„Olsztyn. Instrukcja obsługi” Karoliny Szczypek w reż. Weroniki Zajkowskiej w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Pisze Jerzy Szczudlik.
Miasto jest wdzięcznym obiektem opisu. Można wspomnieć o jego urbanistyce i architekturze, Odświeżyć sobie pamięć o jego historii od aktu lokacyjnego. Dodać informację o znanych powszechnie byłych i obecnych mieszkańcach. Można też przywołać dygresje o mieście w listach, pamiętnikach, a choćby i w powieściach. Da się też pewnie stworzyć obraz miasta z zapachów. W pierwszej chwili ktoś powie, że wszystkie miasta mają podobną woń spalin i fabrycznych wyziewów, aromat wychodzący wraz z klientami z piekarni i cukierni, bukiet zapachowy parków i skwerów. Ale gdy zaczniemy te zapachy wiązać z niepowtarzalnymi losami grodu oraz tubylców, to wówczas okaże się, że jesteśmy w stanie wyszukać i wysmakować wonny zapach, charakterystyczny dla danego miejsca.
Olsztyn jest miastem nietuzinkowym. Zewsząd otaczają go lasy. W jego granicach jest 15 jezior i przepływają przez nie 4 rzeki, można zatem powiedzieć, że ponad 10% miasta jest pod wodą. Te i inne jego atrakcje mogą zauroczyć przyjezdnych. Twórców teatralnego projektu: reżysera z Niemiec, Marcusa Falka, scenarzystkę, Claire Dembinski z Francji i z tego samego kraju autorkę zdjęć, Marlene Weiss zainspirowało pudełko z pamiątkami po byłej mieszkance Kortowa, która opuściła miasto 80 lat temu. Pośród zdjęć i wspomnień, znalazło się tam wiele fiolek po lekach z uwięzionymi w ich szklanych murach zapachami miasta. Jeśli to było wśród wywiezionych w pośpiechu reliktów, musiało być ważne. Realizatorzy zadają zatem sobie i nam pytanie: czy żeby poczuć miasto, trzeba być stąd? Każdy je, moim zdaniem, czuje na swój sposób, szczególnego znaczenia nabierają jednak, gdy uświadamiamy sobie, że możemy tu nigdy więcej nie wrócić. W codzienności zapachy powszednieją, w wyjątkowym momencie mogą zauroczyć, na chwilę, na dłużej, na zawsze. „Olsztyn. Instrukcja obsługi” – to tytuł nieco mylący, sugeruje bowiem, że to stały organizm, który można rozłożyć na elementy i się go nauczyć według czyichś wytycznych. A to przecież gawęda stworzona przez wybranych bohaterów. Gdyby sklejać ją ze słów, pamięci i wniosków innych, byłaby z pewnością odmienna.
Warto jednak wybrać się do teatru, żeby poczuć cząstkę Olsztyna nosami realizatorów, licząc, że nas czymś zaskoczą. W pierwszej kolejności oryginalną ideą, za którą kryje się, oprócz wcześniej wymienionych osób, dramaturżka i scenarzystka, Karolina Szczypek oraz współreżyserka, Weronika Zajkowska. Nie bez powodu pomysłodawcy i twórcy spektaklu po raz kolejny w tym teatrze pytają nas również o tożsamość. Niepodobna poznawać poprzez wspomnienia oraz zapachy historii i obrazu miasta, bez uświadomienia sobie, że jest naszym domem, że jesteśmy lub chcemy być stąd.
Jestem związany z Olsztynem dopiero od ponad 20 lat, ale wieść rodzinna niesie (uprawdopodobniona datami i dokumentami), że zostałem w tym mieście poczęty, co w pewnym sensie czyni ze mnie, z natury i z wyboru, Olsztynianina. W miarę często podróżuję, a potem zdaję znajomym relacje, co widziałem, co jadłem, co wydało mi się warte uwiecznienia w limerykach. Nie przypominam sobie jednak, bym kiedykolwiek zwierzał się z zapachów. Dlatego chciałem z aktorami: Mileną Gauer, Marzeną Bergmann, Maciejem Cymorkiem i Agatą Zielińską, wyruszyć w miasto, które jako czwarte z kolei (po Sanoku, Warszawie i Luksemburgu) wybrałem do życia, spodziewając się spaceru pełnego nastroju, powabu i uroku. I się nie zawiodłem, bo uwierzyłem w to natchnienie Olsztynem, pachnącym dla mnie chociażby ałyczami. Były jednym z moich pierwszych zdziwień, kiedy tu zamieszkałem. Rosły dziko przy drogach. Zabawne, jak wciąż mylone są z mirabelkami, rosnącymi przy każdym starym domu i w lasach, przypominając o zaginionych tam gospodarstwach rolnych.
Nie jest łatwo zwerbalizować zapach, a co dopiero przenieść go na scenę, lecz w Jaraczu było pomysłowo. Począwszy od zabawnej sceny wywiadu z realizatorami przed emisją filmu, poprzez niemal laboratoryjne tworzenie tego obrazu kadr po kadrze, aż po akt castingu. I ważne pytania i spostrzeżenia. Choćby to, że miejsca, skąd jesteśmy, nie można odziedziczyć. Twórcy zwrócili naszą uwagę w stronę czegoś ważnego, choć ulotnego. Czegoś, co się pojawia znienacka i szybko znika, ale pozornie, bo przecież to wszystko cały czas wchłaniamy i wydychamy. A cząstka tej leśnej żywicy, porannej mgły, ulicy po deszczu, dymu z jeszcze licznych kopciuchów, a też pranej i wygotowanej pościeli pozostaje w nas jako przyprawy naszego życia, dodające mu zmysłowych radości. Trzeba zatem nauczyć się absorbować zapachy, by miasto podzieliło się z nami swoją historią, codziennością, swoimi bolączkami, tęsknotami, ale też okropnościami. I nie chodzi jedynie o zapachowy przewodnik, ale o poczucie, że miasto jest nasze, a my jego. Mam jeszcze jedną refleksję z tego spektaklu. Warto wyrobić w sobie umiejętność przyjaznego i pogodnego postrzegania rzeczywistości, w tym powiązania zapachów danej chwili ze wspomnieniami z przeszłości. Lub odwrotnie, zachowania obecnych aromatów na przyszłe wspomnienia.