„Tytus Andronikus" Williama Shakespeare'a w reż. Marcina Libera w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu. Pisze Anita Nowak.
Szekspir napisał „Tytusa Andronikusa”, aby zwrócić na siebie uwagę i z przytupem wejść na scenę jako dramaturg w sytuacji, kiedy wielkim już uznaniem cieszył się jego rówieśnik Christopher Marlowe i paru innych tworzących ociekające krwią pełne przemocy i okrucieństwa tragedie. Choć klimaty te wówczas obce były jeszcze jego poetyckiemu, wrażliwemu usposobieniu, dzięki nim wzbił się ponad dotychczas hołubionych przez widzów dramaturgów.
Marcin Liber, żeby wyróżnić swoją inscenizację spośród kilku wcześniej zrealizowanych przez innych znanych reżyserów, w pewnym momencie uciekł się do stylizacji wrestlingowej. Po co? Chyba żeby oryginalnie zaistnieć, bo innego uzasadnienia nie widzę. Ale godna podziwu jest wspaniale wyrzeźbiona sylwetka jednego z performerów, Biesiada Stronga, która nie tylko panów na widowni, ale nawet tych na scenie, może wpędzić w głębokie kompleksy, a panie na długie godziny zanurzyć w odmęcie marzeń.
To, co dzieje się na scenie nie budzi lęku. Zwłaszcza u ludzi na co dzień funkcjonujących z obrazami prawdziwych scen przemocy i rzezi. Pomimo wygrywanych przez aktorów cierpień i rozpaczy bawi, w miarę upływu czasu i biegu akcji coraz bardziej skłaniającego rzecz ku grotesce.
Ale ogromnym walorem tego przedstawienia jest fenomenalny wręcz ruch sceniczny, tempo przebiegu zdarzeń i przecudnej urody plastyka. Zaprojektowane przez Mirka Kaczmarka foliowe kostiumy idealnie odzwierciedlały zdegenerowaną fizyczność, stanowiącą odbicie odrażających wnętrz bohaterów. To wspaniale oryginalny a zarazem komiczny sposobu napiętnowania okrutnej rzezi.
A aktorzy im bardziej realistycznie starają się grać cierpienie, tym mniej w tej konwencji są wiarygodni. Wspaniałą kreację tworzy tu tylko Matylda Podfilipska, która jako Tamora perfekcyjnie dostosowuje środki do konwencji spektaklu. Warunkami fizycznymi idealnie przystaje do akrobatycznych figur, jakie w swej choreografii wyznaczył jej duet Katarzyny Kulmińskiej oraz Pauliny Jaksim, Hashimotowiksa, Joanna Rozkosz jako Lawinia.
Najciekawiej zabrzmiała w scenie polowania, też doskonale współbrzmiąc z choreografią muzyka Rafała Ryterskiego, ewokując pompatyczny klimat dworskich rozrywek, jednym niosących radość, a innym śmierć. Tu rozlega się gwoli zamaskowania zbrodniczych zamysłów synów Tamory.