31.07.2021, 18:41 Wersja do druku

Przerost formy nad treścią

"Cardillac" Paula Hindemitha w reż. Mariusza Trelińskiego w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie, koprodukcja Oper Köln  i Teatro Real w Madrycie. Pisze Temida Stankiewicz-Podhorecka w Naszym Dzienniku.

fot. Krzysztof Bieliński

Najnowsza, a zarazem ostatnia w obecnym sezonie, premiera Teatru Wielkiego-Opery Narodowej to opera „Cardillac” niemieckiego kompozytora Paula Hindemitha. Mimo prawie stu lat od powstania (1926 r.) po raz pierwszy została wystawiona w Warszawie. Muzyka Hindemitha mimo tak dużej odległości czasowej brzmi bardzo współcześnie, można powiedzieć – wręcz nowocześnie. Jeśli chodzi o tendencje pojawiające się obecnie w muzyce, to myślę, że na Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”, jaki corocznie odbywa się w Warszawie, muzyka z „Cardillaca” zabrzmiałaby jak dziś napisana.

Autor libretta Ferdinand Lion oparł tekst na noweli „Panna de Scudéry” E.T.A. Hoffmanna, niemieckiego poety z przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku. Ferdinand Lion w swoim libretcie dokonał zmiany postaci centralnej w stosunku do litery tekstu oryginalnego. Głównym bohaterem u Liona jest Cardillac, w opowiadaniu Hoffmana zaś córka Cardillaca. Opera Hindemitha opowiada o wybitnym jubilerze, Cardillacu, tworzącym wyjątkowo piękną biżuterię, której nie jest w stanie oprzeć się żadna kobieta. Ale także sam jej twórca, Cardillac, jest tak silnie przywiązany do swoich brylantów, że nie może się z nimi rozstać. Toteż każda kobieta, która je kupuje, ginie zamordowana rękami Demona, który jest alter ego Cardillaca. W ten sposób jubiler – obsesjonat, psychopata – odzyskuje swoje dzieła. To diamenty są sensem jego życia, nawet los własnej córki nie interesuje go, bo – jak mówi – ona nie jest całkowicie jego, natomiast diamenty są jego.

Utwór Hindemitha jest operowym kryminałem, a nawet horrorem. Wyolbrzymionym przez reżysera. Jest to nie tylko nieestetyczne, ale umieszcza teatr operowy, który jako gatunek należy przecież do sztuki wysokiej, w całkowicie innej przestrzeni. Można powiedzieć – w kategorii B, należącej do tzw. kultury masowej. Ponadto Mariusz Treliński jako reżyser w swoich inscenizacjach operowych na pierwszym miejscu stawia siebie, to znaczy wymyśloną przez siebie formę spektaklu. Nie wyprowadza koncepcji inscenizacyjnej z partytury opery, lecz w pewnym sensie partyturę podporządkowuje swojej wizji reżyserskiej. W tej sytuacji śpiewaków nierzadko ustawia w przysłowiowym kącie, by wybić na plan pierwszy swoje pomysły inscenizacyjne, w których następuje często przerost formy nad treścią.

Nagromadzenie w „Cardillacu” różnych elementów przypomina jarmark. Przeszkadza w odbiorze, nie można skoncentrować się na brzmieniu muzyki, na śpiewie, na przesłaniu, które zostaje zamazane, „zagadane” scenograficznie. Uwaga widza jest atakowana z różnych stron, żywy plan miesza się z wideo, piętrowa dekoracja, akcja opery toczy się symultanicznie, jednocześnie na kilku planach, oglądamy zwielokrotnionego głównego bohatera (na żywo na scenie oraz na ekranach), chór w świecących maskach, czarne anioły na wrotkach, migające ekrany itd., itd.

Muzyka Hindemitha nie jest łatwym zadaniem dla dyrygenta, co można było zauważyć, ale przede wszystkim jest dużym wyzwaniem dla śpiewaków, w tym głównego bohatera. Obsadzony w roli Cardillaca Tomasz Konieczny bas-baryton jest największą i niezaprzeczalną wartością tego przedstawienia. Artysta doskonale prowadzi postać Cardillaca – zarówno wokalnie, jak i aktorsko. Swoim wspaniałym, silnym głosem o wyjątkowym brzmieniu przebija się przez trudności zawarte już w samej partyturze roli, jak i dodatkowe przeszkody wynikające z koncepcji inscenizacyjnej. Już choćby dla samego Tomasza Koniecznego warto obejrzeć ten spektakl. Interesującym brzmieniem głosu dysponuje Izabela Matuła grająca rolę córki Cardillaca, osoby z zaburzeniami psychicznymi, co pewnie genetycznie przejęła po tatusiu, psychopacie-mordercy. Po śmierci Cardillaca to ona kontynuuje jego dzieło. Niestety, artystkę wraz z jej scenicznym narzeczonym ubrano (w tej roli Wojciech Parchem) w jakieś punkowo-cyborgowe stroje, co zmienia wagę granej postaci. Rolę Demona w białej masce znakomicie prowadzi Robert Wasiewicz, który jest mimem.

I – jak zawsze u Trelińskiego – sporo odniesień do stylistyki kina. Tutaj kina noir, kina grozy. Prócz – oczywiście zamierzonych – zapożyczeń filmowych w spektaklu niemało nawiązań do słynnych powieści grozy, science fiction.

„Cardillac” opera Paula Hindemitha, libretto Ferdinand Lion, dyrygent Tim Murray, reż. Mariusz Treliński, scenog. Boris Kudlička, Chór i Orkiestra Teatru  Wielkiego-Opery Narodowej (koprodukcja Oper Köln  i Teatro Real w Madrycie).

Tytuł oryginalny

Przerost formy nad treścią

Źródło:

Nasz Dziennik nr 175

Link do źródła