„Very, very happy end” Darii Sobik reż. Karoliny Adamczyk w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hübnera w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Co ja pacze? – chciałoby się zacząć żenującym w recenzji tekstem z popularnych memów. Ale byłoby to całkiem na rzeczy. Nie od dziś wiadomo, że w kulturze nie dzieje się dobrze i kasy nie ma. „A teatr to jest dobro narodowe, nawet jeśli to teatr miejski i dofinansowanie nie bardzo z tych narodowych”. Maja Kleczewska jako dyrektor Teatru Powszechnego w Warszawie miała przedświąteczny problem. Nie było na okolicznościowe nagrody. Więcej, nie było nawet na tradycyjny opłatek, czy jakiekolwiek świąteczne theater-party w tym laickim do najgłębszych fundamentów przybytku kultury. Że o noworocznym przyjęciu nie wspomnę. Co robić? Ktoś podszepnął szatański pomysł – a może zrobić konkretną balangę, bibę jak się patrzy, ale nie za nasze? Z muzyką na żywo, dyskotekowymi kulami, balonami i konfetti. To jest myśl! Zróbmy spektakl-imprezę, bez przesłania, bez udawania, bez ściemy. Wrzućmy do worka garść najbardziej absurdalnych pomysłów, jakie przyjdą nam do głowy, weźmy Darię Sobik, żeby to jakoś dramaturgicznie posklejała i jedźmy z koksem. A reżyser? Przecież on musi tylko „dużo siedzieć, palić papierosy i czekać, aż aktorzy się odpalą”. Damy radę. My się zabawimy, potańczymy, pośpiewamy karaoke, pohulamy do upadłego, widz zabuli, a jak wyjmie kij z czterech liter i nieco się zagalopuje, to dołączy do baletów i może się nawet nieźle rozerwać. Jak postanowili, tak uczynili. Czy tak narodził się „Very, Very Happy End”? Nie mam bladego pojęcia. Ale niewykluczone. Pewne jest, że znający się jak łyse konie aktorzy Powszechnego, cekina i piórka w dupce się nie boją. I jak świętują, to na całego.
Czy warto wgryzać się w całkowicie odklejoną fabułę? Zespół od samego początku śpiewa otwarcie: „Wychodzimy dziś na scenę nie po to, żeby mówić tu o ważnych sprawach. Mądrość przeplecie się z głupotą, dialog o niczym z piosenką o ludzkich wadach”. Nic dodać, nic ująć. Jesteśmy oto w teatrze. Teatrze ubogim, lecz ambitnym. Dorabiającym wynajmowaniem sali na firmowe integracje. Z czegoś tę sztukę wysoką, której nikt poza autorami nie rozumie, trzeba sfinansować. A wynajęcie teatru jest prostsze, niż się wydaje. Gorzej, gdy owładnięty pasją twórczą Michał Czachor – dyrektor, reżyser i aktor co się zowie w jednym – wynajmie go na ten istotny wieczór dwóm grupom jednocześnie i zrobi ludzi w konia. Niemal dosłownie – bo obok ubranej w eleganckie garnitury, zajmującej się nie wiadomo czym korpo-ekipy Gigatechu, oddział Piaseczno pod wodzą starającego się wyluzować w nowej roli Mateusza Łasowskiego, salę wynajęła także kolorowa jazda ZHP – Związku Hobby Horse Polska. Tak, będą galopady na drewnianych koniach, skoki przez przeszkody, aktorskie szarże, błyśnie narodowa duma, zafurkoczą niemal husarskie skrzydła Grzegorza Falkowskiego, ułani przybędą pod okienko, będzie prezentacja stylu, a nawet odgłosy paszczą, wśród których prym przejmą wyjątkowo zaprzyjaźniona z konikiem Natalia Lange i tonąca w futerku, pokryta bliznami z pól walki o polską kulturę, Klara Bielawka. Aż żal nie brykał także Arkadiusz Brykalski, bo powodów do końskiej dawki humoru byłoby jeszcze więcej. I strach pomyśleć jakie przygotowania musiał poczynić do stworzenia choreografii Bartosz Figurski. W centrum sporu artysta totalny Krys…, to jest Michał Czachor stara się realizować swoje opus magnum, ale rozpraszają go próby do „Bahantek”, brak zrozumienia dla budowanych metafor oraz ciągłe wtrącanie się ludzi w JEGO teatr. Olśnienie przyjdzie wraz z syrenim zaśpiewem „rozhisteryzowanej aktorki na etacie” Karoliny Adamczyk – lekiem na całe zło może być tylko piosenka, bo ona jest dobra na wszystko. Tak oto, miast kopać się z koniem, na Zamoyskiego rozkwita teatr muzyczny.
A temu do ideału sporo brakuje, choć nie wydaje się, by komukolwiek to przeszkadzało. Przyznać trzeba, że Michał Jarmicki urzeka wykonaniem „Tango Warszawa”, zaś Grzegorz Artman potrafi odczarować nawet przebój Akcentu. Mateusz Łasowski dzielnie staje w szranki z głosem Marka Dyjaka, a zakochany Oskar Stoczyński z wielkim przebojem Kaliny Jędrusik. Rozbawionej tą absurdalną rewią Karolinie Adamczyk muzyka zdawała się właściwie nie przeszkadzać. Czarnym koniem wokalnych wykonów, obok autorskiej zdaje się piosenki „Kochaj swoją pusię”, jest nieśmiertelny, ubonanzowiony i jakże na miejscu „Konik na biegunach” pięknie wyśpiewany przez lśniącą Klarę Bielawkę. Muzykę i oryginalne aranżacje do galopującego w Nowy Rok show przygotowała Magdalena Sowul, która zmieniając co i rusz instrumentarium, wykonuje ją na żywo wraz z zespołem muzyków.
Najnowsza premiera stołecznego Powszechnego mimowolnie przywodzi na myśl estetykę „Człowieka z papieru. Antyopery na kredyt” Jakuba Skrzywanka. Tu także skrzą się brokatem twarze, błyszczą marynarki, złocą buty i atakują feerią barw kapelusze, frędzle czy końskie wstążki. Konrad Parol zanurzył się w sylwestrowej nocy muzycznego klubu i przeniósł go na Zamoyskiego. Z zakamarków rekwizytorni wyciągnięto też trochę przykurzonych strojów – mam wrażenie, że suknia z „Wesołych kumoszek z Windsoru” była premierową niespodzianką dla Marii Robaszkiewicz. W rozbłyskującej feerią dyskotekowych świateł i szklanych kul Piotra Pieczyńskiego przestrzeni znalazło się też miejsce dla kilku telebimów zawładniętych przez Łukasza Nadwodnego, którego wizualizacje podbijały humorystyczny charakter poszczególnych scen.
Powiedzieć o „Very, Very Happy End” pastisz, to jakby nie powiedzieć nic. Aktorzy z dystansem drwią z własnej instytucji sypiąc aluzjami do medialnych burz wokół Powszechnego, z wysokiej i hermetycznej sztuki – czego przezabawnym akcentem jest pojawienie się zagranicznego wcielenia Aleksandry Bożek, a wreszcie z samych siebie i widza, cytując przy tym Gogola na równi z Lady Pank. Bitwa na nieodkryte talenty staje się jedyną okazją do indywidualnych popisów spoza teatralnego świata – konia z rzędem temu, kto powtórzy breakdancowe figury Artema Manuilova. W dodatku idealnie wpisuje się w klimat integracyjnej imprezy, w której wszyscy bierzemy poniekąd udział jako jedna teatralna rodzina. Rozochocony aktorski zespół wykazując się końskim zdrowiem podskakuje, tańczy, śpiewa, pływa, cwałuje z energią przez scenę i choć sensu w tym czasem za grosz, to śmiech na widowni nie milknie. To w końcu teatr – nie ma co się z nim cackać. Przybytek kultury zwany powszechnie Teatrem Powszechnym kończy rok w karnawałowym nastroju, stawiając na dobrą zabawę i wspólne rżenie z publicznością. A że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, to uznać należy, że kończy go z przytupem. Czy może raczej przystukiem. W końcu liczy się „Very, Very Happy End”.