad nimi górować. Dzięki sile perswazji i charyzmie Palcata można zaś poczuć naprawdę, jakie piekło może nieść ze sobą religijny fanatyzm, idący w parze z hipokryzją wewnętrznego nieuporządkowania. Świetna rola!

Aktorki drugiego planu

Edyta Olszówka Matka Joanna od Aniołów, Teatr Narodowy w Warszawie – gdy patrzy się na uśmiechniętą twarz siostry Akruczy, jedynej zakonnicy w Ludyniu, która nie doznała opętania, wiadomo od razu, czemu tak się stało. Olszówka wygrywa bowiem przede wszystkim wielką mądrość i doświadczenie swojej bohaterki. Akruczy jest po prostu szczęśliwa i spełniona, jest oddana miłości i światu, w którym wydaje się świętym Franciszkiem w spódnicy. Gdy recytuje sonety Sępa Szarzyńskiego, łączące Boga, miłość, świat i człowieka w jedną nieskończoną całość, łzy same płyną, a za siostrą Akruczy chce się pędzić, żeby dotknąć jej szaty i w ten sposób przejąć od niej choć odrobinę tej przepięknej tajemnicy ludzkiego szczęścia. Olszówka wie, co gra. Jest w niej jakiś rozedrgany, acz pełen spokoju liryzm, na twarzy ma lekki uśmiech, który w znakomity sposób maskuje jej tajemnicę. Siostra Akruczy Olszówki to wcielona esencja kobiecości – mądrość, przenikliwość, radość życia, pogodzenie się ze sobą i niezwykła empatia wobec świata i ludzi. Czy tak dysponowaną aktorkę TN może nawiedzić szatan? Absolutnie nie!

Marta Ledwoń Nad Niemnem, Teatr im. Osterwy w Lubliniegra tu ciotkę Martę, która – takie były czasy – nie odważyła się iść za głosem serca i złamać tabu, dokonać gwałtu na niesprawiedliwym porządku i wątpliwych społecznych wartościach. Płaci więc za to niezwykle wysoką cenę, ukrywając swoją życiową gorycz i opłakując niewykorzystaną szansę w spiżarniach i kuchniach Korczyna, gdzie „robi za ochmistrzynię” w domu brata. Ledwoń u Piaskowskiego nie tylko tę postać odgrywa, ale jeszcze całą tę historię nam opowiada. A w opowieści tej i w jej Marcie zakochujemy się już w prologu, kilka minut po rozpoczęciu spektaklu, gdy opowiada nam cudowną historię, jak to chłopi przestraszyli się jej kolorowego stroju, uznając ją za „tęczową zarazę”. W finale nie da się wyciągnąć Justynie i Jankowi do nowego świata. W mądrych i przenikliwych oczach Marty Ledwoń można wyczytać, że ona musi w tej swojej opowieści zostać, gdyż wprawdzie nie jest to historia, o której marzyła, ale jest ona jej własna bardziej, niż ten nowy, nieopowiedziany jeszcze świat. Ledwoń ten spektakl paradoksalnie spaja, dekomponując jednocześnie swoją opowieścią tworzony przez niego świat. Wielka i poruszająca rola.

Dominika Bednarczyk Balladyna, Teatr im. Słowackiego w Krakowie Bednarczyk zawsze gra dobrze, ale u Świątka zagrała wybitnie. Jej PopGoplana, będąca połączeniem Arethy Franklin z Dianą Ross, po prostu zachwyca. Ileż w niej znudzenia, kapryśności, ale też strachu o własną pozycję królowej show biznesu. Wszystko z wdziękiem, klasą i taką pełną artystyczną wolnością, którą daje ukrycie się w kostiumie i nierealistycznej opowieści. A przecież mimo baśniowego sztafażu powiedziała o dzisiejszych celebrytach więcej niż wszelkie naukowe analizy i mądre artykuły. Świetnie też wygrała lekkie zdumienie, gdy autorytarna władza symbolizowana przez Balladynę kończy z opowiadaniem bajek, unicestwiając tym samym cały jej świat. Mistrzostwo!

Anna Kadulska, Potop, reż. Jakub Roszkowski, Teatr Śląski w Katowicach – bardzo trudno jest grać aktorom w takich spektaklach, w których do zagrania jest kilka epizodów. Tu, w Potopie Jakuba Roszkowskiego, z racji konwencji jeszcze jakby trudniej. Nie wystarczy bowiem przebrać się w inny kostium, żeby było dobrze. Trzeba kilkoma sztychami zarysować postać, po czym w kilka minut ją wypełnić. Anna Kadulska doprowadziła jednak tę formę aktorskiego rzemiosła w Śląskim do perfekcji. Zagrała tu kilka ról: smakowitą postać ciotki Kulwiecówny, obłędną tańczącą królową, Szwecję, wreszcie króla dewocji i Polski – Jana Kazimierza. Najpełniej widać jednak jej kunszt w roli Matki Boskiej, która ukazuje się Kmicicowi w dość dramatycznym momencie jego życia. Jako że Sienkiewicz jest w spektaklu puentowany piosenkami ostatniego ćwierćwiecza, Kmicic śpiewa tu Na zakręcie Agnieszki Osieckiej. Anna Kadulska tuli go w ramionach, niczym na obrazie jakiegoś dawnego mistrza i popala papierosa (przepyszny cytat z Krystyny Jandy, świętującej kiedyś triumfy wykonaniem tej piosenki). Patrzy przeciągle, zamyślona, a ja, w obliczu tej współczesnej piety, nie mogę się pozbyć wrażenia, że „na zakręcie” jeszcze bardziej od Kmicica jest właśnie Matka Boska… tak się właśnie buduje „złote, a skromne” role.

Siksa, Kaspar Hauser, Teatr Współczesny w Szczecinie – sytuacja podobna do tej gnieźnieńskiej ze spektaklu Wiktora Rubina I tak nikt mi nie uwierzy. Twórcy mówią o wspólnocie, która – chcąc zadośćuczynić swojej zbrodni – postanawia się odkupić poprzez opowiedzenie tej historii raz jeszcze, z uwzględnieniem ofiary i należnego jej, odpowiedniego miejsca w tej nowej narracji, ale ofiara wychodzi na scenę (to możliwe, niestety, tylko w teatrze) i przypomina, że życia jej już nic nie wróci. I znowu owa ofiara – Kaspar Hauser w brawurowym podwójnym wcieleniu Alex Freiheit i Piotra Buratyńskiego (gdzieś tę niebinarną rolę musiałem umieścić!) – wymyka się wszelkim możliwym narracjom i próbom uwikłania jej w jakieś pożyteczne czy niecne działania ludzi, chcących jej postaci czy opowieści użyć we własnych celach. I znów dotyczy to również teatru. Dodatkowym walorem roli duetu Siksa są specjalnie napisane do spektaklu przez nich piosenki, które stają się dopełnieniem ich znakomitej roli, głosem Kaspra/niemowy, za pomocą którego próbuje wciąż się ze światem komunikować. Duet Siksa wraz z autorem muzyki, Konstantym Usenką zostaje też w związku z tym (nie ma sensu tego drugi raz tłumaczyć) wyróżniony przeze mnie w kategorii MUZYKA. To jedna z tych płyt (tak, została wydana!), które chce się mieć w swojej kolekcji. I rolę, i płytę gorąco Wam polecam.

Główna rola męska

Jacek Poniedziałek, Powrót do Reims, reż. Katarzyna Kalwat, Teatr Łaźnia Nowa, Nowy Teatr w Warszawie – ten, kto nie widział Jacka Poniedziałka we wstrząsającej roli Didiera Eribona w spektaklu Katarzyny Kalwat, ten nic nie widział! Ten moment, gdy Poniedziałek – po godzinie uczestniczenia w koszmarnym talk show, poświęconym jego życiu, które staje się pożywką dla wampirycznego, pseudo-zaangażowanego, pełnego źle pojętej poprawności politycznej dyskursu – wybucha wreszcie, wart jest wszystkich pieniędzy i nagród! Żeby się uratować kolejny raz, musi wydobyć się nie tylko spod swoich własnych traum, lecz także spod pokrywającej stopniowo jego życie i opowieść o nim grubej warstwy hipokryzji sojuszników i przyjaciół. Osiada ona bowiem na jego prawdziwym bólu, niczym popiół z Wezuwiusza na domach Pompei. Warto czekać na ten moment, bo to esencja teatru. Mnie łzy same płynęły, gdyż mając w swojej biografii podobne do Erribona i Poniedziałka doświadczenia, poczułem, że teatr opowiada też o moim życiu, że wnika głęboko w sensy i w ludzką prawdę, nie prześlizgując się tym razem po tym, co daje łatwy poklask i sympatię towarzystwa. Jacku, bardzo Ci za tę rolę dziękuję! Absolutny top!

Artur Święs, On wrócił, reż. Robert Talarczyk, Teatr Śląski w Katowicach – Święs gra Hitlera, który w zagadkowy sposób powrócił w nasze czasy. Współcześni mu bohaterowie biorą go za uczestnika talent show i cała opowieść nie byłaby warta wspomnienia, gdyby nie przemowy Hitlera, które Święs w ramach występów w teleshow odtwarza z niezwykłą precyzją i zaangażowaniem. Monologi te po kilku minutach sprawiają, że skóra zaczyna cierpnąć, czujemy bowiem, że tak podany faszyzm naprawdę mógł porwać tłumy, co fabuła tej tragikomedii dodatkowo podkreśla. Wielka to zasługa Święsa, widzowie scenicznego Mam talent oraz spektaklu Roberta Talarczyka musieli bowiem uwierzyć, że to naprawdę Hitler, i że tamci, „sceniczni” mieli prawo uznać go za prawdziwego. Ta właśnie podwójna sztuka udaje się Arturowi Święsowi! Muszę przyznać, że pierwszy raz w teatrze się przestraszyłem, bałem się samego święsowego Hitlera, ale i tego, że swoim zaangażowaniem i ohydnymi poglądami przekona widownię, a może nawet i mnie! W końcu od „dobrze mówi!” do pieców Auschwitz upłynęło zaledwie siedem lat. Niezwykła transformacja, niezwykła rola.

Karol Pocheć, Matka Joanna od Aniołów, Teatr Narodowy w Warszawie – po premierze pisałem tak: znakomitą rolę, pełną zaangażowania i niezwykłego oddania się postaci, tworzy Karol Pocheć. Najpełniej portretuje swojego bohatera w scenach, w których tylko stoi i patrzy, reaguje na świat, na to, co się mu wydarza. Jego Suryn jest pełen emocji, te emocje zaś czuje się na własnej skórze, prawie nimi oddycha wraz z nim, bardziej przeżywając jego tajemnicę, niż ją rozumiejąc. Dodałbym jeszcze, że świetnie Pocheć pokazuje stadia szaleństwa, w jakie stopniowo popada jego bohater. Obłędnie (!) wygląda to zwłaszcza w scenie u Rebego Isze, gdzie właściwie rozgrywa się kluczowy moment jego życia, odbity w lustrze świata, którego Suryn Pochecia tak się boi. Pięknie w tej scenie „umiera” dla wieczności, traci wszystko, co było mu drogie; zostają tylko siekiery i wieczne potępienie.

Dawid Żłobiński, Och! Te duchy!, Teatr im. Żeromskiego w Kielcach – niezwykły to dramat nieznanego w Polsce Eduardo de Filippo i niezwykły spektakl w kieleckim teatrze: niby komedia, prawie farsa, a tu nagle twist – i z włoskiego sztuczydła robi się szekspirowska tragikomedia. Żłobiński gra tu zdradzanego męża, a przy tym mężczyznę wierzącego w duchy. W pewnym momencie musi się zmierzyć z upokorzeniem, jakie serwuje mu bieda, niewierna żona oraz jej kochanek. Pascuale, bo tak ma na imię główny bohater, postanawia więc – żeby się ratować na ciele i na duszy – pewnych rzeczy nie widzieć, uciekając w ową narrację z duchami. Żłobiński oddaje tę dwuznaczną grę swojego bohatera wspaniale. Przeskakuje z łatwością z konwencji farsy w dramat i z powrotem. Pascuale jako ofiara ma zapisaną już w tekście sympatię widzów, Żłobiński więc musi swoją postać trochę „zohydzać”. Robi to z klasą i umiarem, dzięki czemu jego Pascuale jest niejednoznaczny, wielowymiarowy, a przez to ludzki. Choć czuje się do niego sympatię, to nie za coś, a mimo czegoś. Ma w sobie coś z szekspirowskiego szelmy, który – choć zostaje poniżony – przez świadomą grę owym poniżeniem doznaje jakiegoś naturalnego wywyższenia. Panie Dawidzie, znakomita robota!

Daniel Dobosz, Koniec z Eddym, STUDIO teatrgaleria – gra zbitego psa, młodego chłopaka, który ma problemy z rodzicami (głównie z ojcem), z kolegami, z biedą, ze sobą samym, ze swoim homoseksualizmem. Jest nadekspresyjny, kipi energią, ale taką jakąś dziecięcą; łatwo się obraża, łatwo płacze. Widać, że w tym, co robi i co przeżywa, jest szczery, stara się być uczciwy, choć często się miota, nie radząc sobie z natłokiem emocji i zdarzeń. Opis ten nie dotyczy Eddy’ego, a Daniela Dobosza w jego roli. Pięknie zresztą odróżnia się on stylem gry, zachowaniem i emocjonalnością od Soni Roszczuk, która gra pisarza Edouarda, współczesne wcielenie Eddy’ego. Gdyby patrzeć stereotypowo, to Dobosz gra emocjonalność kobiety, jej skłonność do empatii, porywczość, nieprzewidywalność; zaś pomysł, żeby jego wersję „męską” – mocno stonowaną, kontrolującą przekaz zewnętrzny i komunikację – grała Sonia Roszczuk sprawia, że te stereotypy się odwracają. Mamy więc na scenie opowieść o rozchwianiu emocjonalnym i nieprzewidywalności słabego mężczyzny, który przeistacza się pod wpływem sztuki w stonowaną, panującą nad emocjami i sobą kobietę. Nowe wcielenie dominującej narracji. Prawdziwy koniec z Eddym. Tłumaczę to, by zwrócić uwagę, że Dobosz znakomicie tym stereotypem „kobiecym” na scenie zarządza, przyjmuje go w siebie i za pomocą aktorskich narzędzi ośmiesza i obala, swoim kunsztem uwiarygadniając ten niezwykle interesujący pomysł obsadowy Anny Smolar. Wielkie brawa. Teatr Studio byłby gapą dekady, gdyby DD nie zaproponowano tam etatu.

Główna rola kobieca

Danuta Stenka, Sonata jesienna, Teatr Narodowy w Warszawie – gdy się pojawia na scenie w pięknym czarnym kostiumie, gubiąc wokół czarne pióra, od razu przywodzi na myśl Anioła Śmierci. Ona twierdzi, że gra matkę i artystkę, ja myślę, że znacznie więcej. Istotne jest to, że Danuta Stenka od pierwszej sceny spektaklu rozpoczyna realizację precyzyjnie skomponowanej partytury obnażania swojej bohaterki. Bez zbędnych słów, min, gestów. Wszystko tu jest zaplanowane, nawet cisza. Wszystko przeżyte, bez jednej fałszywej nuty. Gdy w finale naga i bezbronna nie może złapać tchu, a widzowie duszą się ze wzruszenia pod maseczkami, wiadomo już, że stało się to, co w teatrze najważniejsze: katharsis. Każdy, kto był i widział, zapamięta twarz Stenki na zawsze. Simply the best!

Antonina Choroszy, Matka, reż. Radek Stępień, Teatr Nowy w Poznaniurola matki zawsze jest trudna, natomiast rola Matki w dramacie Witkacego w polskim teatrze po Ewie Lassek – najtrudniejsza. Antonia Choroszy zdaje się tym zupełnie nie przejmować. Przede wszystkim Matki nie gra, a nią jest. Konwencja spektaklu pozwala jej na wiele, ale ona idzie o krok dalej: po prostu patrzy, mówi, reaguje. Daje się poprowadzić sytuacjom i partnerom. Jest całkiem bierna, choć niezwykle uważna. Jej Janina Węgorzewska wyłania się z tych rozmów, spotkań, spojrzeń czy drobnych domowych czynności jako Matka w czystej formie. O tylu twarzach, ile jest jej potrzebne do scenicznego bycia. Rola absolutna, zwłaszcza, że zgodnie z konwencją spektaklu Stępnia, nie gra ona postaci realistycznej, a osobę z wyobrażeń syna Leona. Zamykam oczy, gaszę światło i ją słyszę. Zapłacę, Będę musiała ją nienawidzić, Jedno wiem – że mojej śmierci to on nie przeżyje… i wiele innych słów… i nie widzę już twarzy Choroszy, widzę swoją zmarłą matkę… absolutny szok!

Karolina Staniec, I tak nikt mi nie uwierzy, Teatr Fredry w Gnieźnie – spektakl Janiczak i Rubina traktuje o opresyjności wobec ofiar na przykładzie przypadku ostatniej spalonej w Europie „czarownicy”, Barbary Zdunk. Znakomicie, że tym razem słynny duet zauważył, że ich opowieść również w jakiś paradoksalny (bo wszak z założenia „chcą dobrze”!) sposób wpisuje się w system opresji wobec ofiary, która ma swoje życie, wolną wolę, skomplikowaną naturę. Obsadzenie Karoliny Staniec w roli Barbary Zdunk okazało się strzałem w dziesiątkę, młoda aktorka energią i talentem rozsadziła bowiem ramy scenicznej opowieści, dowodząc swoją znakomitą grą, że człowiek w pełni swojego człowieczeństwa zawsze rozsadzi każdą, najlepiej nawet skonstruowaną narrację, aktor rozsadzi spektakl, a żywa ofiara – beznamiętną historię. Gdy zobaczyłem Karolinę Staniec, ubraną w znakomity czerwony kostium autorstwa Hanny Maciąg – pelerynę Czerwonego Kapturka, a może Podręcznej z powieści Margaret Atwood – uświadomiłem sobie, że nic na tej scenie nie pokona jej Barbary, że ona jest opowieścią samą w sobie. Niezgłębioną i tajemniczą, intrygującą i niełatwą do zrozumienia. Pomyślałem, że pasuje do niej i do Karoliny Staniec tytułowy rozdział z książki Orhana Pamuka, Nazywam się czerwień – i tak do dziś nazywam tę piękną rolę oraz sam spektakl.

Weronika Krystek, Król Lear, Teatr Modrzejewskiej w Legnicy/Teatr im. Kochanowskiego w Opolu – Weronika Krystek to debiutantka roku. Wyszła na legnicką scenę, żeby zagrać Błazna, który musi też grać Edgara, dobrego brata (co za ironia – dobrych braci trzeba odgrywać, złych jest na kopy), żeby w szerszym planie opowieści nauczyć pokolenie „męskiej władzy” nowego porządku, do wtargnięcia którego na scenę historii samo się zresztą przyczyniło. Krystek robi to brawurowo, niezwykle precyzyjnie, z pełną świadomością, którą postać w danej scenie kreuje i jakich środków musi do tego użyć. Jej Błazen jest inteligentny, zabójczo celny i ironiczny. Wiele młoda aktorka dopowiada spojrzeniem, ciałem, gestem. Całość jej legnickiego występu hipnotyzuje. Gdy po spektaklu szedłem do auta, podsłuchałem rozmowę starszych państwa, wychodzących z teatru: Wspaniały ten Zbrojewicz, prawda? – zachwycał się mężczyzna. Zbrojewicz jak Zbrojewicz, ale ten Błazen to dopiero coś! – odpowiedziała mu towarzyszka. Potwierdzam – Weronika Krystek to najlepszy debiut tego roku!

Justyna Janowska Nad Niemnem, Teatr im. Osterwy w Lublinie – jej Justyna od początku pięknie słucha ciotki Marty, widać, że opowieść sprawia jej przyjemność. Zwłaszcza ta o „cholerze”. Gdy zakochuje się w Janku, zaczyna rodzić się w niej potrzeba opowiadania, tworzenia narracji. Nieoczekiwanie dla samej siebie idzie za głosem serca, gwałci niesprawiedliwe prawa i zastane układy, nic sobie z nich nie robiąc. To już nowy świat. Przejmuje narrację, żeby w finale prawie nie zamykać ust. Kolejną opowieścią jest już tylko jej własna. Janowska jest w roli Justyny, czyli pośrednio samej siebie, wspaniała. Z niezwykłą uważnością i skupieniem porusza się jej Orzelska w korczyńskim, lekko absurdalnym świecie, w którym ze względu na jej status majątkowy, niewiele osób zwraca na nią większą uwagę. Świetnie – chciałem napisać – gra Janowska miłosny zawód związany z Zygmusiem Korczyńskim, ale ona go nie gra, ona go autentycznie przeżywa! Ma zresztą do dyspozycji niewiele słów, aktorskie środki bardzo więc się tu przydają. A przyznać trzeba, że młoda aktorka ma z czego korzystać. Lubię jej Justynę, dzięki niej i jej roli lepiej rozumiem młode pokolenie. Wiem, że oni milczą do czasu, przyjdzie jednak taki moment, że zabiorą głos i zrobią wszystko po swojemu. Może ten czas już nadszedł? Zazdroszczę Justynie jej nowego świata. Ja jestem w nim Martą (po trochu także tą z Gileadu).

Adaptacja

Hubert Sulima, Nad Niemnem, Teatr im. Osterwy w Lublinie – traktowana stereotypowo jako synonim nudy ogromna powieść Orzeszkowej staje się w rękach Sulimy i Piaskowskiego zwięzłą, porywającą opowieścią o kilku młodych ludziach, którzy chcą się uwolnić od swoich z góry wyznaczonych ról w porządku ludzkim, czasowym i społecznym. Dzięki takiemu ujęciu Orzeszkowa staje się na chwilę Virginią Woolf, a kobiety z jej powieści – świadomymi i pełnymi zaangażowania bohaterkami z własnymi narracjami i wolnością w podejmowaniu rzucanej im przez czasy i los rękawicy. Plus znakomita gra ze stereotypem dotyczącym słynnych, przydługich podobno opisów przyrody, które w lubelskim spektaklu stają się naczyniami pełnymi emocji bohaterów. Ich nadmiar mogą oni oczywiście w owych „naczyniach” skanalizować. Świetna koda, świetna opowieść Marty o „cholerze” (naprawdę Virginia Woolf!), świetna dramaturgia. Wielkie brawa.

Anna Smolar, Koniec z Eddym, STUDIO teatrgaleria – bardzo ciekawy pomysł, żeby z głośnej powieści Edouarda Louisa wykroić co smakowitsze kąski, dotyczące autora i jego prostej, niezbyt łatwej i chlubnej przeszłości, a następnie zderzyć je z jego intelektualnym alter ego. Do tego dołożyć reżyserski pomysł, że Eddy’go gra młody, energetyczny, pełen emocji Daniel Dobosz, zaś Eduarda pisarza – stonowana, milcząca niemal Sonia Roszczuk. Świetnie się to ogląda i łatwo podąża za bohaterem/bohaterami, nic bowiem tak nie generuje napięcia, jak człowiek, przypatrujący się sobie i swojemu życiu. Wszak większość z nas robi to każdego dnia. Do tego adaptacja jest spójna i podporządkowana scenie, ale tak się dzieje zawsze, gdy rasowy reżyser czy reżyserka pisze sobie tekst. Brawo Anna Smolar.

Beniamin Bukowski, Powrót do Reims, Teatr Łaźnia Nowa, Nowy Teatr w Warszawie będzie krótko: znakomicie napisana adaptacja prozy Eribona, z dobrą kulminacją, rozpisana na trzy narracje: tę prawdziwą ludzką, tę dyskursywną, powtarzaną przez chcących dobrze wypaść inteligentów publicznie i tę niezbyt miłą, naprawiającą błędy tego, kto nie chce iść pod rękę z oficjalnym dyskursem. Podobny pomysł do Staff only, aczkolwiek nieco w innym stylu i o innych sprawach. Wyszło bardzo dobrze.

Juli Jakab, Árpád Schilling, Éva Zabezsinszkij oraz tłumacz tekstu, Daniel Warmuz, Dobrobyt, reż. Árpád Schilling, Teatr Powszechny w Warszawie – ci Węgrzy są jacyś niemożliwi! Piszą teksty, za które nikt by nie dał złamanego forinta, po czym biorą je do ręki aktorzy i dzieją się teatralne cuda. Tak było w przypadku rozsławionych filmem z Vanessą Kirby Cząstek kobiety w TR, tak jest w przypadku Dobrobytu. Nasi południowi przyjaciele umieją jak nikt inny stworzyć z pozoru proste sytuacje, które w teatrze rozrastają się w wielopiętrowe metafory, a że perspektywę mają trochę bardziej skomplikowaną, mam tu na myśli sytuację inteligencji i artystów na Węgrzech, wychodzi przenikliwie, poruszająco i otrzeźwiająco. Z nutką goryczy i melancholii. Tak właśnie było w Powszechnym. Znowu nie mogłem spać przez kilka letnich tygodni po premierze.

Reżyseria

Łukasz Kos, Fanny i Aleksander, Teatr Modrzejewskiej w Legnicy – od Marcina Wierzchowskiego nie było w polskim teatrze nikogo, kto by w sposób tak totalny wykorzystał teatr – rozumiany jako budynek, scenę i zespół ludzi – do zbudowania głębokiego, wielopoziomowego spektaklu. Łukasz Kos nie tylko zaadaptował tekst Bergmana, lecz także pogłębił go i nadał mu nowe znaczenia (choćby pomysł ze śmiercią, która transmituje wydarzenia na wielki ekran). Do tego nie dość, że stworzył na scenie jedną z najpiękniejszych wspólnot, jakie widziałem w teatrze, to jeszcze sprawił, że widz całym sercem poczuł się jej częścią. Może dlatego tak „płaczę” po tym spektaklu, owa wspólnota bowiem została nam wkrótce po premierze brutalnie odebrana.

Katarzyna Kalwat, Powrót do Reims, Teatr Łaźnia Nowa, Nowy Teatr w Warszawie – rok 2019 zakończyła Kalwat znakomitym spektaklem Staff only, ubiegły – najlepszym spektaklem online’owej Boskiej Komedii z wybitną rolą Jacka Poniedziałka. Prawdziwą, wziętą z książki Didiera Eribona postać mężczyzny wykluczonego ze swojej wspólnoty klasowo i genderowo, zestawiła z wszechpanującym ostatnio, nieznośnym i wykluczającym wszystkich, którzy go nie uprawiają stylem opowiadania o tym, czego ów mężczyzna na własnej skórze doświadczył. Konfrontacja ta nie tylko ośmiesza modne wielkomiejskie strategie, przykrywające hipokryzję zaangażowanej, uprzywilejowanej inteligencji, ale też pozwala ofierze – zarówno wykluczenia, jak i owych strategii – wykrzyczeć swój ból, niechęć i niezgodę na ciągłe przez wszystkich wykorzystywanie. Kto nie widział Jacka Poniedziałka w końcowym monologu, ten w tym roku nic nie widział. Brawa dla Kalwat za świetne wyczucie prawdy „czasu i ekranu” oraz znakomity, prosty i w punkt wycelowany spektakl.

Marcin Liber, Krótka rozmowa ze śmiercią, Teatr Fredry w Gnieźnie – Liber jest reżyserem, który często ma zbyt duże „sceniczne ADHD”, przebodźcowuje swoje spektakle, chcąc powiedzieć szybko i ekspresyjnie zbyt wiele na raz. Jak w tej anegdocie o uwagach „p”, „o” w egzemplarzach z kwestiami postaci granych przez Romana Wilhelmiego, z tym, że u Libera jest tylko przywalić, nie ma odpuścić. Mam też wrażenie, że ten niezwykle utalentowany reżyser często nie wierzy w inteligencję swojego widza. A to już więcej niż zbrodnia, to błąd! Tym razem jednak wszystko i wszystkich, a na pewno Marcina Libera z widownią pogodziła… śmierć. I to ta staropolska, wyciągnięta z kanonicznych tekstów średniowiecznych, a zmaterializowana w postaci Amy Winehouse, i to w czterech osobach (a co!). Której przygrywa zespół o dźwięcznie brzmiącej nazwie Nagrobki, znakomity zresztą. Spektakl wyszedł Liberowi przejrzysty, inteligentny, prosty, aczkolwiek głęboki; rozrywkowy, a jednak poważny. ZNAKOMITY!

Jędrzej Piaskowski, Nad Niemnem, Teatr im. Osterwy w Lublinie – Piaskowski miał w swojej niedługiej jeszcze karierze etap poszukiwań, którego wyznacznikiem było pewnego rodzaju niezdecydowanie: rzeźbić w campie, czy w życiu; czy ma być obśmiane, czy na poważnie. Już z tego braku określenia wychodziły rzeczy nieoczywiste i bardzo ciekawe. Piaskowski bowiem bawił się z widzem, ciągle myląc tropy. Lubelskie Nad Niemnem wydaje się tego etapu końcem i ukoronowaniem. Jest w tym spektaklu i campowo, i poważnie, jedno jest rewersem drugiego, postaci, sceny, świat mienią się mnogością znaczeń, a lśnienie to jest źródłem niezwykłego napięcia. Dodajmy do tego świetną adaptację Sulimy, krwiste postaci, stworzone przez znakomitych lubelskich aktorów – i przepis na jeden z najlepszych spektakli sezonu gotowy!

Wojciech Faruga, Matka Joanna od Aniołów, Teatr Narodowy w Warszawie – Faruga należy do reżyserów, którzy mają bardzo ambitne i niezwykle trudne pomysły, ale z tym „wysokim koniem” już tak jest, że łatwo z niego spaść. W teatrze wszystkie elementy scenicznej konfekcji muszą do siebie pasować, bo „wiszące nitki” od razu rzucają się w oczy. Matka Joanna od Aniołów to dla mnie pierwszy spektakl Wojciecha Farugi skończony i przemyślany totalnie, od A do Z. O poziomie trudności nawet nie wspominam, gdyż opowiadanie Iwaszkiewicza do przeniesienia czy to na scenę, czy na taśmę filmową łatwe nigdy nie było. Tu zaś wszystko jest na swoim miejscu – co jest również zasługą adaptatorki – Julii Holewińskiej. Wracając do reżyserii: znakomicie narysowane postaci – Matka Joanna w chłopczycowej wersji Małgorzaty Kożuchowskiej, Karol Pocheć jako cierpiący i kochający Suryn; błyszczy też drugi plan – Edyta Olszówka, Jarosław Gajewski, Adam Szczyszczaj. Wreszcie pomysły: Rebe Isze, brudne klamki, Powrót Odysa Wyspiańskiego czy końcowy obraz, niczym fotografia barokowego ołtarza wycięta z jakiejś gazety. Wszystko wielopiętrowe, wielopoziomowe, z sensami wieloma, prawdziwe i poruszające! Brawo!

"Fanny i Aleksander", fot. Karol Budrewicz / mat. teatru

Spektakl 2020

Fanny i Aleksander, reż. Łukasz Kos, Teatr Modrzejewskiej w Legnicy – Łukasz Kos z armią współpracowników wziął na warsztat scenariusz Ingmara Bergmana, żeby opowiedzieć o teatrze legnickim i o teatrze w ogóle. Na scenie i w różnych innych zakamarkach Teatru Modrzejewskiej dzieło słynnego Szweda staje się opowieścią totalną, a to również dlatego, że aktorzy legniccy raz grają postaci, a raz siebie samych jako aktorów. Był to jeden z ostatnich spektakli, jakie miały swoją premierę przed pandemią. I można powiedzieć, że Fanny i Aleksander Kosa pokazywali potęgę teatru, jego sens i jakąś jego metafizyczną esencję. Kilka dni potem teatru już nie było… Do dziś mam ciary, gdy przypominam sobie – w kontekście pandemii i tego, co się stało na świecie przez te 10 miesięcy od premiery – że wersję scenicznych wydarzeń wideo oglądaliśmy z kamery, która na początku „przypadkiem” trafia do aktora, przebranego za śmierć z jasełek. #zostawGłomba

Nad Niemnem, reż. Jędrzej Piaskowski, Teatr im. Osterwy w Lublinie – niezwykła adaptacja powieści Orzeszkowej, dokonana z niezwykłą czułością i wrażliwością, zarówno wobec świata przedstawionego przez Orzeszkową, jak i postaci zaludniających karty powieści. Co nie znaczy, że na kolanach, że z pobłażaniem czy wręcz nudno. Mistrzowska jest już adaptacja Huberta Sulimy, która nie tylko jest twórczą interpretacją fabuły, ale też grą z językiem czy realistyczną konwencją. Tę adaptację z kolei dopełnia rewelacyjna reżyseria Piaskowskiego: o pomysłach na postaci Marty, Justyny Orzelskiej, Bohatrowiczów czy dom w Korczynie można mówić tylko w samych superlatywach. Do tego jeszcze znakomita scenografia i kostiumy Anny Met! Całość dopełnia znakomity Zespół: Ledwoń, Ostojak, Janowska, Rychłowska to najwyższa aktorska klasa.

Krótka rozmowa ze śmiercią, reż. Marcin Liber, Teatr Fredry w Gnieźnie –trzeba głośno powiedzieć, że dawno w polskim teatrze nie było przedstawienia, w którym z minuty na minutę budowała się autentyczna wspólnota przez wielkie W! Szkoda, że w naszym kraju tworzy się ona już tylko wokół śmierci, ale ważne, że wciąż się jeszcze zdarza. W finale spektaklu mamy możliwość uczestniczyć w niej osobiście, dzięki naruszeniu granicy między sceną a widownią. Wspaniały pomysł, zwłaszcza w dobie pandemii. Śmierć żywcem wyjęta ze staropolskich tekstów objawia nam się w czterech wersjach Amy Winehouse, a przygrywają jej do rozmowy znakomite Nagrobki. Wszystko się zgadza, klasyka martwa staje się żywą. Wielka w tym zasługa Marcina Libera i znakomitego zespołu Teatru Fredry.

Sonata jesienna, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr Narodowy w Warszawie – to niezwykłe spotkanie z życiem i śmiercią. Bergman przeczytany przez Strindberga – głęboko, mrocznie, choć ze światełkiem nadziei na koniec. Świetnie zaadaptowany, wyreżyserowany, zwizualizowany i zagrany. Plus poruszająca kreacja Danuty Stenki. Ascetyczne niczym protestancki zbór dzieło teatralne, które porusza i zapada głęboko w pamięć.

Matka Joanna od Aniołów, reż. Wojciech Faruga, Teatr Narodowy w Warszawie – spektakl Wojtka Farugi to dzieło znakomite i skończone. Iwaszkiewiczowska historia ojca Suryna (Karol Poheć) zamienia się tu w opowieść o człowieku, który jadąc do Ludynia zmierzyć się ze złem, wyrusza na wojnę z samym sobą. A wokół cały kosmos: Bóg, Szatan, Kobieta, Świat. Niestety, bohater walkę przegrywa i zapada się w niebyt, my zaś widzimy tylko kryjący tę metafizyczną tragedię barokowy ołtarz. Znakomicie napisane, wyreżyserowane i zagrane. Teatr głęboki i wielopoziomowy, jakiego dawno w Warszawie nie było.

Ps. Save the best for last! Na koniec chciałbym w tym trudnym roku podziękować przede wszystkim mojej stałej współpracowniczce – redaktorce i korektorce moich tekstów, Katarzynie Kopias- Czekay! Bez jej pomocy i wszystkowidzącego oka, nie mógłbym tak precyzyjnie przelewać moich myśli na papier a teksty ciągnęły by się niczym kolejowa droga z Krakowa do Zakopanego! Kasiu, bardzo dziękuję!

Tytuł oryginalny

Simply The Best – podsumowanie roku 2020

Źródło:

www.domagalasiekultury.pl
Link do źródła

Autor:

Tomasz Domagała

Data:

23.01.2021

Tematy w toku