„Arkadius is dead” Michała Kmiecika w reż. Marcina Libera w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Pisze Michał Centkowski w „Przeglądzie”.
Spektakl o najsłynniejszym polskim projektancie Arkadiusie nie mógł powstać gdzie indziej. Na dużej scenie Teatru Jaracza w Lodzi, dawnej stolicy przemysłu włókienniczego, dziś zagłębiu dizajnu i mody, wzlot i upadek Arkadiusza Weremczuka pokazali Marcin Liber i Michał Kmiecik. I jak to bywa w przypadku tego duetu, moda i sam Arkadius stali się właściwie pretekstem.
Rzecz rozgrywa się w efektownej, abstrakcyjnej przestrzeni (Mirek Kaczmarek) w której modowy wybieg przecina na pół blaszany kontener pełen ciuchów. Nawiedzają ten świat postacie realne oraz widma z przeszłości Arkadiusa i naszej pamięci zbiorowej, odziane w znakomite kostiumy Marii Mordarskiej. Wąsaty wuefista z podstawówki z lat 80. (brawurowy Mikołaj Chroboczek), któremu trzeba coś udowodnić; cwany badylarz, ojciec założyciel polskiego kapitalizmu, który ostatecznie oszuka projektanta (Mariusz Siudziński); ekscentryczka kolekcjonerka i przyjaciółka młodego artysty Isabella Blow (Katarzyna Cynke). Jest nawet Matka Boska (Natalia Klepacka) i Alexander McQueen (Mateusz Czwartosz).
Najmniej chyba w tym spektaklu samego Arkadiusa (Paweł Paczesny), ale przecież to nie biografia, a i legendarny projektant pozostaje postacią tajemniczą. To dobrze nam znana, lecz niezmiennie aktualna opowieść o bezlitosnym świecie blichtru i rozszalałej konsumpcji, pogoni za tym, co nowe i ekscytujące. Świecie wyzysku, pełnym ludzi pogubionych, gotowych na wszystko, byle przeżyć swoje pięć minut, w którym sztuka jest właściwie pretekstem. Gdzieś na jego marginesie egzystuje młody Projektant (Łukasz Stawowczyk), rozpaczliwie pragnący powtórzyć sukces Arka z Parczewa. Napisane jest to zgrabną, wyraźnie inspirowaną Demirskim frazą Kmiecika - dowcipne, bezpretensjonalne i świetnie zagrane.