„Hamlet” Williama Shakespeare'a w reż. Kamila Białaszka w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w „Przeglądzie”.
Stanisław Wyspiański, projektując inscenizację „Hamleta", napisał znamienne słowa: „W Polsce zagadką »Hamleta« jest to: co jest w Polsce - do myślenia". To zdanie stało się kluczem interpretacyjnym dla Andrzeja Żurowskiego, który, uznawszy, że Szekspir jest najbardziej polskim dramaturgiem, głosił, iż w Polsce zagadką Szekspira jest to, co jest w Polsce do myślenia. W ten sposób, rozszerzając tezę Wyspiańskiego, dowodził, jak w kolejnych inscenizacjach, szczególnie w XX w. i dzisiaj, odzwierciedlają się polskie dylematy, rozterki, dążenia.
I rzeczywiście, kiedy śledzi się fale zainteresowania polskich reżyserów dziełami Szekspira, nietrudno zauważyć, że przypływy (i odpływy) wzięcia niektórych tytułów mówią coś więcej o świecie społecznym niż sam wzrost zaciekawienia takim czy innym dramatem. I to niezależnie od intencji twórców. 20 lat temu tragedią, która wyszła na czoło inscenizacji szekspirowskich, okazał się „Makbet", swego rodzaju komentarz zawieruchy dziejowej, jaką była polska transformacja ustrojowa.
Rzecz jasna, był to komentarz symboliczny, a nie bezpośredni. Świat w szekspirowskim „Makbecie" bowiem to koszmar absurdu. To świat, w którym z dnia na dzień można się stać nie tylko mordercą, ale i człowiekiem o rozdwojonym języku: oficjalnym, reprezentowanym wobec innych, i rzeczywistym, z jasno odczuwanym poczuciem moralnej ohydy sytuacji. Jeśli więc tylu naraz polskich artystów sięgało wówczas po tę tragedię, w przyrodzie społecznej musiało być coś takiego, co gorąco rymowało się z materią sztuki. Rozmaicie te diagnozy odmierzali 20 lat temu Kleczewska, Wajda, Jarzyna i Kruszczyński, w jednym wszelako byli zgodni: świat zszedł na psy i nie ma nadziei.
Minęły lata i teraz, w odmienionym świecie, kiedy wróg stoi niemal u bram, rządzi na scenach „Hamlet". Grany w obu teatrach narodowych, w Warszawie i Krakowie, na Śląsku (nawet po śląsku) i w warszawskim Powszechnym. W reżyserii twórców kilku pokoleń, od Jana Englerta żegnającego się „Hamletem" z Teatrem Narodowym, w którym przez wiele lat sprawował dyrekcję artystyczną, po Kamila Białaszka, niedawnego debiutanta, cudowne dziecko polskiej reżyserii, który wprawił w zdumienie swoim rapowanym „Panem Tadeuszem".
Rozmaite to spektakle, ale łączy Hamletów zagubienie we współczesnym świecie. O ile pochód Makbetów przez polskie sceny dwie dekady temu znaczył ostateczną zmianę pokoleń i ustrojów, o tyle Hamleci dzisiejsi stoją na rozdrożu niezdolni do działania. Przy czym Hamlet ze Starego Teatru to tak naprawdę Hamlet wyemancypowany - bohater sztuki Pawła Demirskiego „Mam coś w głębi nie do przedstawienia. HAMLET", w której autor wykorzystał imiona postaci, niektóre ich cechy i relacje oraz fragment tragedii Szekspira na prawach cytatu. Jest to więc nie tyle adaptacja, ile tzw. szekspiriada, czyli utwór inspirowany dziełem Szekspira.
Najradykalniejszą adaptacją jest „Hamlet" Kamila Białaszka w Teatrze Powszechnym. Prawdę powiedziawszy, to bardziej „Hamlet" Białaszka niż Szekspira. Tragedia Szekspira służy bowiem młodemu reżyserowi jako szkielet (w szafie?), na którym zawiesza swoją własną historię. Fabularnie na pozór wszystko się zgadza, bo rzecz ukazuje losy tytułowego bohatera i zdarzenia na duńskim dworze zgodnie z planem Szekspira: od pogrzebu i wesela i pojawienia się ducha nieżyjącego ojca aż po finałowy pojedynek z Laertesem, gdy padną obaj przeciwnicy, domykając opowieść o królewiczu, który się korony nie doczekał.
To jednak zaledwie rusztowanie, które Białaszek zabudowuje po swojemu. Z jednej strony, usuwa niemal wszystkie (albo infantylizuje) monologi z tragedii Szekspira, pozbawiając nie tylko tytułowego bohatera szansy przedstawienia swoich duchowych problemów. Z drugiej, dopisuje monologi postaciom kobiecym - w tym kluczowy monolog Gertrudzie, w którym przeprowadza ona frontalny atak na maminsynków z pokolenia Z, niewiele robiących i ciągnących zyski z sytuacji zaopiekowanych dzieciaków.
Białaszek tłumaczy, że usuwa z „Hamleta" monologi, bo już im nie wierzy, bo nie pasują do naszych czasów. Ale przecież wstawia do scenariusza monologi własnego pióra (i to nieliche), czyli jednak w monologi wierzy, tylko w zupełnie inne.
Co więcej, dodaje do „Hamleta" prolog i epilog. Te dopisane fragmenty nadają inny sens tragedii. Twórca posługuje się autorytetem Szekspira, aby go sobie podporządkować i wprząc do własnych celów. Niegłupi pomysł i konsekwentnie przeprowadzony, nawet jeśli niejednemu filologowi flaki przy oglądaniu takiego „Hamleta" się przewracają.
Kiedy rozpoczyna się teatr w teatrze, a więc właściwy „Hamlet", widzom ukazuje się umieszczony w centrum na podwyższeniu osobliwy tron zbudowany z pisuarów zwróconych w cztery strony świata. Czyżby aluzja do toaletowych scenografii u Warlikowskiego? Przy jednym z pisuarów, tyłem do widowni zmaga się z oporną mikcją Klaudiusz (Arkadiusz Brykalski), najwyraźniej cierpiący na rozrost prostaty. Poza tą dolegliwością starzejących się mężczyzn Klaudiusz cierpi na niedostatek inteligencji, krwawe zapędy i inne paskudne cechy charakteru, które go nie różnią od zmarłego/zamordowanego brata.
Otoczenie króla także nie budzi sympatii. Poloniusz (Mateusz Łasowski) to przemocowy karierowicz, Horacjo (Michał Czachor) - oślizgły dworak, Laertes (Adam Szustak) - narkoman i wydrwigrosz, Rosencrantz (Andrzej Kłak) i Guildenstern (Grzegorz Falkowski) - usłużni donosiciele bez kręgosłupa. I wreszcie Hamlet (Antek Sztaba), niby to zbuntowany książę, a tak naprawdę wiodący wygodne życie młodzieniec bez ambicji, który o tyle demonstruje swoją niezależność, o ile nie zagraża ona jego wygodnej pozycji. Słowem - zastój. Marazm. Bylejakość. Tonące w barokowym przepychu nadmiarowych strojów i krociowych dochodów, które piętrzą się na całej scenie. Do tego rozleniwionego świata wkradają się obrazy zaczerpnięte z internetu, jakieś przemarsze i odgłosy walki, a niepokojący ton narasta, kiedy na dworze pojawiają się aktorzy - ich rytualne, tchnące autentyzmem widowisko, któremu przewodzi Aktor szaman (Mamadou Góo Ba) - wymuszając inny bieg wydarzeń. Temu odmienionemu kierunkowi w pewnym sensie biernie poddaje się Hamlet. Antek Sztaba portretuje wyluzowanego przeciętniaka z dobrego domu, który rozpaskudzony dostatnim życiem zostaje zmuszony do zajęcia jakiegoś stanowiska wobec coraz wyraźniej rysującej się zbrodni stryja. Toteż nawet kluczowy dla tragedii monolog „Być albo nie być" wymrukuje podczas kąpieli w wannie z wyraźnym lekceważeniem i brakiem emocjonalnej więzi z jego treścią. To tylko puste frazesy, maskujące niezdolność do działania.
Na tle pozbawionego energii dworu wyróżniają się postacie kobiece, Gertruda i Ofelia. Zwłaszcza Królowa Gertruda (Anna llczuk), która okazuje się jedyną bohaterką panującą nad swoim losem i trzymającą władzę nad tym rozchwierutanym światem. Sekunduje jej duch Ofelii, bo Ofelie są dwie, a żywa Ofelia (Natalia Szczypka) niewiele się różni od dworzan, także pozbawiona empatii. Ale jej duch (Ewa Skibińska) jest inny, tkwi w nim siła, wola przemiany, groźna energia, która może przewrócić patriarchalny świat rozbestwionych mężczyzn.
Kiedy teatr w teatrze dobiega końca, w Elsynorze nie pojawia się Fortynbras, ale jeden z małpoludów w proroka przemieniony (Andrzej Kłak). To on przynosi niczym deus ex machina „dobrą" nowinę - nie ma żadnego złego finału, przeciwnie, ludzkość wraca do natury - rzecz ciekawa, ale podobne marzenie przyśniło się Krystianowi Lupie w „Capri". Cała historia cywilizacji dobiega kresu i wraca do natury, czyli wspólnoty pierwotnej, i być może tym razem zatrzyma się na maczudze. Okazało się bowiem, że korporacyjny raj nie zbawi człowieka, że przywłaszczenie większości dóbr przez garstkę oligarchów niczego dobrego nie wróży, trzeba więc zawrócić z błędnej drogi. Taka to historia.
Białaszek dokonał niezłej wolty, wyciągając z „Hamleta" wątek karlejącego dziedziczenia, które prowadzi do katastrofy. To opowieść o autodestrukcji, którą spowodował człowiek.
Cóż, można zatęsknić do tego, co reżyser w swoim „Hamlecie" pominął, choćby do bujnej sceny z aktorami (zastąpionej paroma złośliwościami pod adresem warszawskich konkurencyjnych teatrów), do zmarnowanej sceny z grabarzami, która zawsze bywa arcyzabawna, ale nie tym razem w wykonaniu zagubionych trampów, do wyrzuconych monologów, nawet do Fortynbrasa, złowieszczego posłańca politycznej i militarnej przemocy. Byłby to jednak „Hamlet" uczesany, a nie wywrotowy, prześmiewczy pamflet na własne pokolenie, jaki zafundował Kamil Białaszek.