EN
10.01.2022, 09:10 Wersja do druku

"Rewizor" w Dramatycznym - nie całkiem mój, ale do zadumy

„Rewizor. Komedia w pięciu aktach” Mikołaja Gogola w reż. Jurija Murawickiego w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w Polska Times.

fot. Krzysztof Bieliński

Wychodziłem jednak z teatru pod wrażeniem. Murawicki nie uległ pokusie łatwej doraźności. Jego inscenizacja była „o czymś” i „po coś”. Powracała do mnie myśl o Rosji, o fatum ciążącym nad jej życiem społecznym. Czy tylko Rosji?

„Rewizorem” Mikołaja Gogola, w reżyserii Rosjanina Jurija Murawickiego, dyrektor Tadeusz Słobodzianek zamknął 2021 rok w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Znam ludzi, którzy ogłaszają go arcydziełem. Ale część krytyków w ogóle go nie zauważa. Mimo wszelkich lewicowych deklaracji samego Słobodzianka walczącego o kolejną kadencję w konkursie, jego urobek wciąż nie pasuje do schematu „teatru modnego”.

Zarazem ubolewając nad tym, typowym dla słabnącego w pandemii recenzenckiego gwaru przemilczaniem, sam mam kłopot z jednoznaczną opinią. Jestem tak dalece więźniem dawniejszych polskich inscenizacji „Rewizora”, że coś się we mnie buntuje. Przypomnijmy, mało jest historii tak bardzo kanonicznych jak ta opowieść o człowieku wziętym przez małomiasteczkową sitwę za przysłanego przez centralę kontrolera.

Myślę zwłaszcza o telewizyjnej kanonicznej wersji Jerzego Gruzy – z Tadeuszem Łomnickim (Horodniczy) i Piotrem Fronczewskim (Chlestakow). Ale też jako dziecko oglądałem w Narodowym „Rewizora” w reżyserii Adama Hanuszkiewicza. Mariusz Dmochowski był w niej Horodniczym, Wojciech Pszoniak – Chlestakowem. Premiera – 1973 rok, ja na pewno widziałem później. Obie wizje, rozedrgane, bezczelne, balansujące gdzieś między Gogolowską groteską, a bardziej realistyczną komedią, bawiące się ludzką naturą, siedzą mi wciąż na wyobraźni.

Rosja – kraj wampirów?

A zarazem nie mogę odmówić pomysłowi Murawickiego, jednego z mistrzów rosyjskiego „teatru formy”, spójności i konsekwencji. Oferuje nam efektowny wywód, a może nawet sądowy przewód. Jego bohaterowie są w tej wersji ucharakteryzowani trochę na wampiry czy zombie. Scenograf Galya Solodovnikowa zamyka niby zwyczajne wnętrze perspektywą jakiejś upiornej krypty. W tym ujęciu mamy podróż w rosyjską przeszłość, z historycznymi aluzjami. Komendant Uchwiertow (sugestywny, choć nie bardzo z Gogola, Karol Wróblewski) kojarzy się i ma się kojarzyć z enkawudzistą. To coś więcej niż świat powiatowego XIX-wiecznego miasteczka tłamszonego sobiepaństwem carskich urzędników. To archetypiczna Rosja hierarchiczna, splugawiona, uwięziona w samej sobie, w swojej wstydliwej przeszłości – na przestrzeni wieków.

Oczywiście trzeba tę interpretację wziąć odrobinę w nawias. Murawicki nie rezygnuje z całej fabuły, wraz z jej szczegółami, toteż przez większość przedstawienia mamy do czynienia po prostu z przerysowaną groteskowością, mocniejszą niż w jakimkolwiek „Rewizorze”, którego widziałem. Można powiedzieć, że to „Rewizor” opleciony atrybutami teatru groteski, momentami nadrealizmu czy absurdu, ale jednak w zasadzie w całości zachowany i oddany. Tak jakby fabułę Gogola wsadzono w jakieś dodatkowe dekoracje, opatrzono dodatkową otuliną przypominającą o kontekście.

To ciekawy zabieg, pokazujący możliwości teatralnej umowności, tworzenia kilku planów etc. Na dokładkę pojawia się pytanie, jak to się ma do oceny Murawickiego Rosji współczesnej, skoro tak surowo osądza jej spuściznę. Dochodzimy tu do pytań o politykę. Uzasadnionych, Gogol pisał sztuki polityczne, tyle że unikające doraźności.

Dopiero na końcu autor inscenizacji idzie na całość. Przyznam, że nieco mnie zmęczyła sekwencja nachodzenia Chlestakowa przez skarżących się mieszkańców miasteczka. Walące się mury wydały mi się naddatkiem formy, jej przerostem nad treścią. Z kolei zmiana zakończenia (Chlestakow pochwycony i zagryziony przez wampirzą elitę prowincjonalną) pozbawiła komedię lekkości.

fot. Krzysztof Bieliński

Skądinąd i wcześniej było jej mniej niż w innych inscenizacjach. No i pytanie o sens – przecież gryzipiórek z Petersburga, tak łatwo wodzący za nos innych, jest także częścią tego świata. Należy do strony uciskających, nie uciskanych. No ale jeżeli Komendant to enkawudzista, to granica między opresorem i ofiarą, może się niby zacierać. Czym w końcu były stalinowskie czystki?

Marionety, czasem ludzie

Od samego początku postaci są tu bardziej marionetami niż żywymi ludźmi. Mniej tu mowy o ludzkiej naturze, więcej o nagim systemie. Oczywiście bohaterowie zachowują pewne indywidualne cechy, ale w znacznie mniejszym stopniu niż w poprzednich „Rewizorach”. Tak prezentuje nam się na początku, niczym w kukiełkowym teatrzyku, galerię urzędników. Czasem odbywa się to wręcz w sprzeczności z ich charakterystykami wynikłymi z tekstu.

U Gogola sędzia Liapkin Tiapkin to miejscowy filozof, jowialny cynik. Murawicki nakłada na Tomasza Budytę nie tylko potężny brzuch, ale i mundur podobny do oficerskiego z czasów PRL. I sędzia staje się trepem, a właściwie kukłą trepa. Mnie zaś żal starej wersji, bardziej zgodnej z literaturą.

Nie przeszkadza to zespołowi zgromadzonemu na scenie grać na ogół brawurowo, w fantazyjnych kostiumach Solodovnikowej, ani współczesnych, ani realistycznych wprost z epoki. Mogę żałować, że żona i córka Horodniczego zostały zmienione, też trochę kontra tekstowi, w maszkary . Małgorzata Rożniatowska i Agata Góral są jednak w tej konwencji znakomite.

Daje się zapamiętać popisy Mariusza Drężka jako naczelnika poczty Szpiekina czy Piotra Siwkiewicza jako dyrektora szpitala Ziemlaniki – jednak zindywidualizowane w scenie wręczania łapówek, nawet jeśli w poetyce nie całkiem Gogolowskiej. Oddzielne brawa należą się Kamilowi Siegmundowi i Mateuszowi Weberowi zrośniętym w jedną „nadmarionetę” Bobczyńskiego-Dobczyńskiego. Nie zapomnimy prędko piętrowych gagów tyczkowatego Łukasza Wójcika w czterech różnych rolach, ani Macieja Wyczańskiego jako służącego Osipa, jakby wyjętego ze sztuk Mrożka. Wreszcie Kamil Szklany powinien przejść do historii teatru swoją chyba najdłuższą na polskich scenach pauzą, kiedy jako służący Horodniczego Miszka odpowiada na kłopotliwe pytanie Osipa.

Pojawia się pytanie o dwie główne role. Zdziwiłem się obsadzeniem w roli Horodniczego Antoniego Dmuchanowskiego raczej wątłego Henryka Niebudka. Nie tak wyobrażałem sobie tę postać. W sumie dał radę, nie tylko dzięki kolejnemu sztucznemu brzuchowi i umiejętności modulowania głosu. Niektóre sceny grał inaczej niż nas przyzwyczaiła tradycja. Zwłaszcza końcowy monolog „Z kogo się śmiejecie” sprzedał nam nie jako neurotyczny napad furii. Ten przyciszony złowrogi głos - takie teatralne zabawy nawet lubię.

Innym zaskoczeniem było to, że na premierze jako Chlestakow wystąpił nie weteran Dramatycznego Waldemar Barwiński, a student V roku Akademii Teatralnej (kierunek muzyczny) Jakub Szyperski. Obu aktorów grających na zmianę tę samą postać dzieli skądinąd 25 lat różnicy, ale Bobczyński i Dobczyński plączą się przecież co do wieku tej postaci. Szyperski pomimo młodego wieku ma już dorobek zwłaszcza aktora śpiewającego. Tu korzysta w pewnym momencie z tych swoich umiejętności wykonując ze stołu arię – w apogeum sukcesów.

Bardziej skomplikowane jest podsumowanie całości. Na początku doznajemy szoku widząc Chlestakowa nie tylko młodziutkiego (choć także w wampirzym designie), ale o tak cienkim głosie, że można by sądzić, że postać gra, zgodnie z nowymi trendami, kobieta przebrana za mężczyznę. Ten pomysł zrazu olśniewa. W części drugiej doznałem już pewnego znużenia. Miałem wrażenie, że młody aktor gra na jednej i tej samej nucie. Ale też proszę zrozumieć, po Pszoniaku i Fronczewskim, ciężko akceptować nową ofertę petersburskiego gracza mimo woli.

Oddaję jednak Szyperskiemu wygimnastykowanie, techniczną sprawność, zdolności wokalne. Można spytać, co by było, gdyby tę rolę zagrał, tak jak się mówiło na początku, idealnie do niej pasujący Krzysztof Szczepaniak.

Nie całkiem mój, ale…

To nie całkiem był mój „Rewizor”. Podkreślała to nawet obcość tłumaczenia Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej. Dla mnie Horodniczy z odczytywanego na koniec listu Chlestakowa to „siwy wałach” z przekładu Juliana Tuwima, a nie „dziurawy but”. Nie wiem czyje: tłumaczki czy reżysera, były wtręty „uaktualniające”. Kurator szkół Chłopow ma być podejrzewany o bycie nie „jakobinem”, a „lewakiem”. Za tym akurat nie przepadam. Choć rozumiem niewiarę w percepcję publiczności.

Wychodziłem jednak z teatru pod wrażeniem. Było o czym pomyśleć. Murawicki nie uległ pokusie łatwej doraźności. Jego inscenizacja była „o czymś” i „po coś”. Powracała do mnie myśl o Rosji, o fatum ciążącym nad jej życiem społecznym. Reżyser o to pyta. Choć pyta także o każdy system oparty na przemocy i zakłamywaniu samego siebie. Niech każdy szuka kolejnych analogii na własną rękę.

Tytuł oryginalny

„Rewizor” w Dramatycznym - nie całkiem mój, ale do zadumy

Źródło:

polskatimes.pl
Link do źródła

Autor:

Piotr Zaremba

Data publikacji oryginału:

06.01.2022 13:01