05.08.2021, 13:39 Wersja do druku

Rekonstruowanie lokalnej historii

„Na tropach Smętka” wg Melchiora Wańkowicza w reż. Rudolfa Zioło w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Pisze Karol Suszczyński, członek Komisji Artystycznej Konkursu Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej Klasyka Żywa.

fot. Łukasz Pepol

Napisana w 1935 i wydana rok później powieść reportażowa Melchiora Wańkowicza Na tropach Smętka nie pierwszy raz inspiruje olsztyńskich twórców do działania. I nie ma w tym nic zaskakującego, bo ten „bestseller dwudziestolecia” – jak to zauważył sam autor w Przedmowie do powojennego wydania – porusza między innymi temat dramatycznych dziejów ludności polskiej na terenach Prus Wschodnich (w skład których wchodziły właśnie Warmia i Mazury) po przeprowadzonym tam w 1920 roku plebiscycie mającym na celu wypowiedzenie się w sprawach przynależności państwowej. Wynik głosowania był, jak pamiętamy, miażdżący dla tej grupy, która opowiedziała się za przynależnością do Polski, a to w efekcie wywołało wrogość i szereg działań o charakterze represyjnym ze strony ludności niemieckiej. Przypominanie tych zdarzeń wydaje się wiec ważnym działaniem mającym na celu podtrzymanie tożsamości lokalnej.

Już w 2016 roku, z okazji jubileuszu 80-lecia pierwszego wydania, historie zapisane w utworze Wańkowicza pomógł odświeżyć mieszkańcom miasta Andrzej Bartnikowski, dyrektor Olsztyńskiego Teatru Lalek, a zarazem pomysłodawca prowadzonej tam Pracowni Dramatu. Wówczas pięcioro młodych literatów stworzyło autorskie adaptacje fragmentów Na tropach Smętka, a aktorzy OTL (wchodzących w skład grupy Teatroholicy) przygotowali na ich podstawie krótkie inscenizacje. Pokaz był jednak jednorazowy – miał na celu zaprezentowanie efektów pracy piszących, a nie poszerzenie repertuaru lalkowej instytucji. Nie przeszedł jednak bez echa i z uwagą został odnotowany w lokalnej prasie.

W 2020, sto lat po plebiscycie, powieść reportażowa Melchiora Wańkowicza powróciła na olsztyńskie sceny, a dokładanie Scenę Kameralną Teatru im. Stefana Jaracza, tym razem za sprawą prowadzonego tam od kilku sezonów Studium Reportażu oraz reżysera, Rudolfa Zioło. Powstał spektakl, który obszernie czerpie z wielowątkowej i różnorodnej tematycznie książki, a przy tym jest dziełem, które ma szanse dotrzeć do świadomości szerszego grona odbiorców – nie tylko mieszkańców Olsztyna.

Adaptatorki, a zarazem dramaturżki, Daria Kubisiak i Martyna Wawrzyniak, przemieniły trudny, pełen autorskich komentarzy, naukowych refleksji, analitycznych danych oraz licznych, spisanych rozmów tekst w zwartą, płynną narrację, która toczy się pomiędzy pięciorgiem postaci, nazwanych ogólnym terminem „szperacze”. To redaktor montujący (Cezary Ilczyna), językoznawczyni (Ewa Pałuska-Szozda), faktografka (Aleksandra Kolan), antropolog (Michał Felczak) i fotograf (Wojciech Rydzio). Odkrywają oni niejako na nowo historie zapisane w książce Wańkowicza i rekonstruują wydarzenia dzięki zebranym wcześniej archiwaliom. Cały czas też uzupełniają się wzajemnie, by stworzyć jak najbardziej wiarygodny obraz tamtych lat. A jest to obraz niezwykle złożony i bogaty.

fot. Łukasz Pepol

Historii przywołanych w spektaklu jest wiele, a bez znajomości oryginału części z nich nawet nie da się zapamiętać. Opowieść balansuje pomiędzy tematami związanymi z ludową tradycją i wierzeniami, religią, a losami tych przedstawicieli mniejszości polskiej, którzy swoją postawą i działaniami za wszelką cenę starali się zachować narodową tożsamość w germanizowanej społeczności (z powodzeniem lub bez). W spektaklu pojawiają się więc i fantastyczne opowieści o zamieszkujących tamte tereny stworach (jak tytułowy Smętek, czy duch domowego ogniska Mazurów, Kłobuk), i historie o cudach (objawienie Matki Boskiej w Gietrzwałdzie) i przerażające zapisy, dotyczące losów konkretnych osób (zmarłego w niewyjaśnionych okolicznościach nauczyciela, Macieja Lanca, który desperacko, przez kilka lat uczył w polskiej szkole jedynie niepełnosprawną dziewczynę, czy naiwnego i łatwowiernego robotnika Jakuba Małaszewskiego, który upity i podpuszczony przez sąsiadów, przepisał swoje dzieci do szkoły pruskiej).

Nawiązując do pomysłu zaproponowanego przez adaptatorki, scenografka, Katarzyna Stochalska, stworzyła przestrzeń oddającą ducha pracy badawczej – sterylne, białe laboratorium, z mapą regionu zarysowaną od widowni oraz białymi, delikatnie falującymi kotarami na horyzoncie, a także z kilkoma stołami, na których porozkładane są najróżniejsze dokumenty, zdjęcia, notatki oraz inne materiały źródłowe. W pracowni tej gdzieniegdzie stoją też pudła czy kartony, wypełnione posegregowanymi zbiorami. Znaleźć tam można także kilka krzeseł, magnetofon szpulowy czy statyw z mikrofonem. Ale wszystkich tych elementów nie ma wiele. Stochalska postawiła wyraźnie na minimalizm, nie chcąc niepotrzebnie zabudowywać przestrzeń i tworzyć realistyczne wnętrza.

Koncepcja scenograficzna wyraźnie koresponduje z myślą reżyserską. Rudolf Zioło postawił na powściągliwość w grze aktorskiej, skupienie się na niewielkich działaniach, redukcję niepotrzebnych gestów i prezentowanie symbolicznej wymowy scenicznych znaków (zwłaszcza w kontekście zgromadzonych artefaktów-archiwaliów). Wszystko to jednak okazuje się pułapką, bo przy trzygodzinnym spektaklu, w którym zdecydowanie górę bierze warstwa tekstowa, monotonność zachowań, powtarzalność niektórych zadań aktorskich czy brak wyraźnych złamań, wywołują zmęczenie i rozkojarzenie uniemożliwiające śledzenie tak bogatej historii.

Z pomocą przychodzą jednak reżyserowi wizualizacje Aleksandra Janasa – na początku spektaklu co prawda ubogie, ale od drugiej części coraz gęściej wypełniające przestrzeń Sali Kameralnej (można nawet powiedzieć, że momentami do przesytu, bo zdarzają się sytuacje, w których nie wiadomo, co jest ważniejsze, słowo padające ze sceny czy informacje zawarte w grafikach). Bez nich jednak nie udałoby się odtworzyć ani piękna przyrody Warmii i Mazur, opisanego przecież przez Wańkowicza, ani też ukazać ludzkich tragedii, zestawionych gdzieniegdzie w powieści w przerażających liczbach. W efekcie wstrząsające są finałowe sceny wypełnione nazwiskami osób, które były ofiarami różnych lokalnych represji oraz wszelkimi innymi wizualnymi treściami podkreślającymi koszmar tamtych lat.

fot. Łukasz Pepol

Zespół aktorski nie ma w tym spektaklu łatwego zadania. Po pierwsze sam oryginał jest niesceniczny, a po drugie koncepcja dramaturgiczna adaptacji spowodowała, że pięcioro bohaterów skupia się wyłącznie na odległych im tematach oraz problemach osób kompletnie obcych, często niemal anonimowych. Przy czym postaci te nie rozmawiają ze sobą, a raczej dzielą się zdobytą wiedzą, wciąż dopowiadając, wtrącając się, uzupełniając nawzajem. Najciekawiej wypada tu Wojciech Rydzio, który do każdej kolejnej historii buduje swoją postać niemal od nowa, starając się stworzyć obraz niezależnej jednostki. Podobnie pracuje Michał Felczak, choć nie udaje mu się znaleźć w sobie aż takiej różnorodności aktorskich działań. Ciekawie też wypada Ewa Pałuska-Szozda, zwłaszcza w scenach bogato inkrustowanych białym śpiewem. Słabsi są za to Aleksandra Kolan i Cezary Ilczyna, którzy od początku do końca wykorzystują jeden wypracowany sposób gry – schematyczny i z czasem nurzący.

Trzeba jednak podkreślić, że W poszukiwaniu Smętka. Pieśń ziemi na wiele głosów to przedstawienie niezwykle potrzebne. Mierzenie się z przeszłością, zwłaszcza w kontekście problemów lokalnych, uświadamia odbiorcom z jakimi trudnościami borykały się poprzednie pokolenia i jaką cenę musiały zapłacić, byśmy dziś mogli żyć w miarę spokojnym świecie. Pokazuje też, z jak niezwykłych lokalnych wierzeń i mitów wyrasta współczesne kultura – już bardziej ujednolicona, choć u swych podstaw tak różnorodna i bogata.

Na tropach Smętka według powieści reportażowej Melchiora Wańkowicza, reż. Rudolf Zioło, Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie, premiera 26 września 2020

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne