EN
16.05.2022, 18:00 Wersja do druku

Prowokacja

fot. Robert Jaworski / mat. teatru

„Mąż i żona” Aleksandra Fredry w reż. Krystyny Jandy w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Benjamin Paschalski na stronie Kulturalny Cham.

Czas na nowo otworzyć dział teatralny Kulturalnego Chama. Absencja miała swoje realne powody, ale mam nadzieję, że powrót będzie na dłużej. O spektaklu, o którym poniżej, w ogóle miałem nie pisać. Bowiem uważam go za dobrze skrojoną komedię nieśmiertelnego Aleksandra Fredry, przygotowaną sprawną ręką Krystyny Jandy, w gwiazdorskiej obsadzie: Małgorzata Kożuchowska, Marcin i Jędrzej Hycnarowie, Maria Dębska oraz Tomasz Drabek. Mowa o ostatniej premierze w warszawskim Teatrze Polonia – Mężu i żonie. Jednak sprowokowała mnie do nakreślenia kilku słów rozmowa Panów Jakuba Moroza i Przemysława Skrzydelskiego zamieszczona na łamach „Magazynu e-teatru”. Kolejne jej fragmenty otwierały mi coraz bardziej oczy ze zdumienia. Zadawałem sobie pytanie czy aby byliśmy na tym samym spektaklu? Czy rzeczywiście widziałem to co przeczytałem? Zatem do sedna.

Pierwsza podstawowa rzecz to należy sobie zadać pytanie jaka jest funkcja teatru we współczesnym świecie. Owszem z jednej strony mamy teatr intelektualny, tetr głęboki, wzniosły, ale z drugiej strony istnieje przestrzeń dla lekkiej formy, gdy widz przychodzi do miejsca Melpomeny po czystą rozrywkę. Sceny Krystyny Jandy są miejscem, gdzie każdy powinien znaleźć coś dla siebie, jednak aktorka musi również myśleć o rzeczy najważniejszej. Prowadząc przedsiębiorstwo, nie posiadając stałej dotacji z budżetu państwa czy też samorządu, aby zapełnić widownie instytucji. Przez lata się to udaje. Publiczność przychodzi i jest obecna. Bo chce wytchnąć i wie, że pod adresami Marszałkowskiej i Grójeckiej znajdzie to czego potrzebuje – dobrze skrojony tekst, sprawną reżyserię a także gwiazdorską obsadę. Teatr mieszczański, teatr bulwarowy. Nie wstydźmy się tych określeń bowiem one są duszą miasta. Tam się spotykamy, plotkujemy, rozmawiamy, wypijemy kieliszek wina, a na końcu siadamy na widowni po dobrą rozrywkę. Autorzy wspomnianej recenzji chyba trafili do innego miejsca jeżeli zawiedli się tym co zobaczyli.

W swoim życiu widziałem kilka inscenizacji Męża i żony. Ta przygotowana w Teatrze Polonia przypomniała mi pierwsze doświadczenie z tą komedią Fredry. Miało to miejsce w Teatrze Małym, dawnej scenie Teatru Narodowego, w roku 1987. Reżyserował Jerzy Krasowski, a z obsady pamiętam Krystynę Królównę. Jednak w pamięci pozostała niezwykle ciekawa, pomysłowa i funkcjonalna scenografia Katarzyny Kępińskiej. Był to dekoracyjny kolaż zawieszonych kołder, który tworzył wrażenie, że jesteśmy nieustannie w sypialni. Bowiem wątek zdrady jest kluczowy w intrydze Fredry, gdzie każdy zdradza z każdym. Mistrzowski wiersz jest pyszny, a wyłuskanie z niego sensów powoduje, że jest niezwykle aktualny. Nie tak dawno Anna Hop, choreografka i tancerka, w Polskim Balecie Narodowym przygotowała przedstawienie wzorowane na utworze arcymistrza komedii, wycisnęła z niego wszystko co można, puentując jeszcze mocniej niż sam autor by myślał. Zdrada, zostanie rogaczem spowodowało nic innego, że Panowie budują własny związek oddalając się od Pań. Można wiele interpretować, dodawać i komentować. Jednak siłą tegoż dawnego spektaklu w Teatrze Małym jaki i dziś w Polonii jest wgryzienie się w piękno i klasę słowa Fredry.

Krystyna Janda nie potrzebuje wielkiej innowacji i przemyślnych forteli aby ukazać swoisty, krwisty czworokąt zdrad, niedomówień, braku miłości, przeprosin, pretensji i żali. To opowieść żywa, w świetnym tempie, bo właśnie czasem słowo wypowiadane, jasno i klarownie, choć szybko i ze zwadą, trafia celnie do odbiorcy. Widz je świetnie wychwytuje, a uśmiech na twarzy i rzęsisty śmiech nie milknie. Brawo! Udało się, że z powszedniej salonowej komedii wydobyto to co najważniejsze – słowo. Nie bełkot, a dźwięk frazy. Dźwięczne „ł” w mowie Panów jest piękne, acz nie pozbawione humoru. To wszystko buduje aurę opowieści, gdzie czeka się co będzie dalej, co przyniesie kolejna scena.

Recenzja w „e-teatrze” zwraca uwagę na scenografię. Że beże, zgaszone światło nie pozwalają wejść w świat XIX wiecznej opowieści. No cóż. Niektórzy wolą jaskrawe kolory, najlepiej czerwień. Ale akcja nie rozgrywa się w domu publicznym, acz w salonie. Wystarczy zobaczyć i prześledzić litografie bądź zabytkowe pałace, a dojdzie się do wniosku, że klasa miejsca to właśnie stonowane barwy. Tak było, jest i będzie. W odróżnieniu od wspomnianych komentatorów uważam za majstersztyk kostiumy, których ilość i różnorodność świetnie koresponduje z epoką. Właśnie oglądając spektakl zwróciłem uwagę na każdy szczegół, że trudno się do czegoś przyczepić. I znalazłem jeden niestety to - współczesne zapałki!. Ale to wszystko. Bowiem tak dobrze odwzorowujących epokę strojów ciężko odnaleźć. Wielkie brawa dla Doroty Roqueplo. Dopełnienie, swoistą klamrę jasno ukazującą czas i miejsce akcji określa muzyka Stanisława Moniuszki będąca jasnym gongiem do kolejnych części przedstawienia. Reżyserka świadomie rezygnuje z ilustracji muzycznej, oddając palmę pierwszeństwa językowi, który jest jak świetna kompozycja w ustach sprawdzonej grupy artystów.

Na deskach Polonii debiutowała Małgorzata Kożuchowska w roli Elwiry. Jasno poprowadzona egzaltacja, manieryczność, ale i komediowy sztafaż odmienia dotychczasowe emploi aktorki, która nierozerwalnie kojarzy mi się z Hanką Mostowiak z M jak miłość – tasiemca TVP. Jasno prowadzona rola, znudzonej żony, szukającej kochanka jest kontrapunktem dla żwawej, rezolutnej i bystrej Justysi Mari Dębskiej. Jednak prawdziwe show, gdzie świadoma farsowość będąca retuszem dla słowa to zasługa Marcina Hycnara. Jego każde wejście to perełki! Jego hrabia Wacław to niby nie zdający sobie sprawy z rzeczywistości safanduła, a tak naprawdę bystry jak torreador na arenie walki z bykami pogromca kobiecego serca. Wspaniale zagrana rola! Nie gorzej wypada Jędrzej Hycnar jako amant i niestrudzony podrywacz Alfred. Ten kwartet zapadnie na długo w pamięci.

Siłą spektaklu w Polonii jest to, że Krystyna Janda pozostała wierna tekstowi, jego literze i intencji. Opowiedziała sprawnie historię, że zdrada czy wczoraj czy dziś jest i będzie. Bowiem to zjawisko nie tylko mody, ale naszej egzystencji. Ten udany wieczór w Polonii to zasługa mistrzowskiego aktorstwa, sprawnego poprowadzenia i wybrzmienia, jak nigdzie indziej, tekstu Aleksandra Fredry. Publiczność potrzebuje rozrywki i oddechu, wytchnienia. Tu ją otrzymała. Choć niektórzy pogubili adres i czas – Marszałkowska 8 jest trzy przystanki tramwajem dalej, a tęsknota za Magnetyzmem serca jest zgubna, bowiem dawno nie ma jej na afiszu. Nostalgia jest niestety tylko dla nielicznych i wtajemniczonych, a cieszmy się współczesnością. Tym co dziś i teraz.

Źródło:

Kulturalny Cham
Link do źródła