Logo
Recenzje

Robinson z Saskiej Kępy

7.04.2026, 14:28 Wersja do druku

„Chamowo” Mirona Białoszewskiego w reż. Mikołaja Grabowskiego w Teatrze Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

fot. Krzysztof Bieliński/ mat. teatru

W Teatrze Ateneum zagościła opowieść o poecie i małym skrawku warszawskiego lądu, do którego rzuciły go przypadkowe prądy życia. Lądu obcego, niezrozumiałego, huczącego ciągłym remontem, stukotem młotków, skrzypieniem drzwi, dźwiękiem udaru, szemraniem rur, płaczem dzieci, ciągłym piłowaniem i rżnięciem, a na domiar złego „kichaniem żelastwa”. Miron Białoszewski „wydalony ze Śródmieścia” po przebytym zawale serca, przeprowadził się w 1975 roku na „radziecką stronę”. Na Saską Kępę do nowo wybudowanego bloku z wielkiej płyty przy ulicy Lizbońskiej. Do „Chamowa”, jak nazwała osiedle saskokępska „szlachta” z przedwojennych willi i kamienic. Tym też tytułem opatrzył poeta swój dziennik, zapis rocznego pobytu w zawieszonej ponad wszystkimi „latarni” na IX piętrze długiego na ćwierć kilometra mrówkowca. Poetycka proza Mirona i wykreowany przezeń świat codziennej walki z otaczająca materią, zdawałoby się zupełnie nieteatralny, wpisał się jednak znakomicie w teatralną myśl Mikołaja Grabowskiego. Reżysera, który groteską, zaakcentowaniem PRL-owskiego absurdu, śpiewem i scenicznym ruchem okiełznał tekst i nadał mu nowe, tym razem sceniczne życie.

Naocznym jego przejawem jest scenografia Zuzanny Markiewicz – piętrowe rusztowanie, przez które podglądamy mieszkanie Mirona na wysokościach, z wyciągniętymi z poprzedniej epoki meblami i zaakcentowanym wychodkiem, do opisywania którego poeta miał pewną słabość. Na dole króluje urzędnicza machina jakże przyjaznej niegdyś administracji, a zakamarki biurek stanowią jednocześnie widziane z okien „kapliczki dwóch Nepomucków w suchych kwiatach”. Z tyłu olbrzymi ekran, na którym obok archiwalnych zdjęć poety, socrealistycznej architektury czy poetyckich animacji, wyświetlane są fragmenty filmu dokumentalnego „Na nowoczesnej budowie” relacjonującego w tonie kroniki filmowej produkcję prefabrykatów i wznoszenie gierkowskich osiedli mieszkaniowych.

W tym peerelowskim anturażu z pięknym widokiem na trasę eł, „tam gdzie d’żo świateł” poznajemy dotkniętego już strachem wieku „przedstarościowego” Mirona Białoszewskiego, którego roztrzęsienie przenosinami „na nowe” wspaniale oddaje niecierpliwą, groteskowo katastroficzną i potoczystą mową Łukasz Lewandowski. Kiedy poeta sprowadził się na Lizbońską czytał akurat początek "Robinsona Crusoe", gdy bohater poznaje dopiero wyspę, która wkrótce stanie się dlań domem. Wrzucony w całkowicie nową, niezrozumiałą rzeczywistość warczących meblowozów, dźwiganych tapczanów i bezustannych stuków Miron czuje się jak Robinson wśród nieznanych ludzi i zupełnie obcego otoczenia. Oswajanie przestrzeni przychodzi mu z trudem. Poddaje ją bezustannej obserwacji i okiennemu podglądactwu rejestrując w najdrobniejszych szczegółach zachodzące zmiany. Mówi o sprawach prostych: zaginionej z parapetu pasztetowej, zapoznanym w chmurze tynku sąsiedzie, niezapastowanej podłodze w kolorze mortadeli czy eksperymentach z wyrzucaniem pokrywek przez okno. Lewandowski oddając rozedrganą osobowość poety zanurza się w opisywanej drobiazgowo codzienności walcząc dzielnie ze zgiełkiem budowy i harmidrem przeprowadzek, ze spychologią urzędu meldunkowego, z cieknącymi kaloryferami czy z oczekiwanymi i nieoczekiwanymi wizytami gości, wśród których prawdziwie subtelny w swym absurdzie cymes stanowią odwiedziny „reperujących jako-tako” „wstrzeliwaczo-naprawiaczy” oraz wizyta zatroskanej i nieustająco trajkoczącej mamy w błyskotliwym wykonaniu Doroty Nowakowskiej. Aktorka wciela się również w „dalekoczujkę”, niewidomą przyjaciółkę Białoszewskiego – Jadwigę Stańczakową uzewnętrzniając ich skomplikowaną, acz głęboko twórczą relację. W trzeciej roli oglądamy ją jako starszą panią załatwiającą sprawy w urzędzie, w szczebiotliwie pitpilitującym epizodzie, jakby żywcem wyjętym z prześmiewczych filmów Barei. W oparach komicznego absurdu prezentuje się także pozostała część obsady, z wyczuciem podążając za teatralną myślą Mikołaja Grabowskiego i igrającym ze słowem językiem „poety lingwistycznego”. Aktorzy urzekają pełnym dystansu liryzmem piosenek do muzyki Olgi Mysłowskiej i rytmicznym stacatto scenicznego ruchu. Czoła chylę tu przed Januszem Łagodzińskim, bo choć cola, to nie pół litra, jak na Chamowo przystało, to jednak udało mu się jedną sceną wstrzymać na dłużej oddech całej publiczności.

„W tym spektaklu jest tyleż powagi, co ludzkich śmieszności” podsumował celnie reżyser. Wrażliwiec Miron dzień po dniu wrasta w obce otoczenie, z ironią i delikatnym przestrachem przypatrując się ogólnemu chaosowi. Jednocześnie próbuje wykroić sobie w tej nowej rzeczywistości odrobinę własnego miejsca, intymnej artystycznej przestrzeni niezbędnej do tworzenia. Ucieczkę znajduje w muzyce Bacha, Mozarta czy Vivaldiego, którzy pięknem klasyki zagłuszają wszechogarniający hałas. Pozwalają choć na chwilę zamknąć się w skorupie, w odizolowanym i bezpiecznym dla poety świecie twórczej myśli. Ale Chamowo nie daje o sobie zapomnieć i choć nie daje się też do końca zrozumieć, to można je oswoić, a ostatecznie nawet polubić. Polubić wahadłowy ruch z okna do okna, idealny do przemyśleń łącznik na XI piętrze, szwankujące połączenia autobusowe, a nawet „dużo dużych niepotrzebnych trawników”. A dziś, o czym przypomną nam na koniec aktorzy, Chamowo całkiem już odchamiało.

Mikołaj Grabowski zaprasza nas do teatru celebrowanej codzienności. Do szarego, pulsującego dźwiękiem wiertarek i jeżdżących wind mrówkowca, w którym osiadł niespokojny duch poety próbującego ogarnąć ten wibrujący zgiełkiem świat. Uporządkować i uczynić zeń także swój dom. Poety, który w peerelowskiej powszedniości odnajduje w zadziwieniu przebłyski piękna balansując między groteskowym humorem a fatalizmem. Którego język nieustannie poszukujący sposobu na właściwy opis rzeczywistości przetworzony zostaje na teatralny metajęzyk tonów, głosów, obrazów i ruchu. Odbijając w zwierciadle dziennik z „Chamowa” twórcy oddają w punkt dawną atmosferę rodzącego się do życia blokowiska, takiego samego, jakie naznaczyło i moje dzieciństwo. Innych czasów, gdy sąsiedzi znali niemal wszystkich na klatce, gdy wpadało się pożyczyć cukier, przykręcić półkę albo zwyczajnie zatelefonować. Dzisiejszy Miron byłby znacznie bardziej samotny wśród mijających się anonimowo ludzi, choć kto wie, co przyniosłyby jego obserwacje. Bo każdy blok i dziś ma swoją historię i swoich Robinsonów, tętni wewnętrznym rytmem i rozświetla łunę miasta, bez której niektórzy nie wyobrażają sobie życia. Bo tam właśnie mają swoje miejsce na Ziemi. I tylko ze świecą szukać w tych blokach kolejnego Mirona.

Tytuł oryginalny

Robinson z Saskiej Kępy - "Chamowo" w Teatrze Ateneum, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także