Singer snuje opowieść o końcu starego żydowskiego świata, ale to rzecz na wskroś współczesna – o poszukiwaniu tożsamości, o tym, jak istotne są korzenie – powiedział Robert Talarczyk, dyrektor Teatru Śląskiego w Katowicach, który w warszawskim Teatrze Żydowskim zrealizował spektakl „Dziedzictwo”.
W piątek w Teatrze Żydowskim w Warszawie odbędzie się premiera „Dziedzictwa” według powieści Isaaca Bashevisa Singera „Dwór” i „Spuścizna”. Fakt, że przedstawienie reżyseruje Robert Talarczyk, nie jest zaskoczeniem. Dyrektor katowickiego Teatru Śląskiego przygotował już w Żydowskim świetnie przyjęty musical „Jentl”, więc można się było spodziewać, iż do Żydowskiego powróci. Większą niespodzianką jest, że Talarczyk gra również w tym spektaklu główną rolę. Artysta jest dyplomowanym aktorem, ale niemalże porzucił to zajęcie.
- Mój aktorski udział w spektaklu to był pomysł Gołdy Tencer, szefowej Żydowskiego, i kierownika literackiego Remigiusza Grzeli - opowiadał w Studiu PAP Robert Talarczyk. - Nie palę się na scenę, chyba że gram monodram, a tak jest z „Bykiem”. Wtedy jestem sam, rządzę, robię, co chcę, a jeszcze pan Twardoch napisze dla mnie tekst. Tym razem było to polecenie służbowe Gołdy, którą nazywam Cesarzową Żydowską, zatem nie było wyjścia. Gram Kalmana na zmianę z Jerzym Walczakiem, wspaniałym aktorem, a w dodatku tak bardzo innym niż ja, że w gruncie rzeczy powstały dwa przedstawienia. W dużej mierze właśnie to sprawiło, że się zgodziłem - dodał.
„Dziedzictwo” uświetni jubileusz 75-lecia Teatru Żydowskiego, a reżyser przyznaje, iż twórczość Singera jest mu bardzo bliska. - Jako Ślązak bardzo odczuwam tematy, jakie porusza - zaznaczył. - To z jednej strony opowieść o końcu starego żydowskiego świata, a z drugiej rzecz na wskroś współczesna - o poszukiwaniu tożsamości, o tym, jak istotnie są w życiu korzenie. Wśród bohaterów Singera są tacy, co mówią, że nie chcą być Żydami, bo asymilują się do nowej rzeczywistości. W finale ktoś idzie do synagogi, bo deklaruje, że wraca do domu, do wszystkiego, co prymarne, podstawowe. W moich poszukiwaniach tematów śląskich również podobne wątki są mocno obecne. Poza tym bohaterowie książek Singera kojarzą się z postaciami z „Lalki” Bolesława Prusa. Kalman, którego gram, jest podobny do Wokulskiego - zaakcentował.
Piątkowa premiera odbędzie się w Klubie Garnizonowym, bo Teatr Żydowski od lat nie ma stałej siedziby. - Jest tam wspaniały zespół aktorek i aktorów otwartych na każde ryzyko - zaznacza Talarczyk. - Ale to, że bodaj od dekady są na wiecznej tułaczce, nie ułatwia im życia. Od dawna słyszę, że nowe docelowe miejsce będzie już niedługo. Teraz mówi się, że ponoć za dwa lata. Oby tak było - powiedział.
Talarczyk gra, reżyseruje, ale przede wszystkim kieruje Teatrem Śląskim w Katowicach. Przed tygodniem odbyła się tam premiera autorskiego widowiska Agaty Dudy-Gracz „Między nogami Leny, czyli »Zaśnięcie Najświętszej Marii Panny« według Caravaggia”.
- Dla mnie Teatr Śląski jest najlepszym teatrem na świecie i ma najlepszy zespół - śmiał się dyrektor Talarczyk. - Jak określam miejsce, w jakim jesteśmy? Fruniemy i będziemy frunąć dalej. Bardzo zależy mi, by nasze propozycje wchodziły w dialog z widownią. Chcemy z nią rozmawiać poprzez spektakle i bezpośrednio. Fajne jest, jak ktoś po przedstawieniu spotka Grażynę Bułkę, Dariusza Chojnackiego albo mnie i zaczynamy gadać po śląsku. Znam naszą publiczność i wiem, że nie mogę dawać jej wyłącznie progresywnych propozycji. Muszę równoważyć repertuar - podkreślił.
Teatr Śląski jest śląski nie tylko z nazwy. W grudniu krakowski festiwal Boska Komedia wygrali „Tkocze” Hauptmanna grani w dużej mierze po śląsku, a za niespełna dwa tygodnie Robert Talarczyk zaczyna próby „Hamleta” Szekspira. - Po śląsku, w całości - uściśla. - Tłumaczył Mirosław Syniawa i jest pierwszy w historii przekład tego dramatu na śląski. Moim zdaniem „Hamlet” czy też „Tragiczna historia księcia Dynmarku” po śląsku brzmi znakomicie. Bardziej surowo, mniej poetycko, łapie za twarz. Jest bliżej człowieka, bliżej tej ziemi, z której się wywodzimy. Trzeba dobrze znać śląski, żeby zrozumieć wszystko, co Syniawa przetłumaczył. Ale ci, co znają, mogą poczuć wstrząs. Usłyszą, że godka ich, ich rodziców i dziadów brzmi u Szekspira tak mocno. Mogą poczuć dumę, bo to ich język i o niego walczymy.
Premierę „Hamleta” zaplanowano na 15 maja. Dla tych, co nie rozumieją śląskiej godki, będą polskie napisy. - Mamy nowy przekład Tadeusza Sławka - zaznaczył Talarczyk. - Sławek przetłumaczył też również „Makbeta”, „Króla Leara” i „Burzę”, więc uśmiecham się do dyrektorów teatrów, żeby brać i grać - mówił.
- Czekamy na podpis kolejnego prezydenta - odpowiedział szef katowickiego teatru, pytany o los ustawy o języku śląskim, niedawno przegłosowanej przez Sejm. - Ta ustawa jest ważna, bo za nią mogą pójść fundusze, a dzięki nim będzie można na przykład kształcić po śląsku. Bo idzie o to, byśmy języka śląskiego nie zapomnieli - podsumował.