17.05.2021, 09:26 Wersja do druku

Silenzio albo czym śmierdziała Traviata

"Silenzio!" w chor. Ramony Nagabczyńskiej w Nowym Teatrze w Warszawie, pokaz online. Piszą Marzena Kuraś i Jagoda Hernik Spalińska w portalu Teatrologia.info.

fot. Maurycy Stankiewicz

Nowy Teatr w Warszawie ma rzeczywiście wspaniałą przestrzeń do grania. Jest ona jednym z bohaterów nowego spektaklu Silenzio! W niej rozgrywają się działania czterech aktorek, które bez tej przestrzeni nie miałyby racji bytu. Dowcip bowiem polega na tym, że przestrzeń jest tak duża i wyrazista, że można na niej grać zupełnie bez dekoracji, sama stanowi coś w rodzaju kosmosu – uwaga skupia się więc na aktorach i nawet sobie nie uświadamiamy, że to pusta przestrzeń. Spełniony sen Petera Brooka.

Tak więc w pustej przestrzeni stoją cztery kobiety w rządku. Długo nic nie robią, potem zaczynają na siebie zerkać. Taka będzie cała ta pierwsza sekwencja. W zasadzie nic się nie dzieje, działania aktorek są enigmatyczne, stroje współczesne, nic nie mówią ani o postaciach, ani o sytuacji. Aktorki przyjmują różne wystudiowane pozy i przybierają coraz to inne wyrazy twarzy, by w ten pozawerbalny sposób okazywać emocje. Rzecz odbywa się początkowo dość długo w ciszy. Przypomina się film Davida Lyncha Mulholland Drive i Klub Silencio, gdzie w nocy udają się bohaterki by oglądać pokaz z głównym motywem no hay banda – „nie ma orkiestry”.

Z czasem jednak podczas spektaklu w Nowym Teatrze zaczynają dochodzić dźwięki – operowa uwertura Gioacchina Rossiniego. Czy ta długa scena ciszy plus następna, do muzyki operowej, ukazywały, że narzucone kobietom role kulturowe i społeczne, tak jak w wykonywanych od wieków w przyjętej konwencji operach, cały czas obowiązują? Tak informuje nas opis spektaklu. Dalsze sceny w pewnym stopniu ten związek z ogólnie przyjętymi konwencjami i filmem Lyncha potwierdzą.

Gdy muzyka zmienia się na współczesną, elektroniczną, performerki rozpoczynają walkę o siebie, co wskazuje na historyczny porządek fabuły – muzyka klasyczna: normy, zasady; muzyka elektroniczna: walka o emancypację. Aktorki zaczynają znosić materace i rzucać je na scenę, wielokrotnie „zabijają” się same i nawzajem, w końcu pokonane na te materace padają. To jakby wariacja na temat słynnej frazy z Ojca chrzestnego, czyli „idziemy na materace”, oznaczającej wojnę między gangami. Metafora walki na śmierć i życie – tym razem w konwencji pochodzącej z kultowego filmu.

Gdy aktorki leżą, kamera opisuje poszczególne dłonie, stopy, nieruchome ciała – znowu przypomina się Ojciec chrzestny, a zwłaszcza scena w której Coppola nieomal rozkoszuje się widokiem ciał zastrzelonych w knajpie przez Ala Pacino mafiosów, albo słynne zdjęcie zabitego w porachunkach członka mafii, który leży na podłodze obok przewróconego stolika i białego obrusa, a w ręku nadal trzyma kartę do grania. Obnażane sa więc kolejne konwencje.

Scena upadku, ukazująca w zbliżeniach kamer kobiety zmęczone walką o siebie, które, niewiele osiągnąwszy, pokonane leżą bezwładnie na materacach, by co jakiś czas tę walkę znów powtarzać, trwa tak długo, że widz może się czuć nią znużony. Tę sekwencję możemy uznać za koniec pierwszej części. Początek drugiej bowiem wyznacza scena przebierania się aktorek.

Wchodzą pracownicy teatru w maskach covidowych, wtaczają wieszaki z osiemnastowiecznymi sukniami. Aktorki je zakładają, zaczynając od szerokich, płaskich krynolin. Dopiero teraz sobie uświadamiamy, że każda z nich nosi od początku spektaklu fryzurę z czasów Ludwika XIV. Charakteryzatorzy poprawiają te lekko zniszczone wcześniejszymi walkami włosy – podpinają pasemka, które się wymknęły, spryskują lakierami. Przeobrażone w damy dworu czy kurtyzany aktorki, zachowując teraz z kolei konwencje osiemnastowieczne, na wstępie wykonują wytworny dworski taniec do muzyki Jeana-Baptiste’a Lully’ego, uznawanego za twórcę narodowej opery francuskiej, by następnie przejść do scenki, w której wreszcie usłyszymy ich głosy. Jedna kładzie się na podłogę, a trzy pozostałe zaczynają rozmowę, stojąc przodem do publiczności. Jest to o tyle istotne, że rozpoczynają ją od komentowania widzów, zwłaszcza jednej „widzki”, której „śmierdzi cipa”.

Cała ta sekwencja to jeden z lepszych momentów pokazu. Eleganckie damy w krynolinach, z wachlarzami w dłoniach, używając obscenicznego języka odwołującego się do abiektalnej strony cielesności, rozprawiają o sprawach aktualnych w ówczesnych czasach (zastanawiają się, co stało się z Traviatą i czy miała syfilis, czy rzeżączkę) i współczesnej nam rzeczywistości COVID-u, maseczek, dezynfekcji – nie tylko rąk. To, co je interesuje – choć wspominają na przykład biedę w kulturze – jest banalne i płytkie, na poziomie reklam i plotek, ogólna „chujoza” – jak konstatują. Same zresztą mówią: „nie możemy tak pierdolić, jesteśmy przecież w teatrze”.

Zderzenie wulgarnego, prywatnego języka z pięknymi, oficjalnymi strojami dworskimi, kojarzącymi się z elegancją, poza tym, że jest jawną dyskusją z władzą konwencjonału, to równocześnie wzbogaca i uniwersalizuje doświadczenie kobiecości, które niezależnie od epoki wygląda mniej więcej podobnie, czyli dość przyziemnie przy pozorach wzniosłości. Jeśli jednak wrócimy do Mullholand Drive i sceny w Klubie Silencio, to przypomina się ubrana w XVIII-wieczny strój kobieta, która siedzi tam na balkonie i obserwuje występ Rebeki del Rio śpiewającej Llorando, który to występ doprowadza, zgodnie ze swoim tytułem, bohaterki filmu do płaczu. Cała ta scena – jedna z najbardziej niejasnych i niepokojących jakie znalazły się w tym niezwykłym filmie – pozwala do owej przyziemności kobiecego doświadczenia dodać drugi stały składnik – jego wieczną tajemnicę.

Do jednego z elementów tej tajemnicy nawiązuje też ostatnia scena. Performerki kończą bowiem pokaz tajemniczymi działaniami jakby imitującymi rodzenie w przykucu. Spod szerokich sukien wypadają na podłogę czerwone poduszki przypominające zakrwawione łożyska czy okrągłe embriony, przed którymi aktorki uciekają.

Postacie zamykają spektakl śpiewem, przeradzającym się stopniowo w płacz, krzyk, przerażenie. Każdy może usłyszeć w nim co innego, co chce.

Czy głos kobiet wybrzmiał w tym performerskim pokazie? Raczej słabo, ale same twórczynie już w tytule zaznaczyły, że ma być Silenzio!

Sprawnie przygotowany spektakl z dobrymi kreacjami artystek (Katarzyna Szugajew, Ramona Nagabczyńska, Karolina Kraczkowska, Barbara Kinga Majewska) przyciąga i intryguje świetną choreografią (Ramona Nagabczyńska) i muzyką (Lubomir Grzelak), gorzej z mętnym przekazem ideowym, który jest jednak niejasny, a jeśli go zaczniemy analizować, to robi się niestety w swej powtarzanej wielokrotnie prawdzie banalny. Przedstawienie zrealizowano w ramach programu „Poszerzanie pola”, ale czy to pole zostało w ten sposób rzeczywiście poszerzone? W sensie artystycznym może tak, jednak w opisie spektaklu zaakcentowany jest raczej jego misyjny charakter. Czy to jednak prawda, że wokół spraw kobiecych jest silenzio i no hay banda? Ostatnio raczej nie słyszymy o niczym innym, a i orkiestry nie brakuje, więc za chwilę problemy przysłoni uczucie przesytu, które w trakcie spektaklu też chwilami towarzyszyło widzowi. I widzce.

Tytuł oryginalny

SILENZIO ALBO CZYM ŚMIERDZIAŁA TRAVIATA.

Źródło:

Teatrologia.pl

Link do źródła