„Rękopis znaleziony w Saragossie. Dziedzictwo Gomelezów” wg Jana Potockiego w reż. Grzegorza Jarzyny w Teatrze Polskim w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w „Przeglądzie”.
Kto choć raz obejrzał film Wojciecha Hasa według „Pamiętnika znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego, nigdy już nie opuści Alfonsa van Wordena podróżującego przez góry Sierra Morena do Madrytu. Każdy potencjalny adaptator tej powieści mierzy się, chcąc nie chcąc, z wizją Hasa. Może jednak uniknąć frontalnej konfrontacji, dobierając inny klucz interpretacyjny. W spektaklu Grzegorza Jarzyny miejsce potomka Don Kichota z filmu Hasa zajmuje młodzieniec poddawany próbom inicjacyjnym (Wojciech Siwek), a szkatułkowa opowieść zmienia się w celowo zorganizowaną grę, z którą zmierzyć się może każdy, kto ma jakie takie obycie z grami komputerowymi. Wprawdzie i u Potockiego na koniec okaże się, że Alfonso byt obiektem manipulacji i zabawy Gomelezow, ale u Jarzyny to droga do zajęcia miejsca Mistrza Gry, organizatora przygód młodzieńca, czyli swego rodzaju egzamin kwalifikacyjny, a jednocześnie dramat inicjacyjny, który pozwala bohaterowi odkryć samego siebie.
Jarzynie udało się coś rzadkiego: połączyć olśniewające widowisko wykorzystujące i nowoczesne środki wideo, i te charakterystyczne dla dawnego teatru (efekt deus ex machina, dzięki któremu pojawia się Anioł Stróż) z wartką narracją i komentarzem filozoficznym. Jądrem całości jest konfrontacja między racjonalnością a mistyką i magią, tląca się nadzieja, że świat można poznać i objaśnić jego reguły. Przedstawienie trwające niemal cztery godziny wciąga, intryguje i zaskakuje nie tylko formą, ale i treścią. Co więcej, błyszczy paradą aktorskich kreacji, by wspomnieć jedynie monolog córki Montezumy w mistrzowskim wykonaniu Danuty Stenki czy postać głównego manipulatora, której Andrzej Seweryn nadaje wieloznaczne odcienie.
Mimo piękna widowiska i nierzadko wyrafinowanego dowcipu całość nie tchnie optymizmem, bo Jarzyna jak Potocki dostrzega, że świat Wielkiemu Demiurgowi raczej się nie udał.