„Dzień listopadowy” Jarosława Iwaszkiewicza w reż. Jana Kidawy-Błońskiego w Teatrze Telewizji. Pisze Aram Stern w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena recenzenta/tki: 9/10 – rewelacyjny
Znakomity reżyser filmowy Jan Kidawa-Błoński zadebiutował w Teatrze Telewizji adaptacją mało znanego opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza „Dzień listopadowy” z 1959 roku – komponując kunsztownie i niezwykle subtelnie opowieść o przejmującej samotności czworga bohaterów, z pięknem przyrody w tle.
Jarosław Iwaszkiewicz w swych utworach prozatorskich perfekcyjnie ożywiał narrację epicką oraz wzbogacał ją elementami refleksji i liryzmu – tak też, niespiesznie i z wieloma niedopowiedzeniami, toczy się akcja dramatu w oddalonym od świata gospodarstwie agroturystycznym (scenografia: Joanna Białousz, kostiumy: Krzysztof Łoszewski). Jego właścicielem jest pięćdziesięcioletni Karol Starski (Olaf Lubaszenko), któremu reżyser wraz z autorką adaptacji telewizyjnej, Alicją Regiewicz, dali nie tylko nowe zajęcie (w opowiadaniu jest leśnikiem), lecz także uwypuklili w nim wiele cech współczesnych mężczyzn oraz osadzili sylwetkę Karola w osobliwym trójkącie psychologicznym z gosposią Hanką (Julia Kijowska) i pomocnikiem Kazikiem (Bartosz Gelner).
Tak intensywne wprowadzenie do opowieści postaci Hanki i Kazika, które w tekście Iwaszkiewicza są schowane głęboko w drugim planie, nieco burzy główny element fabuły dramatu usytuowanego na osi relacji Karola z jego matką Ewą, ale jednocześnie nadaje adaptacji telewizyjnej bardzo współczesny krój i przesuwa ciężar z literackiego duetu w wielowarstwową plątaninę uczuć.
Pozorny spokój i monotonię mieszkańców siedliska po zakończeniu sezonu zakłóca nagły przyjazd na urodziny syna matki Karola – Ewy Starskiej (Ewa Wiśniewska), której obecność u jubilata nie wywołuje cienia entuzjazmu. Nie widzieli się od ponad czterech lat – syna to nie dziwi, wszak jego matka zawsze była bardziej zajęta swoją karierą aktorską niż rodziną. Dziś przedwcześnie schorowanego Karola wyraźnie drażni entuzjazm i energia życiowa matki – są dla siebie obcy: on rozżalony, ona zamknięta w swoim świecie; nie wiadomo, kiedy mówi fragmentami swych ról, a kiedy jest sobą.
W tak przenikliwym studium psychologicznym dwojga ludzi, którzy daremnie próbują się porozumieć, jest wiele bólu i złości, jest smutek – gorzki i ciężki – translokowany również w relację Hanki z Kazikiem, którego postać wydaje się wyrwana z innej rzeczywistości lub też może z wyobraźni Karola.
Pesymistyczną wymowę opowiadania Iwaszkiewicza w teatralno-telewizyjnej adaptacji Jana Kidawy-Błońskiego podkreśla wykreowany w niej klimat – melancholijny i tchnący przygnębieniem bohaterów: straumatyzowanego brakiem miłości w dzieciństwie Karola, egotycznej i nieczułej matki, rozdygotanej wewnętrznie Hanki oraz ozięble pragmatycznego Kazika. W subtelnej, pełnej niuansów emocjonalnych grze aktorskiej Ewy Wiśniewskiej i Olafa Lubaszenki, w równie szlachetnej kreacji Julii Kijowskiej oraz niewielkiej, acz witalnie oczyszczającej gęstą atmosferę roli Bartosza Gelnera odkrywamy Teatr Telewizji pierwszej klasy – teatr wielu Iwaszkiewiczowskich niedopowiedzeń.
Całość zostaje podkreślona wspaniałymi zdjęciami jesiennej przyrody autorstwa Łukasza Gutta oraz liryczną muzyką skomponowaną przez Rafała Stępnia, a także kilkoma zręcznymi niespodziankami w finale: psychoterapeutyczną sceną „odgrywania ról” Karola z gosposią Hanką, wyciągniętym z lamusa zdjęciem Iwaszkiewicza z córeczką Anną na ścianie czy piosenką „Śmierć w bikini” z jednym z najbardziej enigmatycznych i wielowarstwowych tekstów Grzegorza Ciechowskiego.
„A potem przyjdzie śmierć: wszystko rozwiązując, niczego nie wyjaśni. Odejdziemy tak, jakeśmy żyli: osobno. (…)”
/Jarosław Iwaszkiewicz, „Księżyc wschodzi”/