„Dwunastu gniewnych ludzi” Reginalda Rosego w reż. Piotra Ratajczaka w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w „Przeglądzie”.
Na początku sprawa wydaje się prosta, wina niemal udowodniona, a przysięgli pewni rychłego zakończenia obrad, ale jeden z nich, dociekliwy przysięgły nr 8 (Filip Kowalczyk), ma uzasadnione wątpliwości. I tak to się zaczyna. Przysięgli wchodzą w spór, ujawniając przy okazji fobie, lęki, niechęci, a nawet żądzę odwetu. Obrady stają się więc lustrem postaw społecznych, dzięki temu zaś, że materia sporu jest konkretna, a rozstrzygnięcie decyduje o czyimś życiu, wygląda to nie na starcie ideologiczne, ale na praktyczny test człowieczeństwa i siły demokracji.
Nie przeszkadza wcale, że scenariusz powstał ponad 70 lat temu i po drodze zmieniły się realia, a w Polsce nawet ustrój. Ludzie pozostali dość podobni, wciąż podatni na manipulacje, powierzchowne opinie i niechętni (przynajmniej niektórzy) do podejmowania samodzielnego wysiłku umysłowego. Wszystko to znakomicie ilustruje inscenizacja we Współczesnym, której tylko lekkie podszlifowanie nowoczesnością daje poczucie, że rzecz toczy się tu i teraz. Wymowa sztuki jest optymistyczna, bo mimo przestróg przed ksenofobami (monolog przysięgłego nr 10, Szymona Roszaka, wyrażający niemal zoologiczną nienawiść do dołów społecznych) dowodzi, że ludzie są zdolni do przezwyciężania uprzedzeń. Wbrew pozorom można się porozumieć. Spektakl rezonuje ze współczesnymi postawami i zachęca do poszukiwania wspólnego języka. Może to najważniejsza nauka.