„Jaszczurunia” Marty Guśniowskiej w reż. Marka Zákostelecký’ego w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Jaszczurunia jest spektaklem lalkowym. To ewenement w teatrze lalek. Teatry lalek nie cenią lalek, przynajmniej w większości (są wyjątki). Wolą się ćwiczyć w żywym planie, niekoniecznie mając na to potencjał, miast budować artystyczny przekaz posiłkując się tym, co jest/co powinno właśnie być ich siłą: grą z lalką, z przedmiotem, z formą, z materią nieożywioną, którą animator ożywia, a ona potrafi potem zrobić się żywsza od niego samego. Grą z wyobraźnią po prostu. Brakuje wyobraźni w wielu nadto płaskich dziełach naszych scen; lalka zawsze dołożyłaby dodatkowy wymiar. Ale nie ma sposobu na tę wkorzenioną niechęć, widoczną już od praktyk na lalkarskich uczelniach (dyplomy); garstka miłośników lalek w lalkach może sobie bezsilnie pomiaukolić na puszczy.
Szczęściem można liczyć na imigrantów z rozsądniejszych lalkowo krain; Marek Zákostelecký jest jednym z nich. To czeski reżyser i scenograf, a może odwrotnie, przede wszystkim scenograf, zawsze biorący wyraz plastyczny za punkt wyjścia swoich dzieł. Pracuje i w lalkach, i w żywym planie, ale bezwzględnie w lalki umie, jak to się dziś kulawo mówi. Parawan rozciąga na całą szerokość dużej sceny Opolskiego Teatru Lalki i Aktora, budując coś na kształt wydłużonego, panoramicznego ekranu w dawnym kinie. Daje to możliwość uruchamiania szybkiej, dynamicznej opowieści. Dodaje przestrzenne dowcipy, na przykład korytarze otwierające się u dołu parawanu, którymi pomyka na akcje drużyna ślepych kretów ninja, albo postać żyrafy, która zawsze wystaje z prostokątnego kadru. Tworzy piękne lalki zwierzęcych bohaterów, pełne plastycznych niuansów, niekoniecznie dostrzegalnych w pędzie zdarzeń. Doświadczeni opolscy aktorzy (niedoświadczeni też: jest młody narybek) dopełniają co potrzeba, żeby powstało dobre przedstawienie.
Zákostelecký spotykał się już z Martą Guśniowską: jest twórcą jednej z najlepszych realizacji jej sztuk, Węża sprzed dwunastu lat (Wrocławski Teatr Lalek). Ewidentnie bliski mu jest jej humor, dobrze też wyczuwa wpisaną w scenariusze motorykę. Jaszczurunia zaczyna się jak lekko kopnięte Brzydkie kaczątko: wychowanek gniazdka kaczek odkrywa, że w rzeczywistości jest krokodylem. Rusza więc w świat, żeby odnaleźć prawdziwych rodziców. Doplątuje się doń tytułowa Jaszczurunia, samotnica pełna dziecinno-dorosłych marzeń, z których najważniejsze to po prostu mieć dom. Przeżywają krocie przygód, napadają ich bandyci (wielki niedźwiedź i malutki, wredny szczur, którego tamten jest ochraniarzem), na ratunek przybywa wspomniana szpica bojowych kretów. Znajdują krokodylich rodziców zamieszkałych na eleganckim strzeżonym osiedlu. Wychodzi na jaw, że to majordomus pingwin podmienił jajka, iżby potomek miał dobry start, a ukradzione oddał do adopcji. Atrakcji mamy co niemiara, świetnie się to ogląda, co i rusz wybuchając śmiechem, co u tej autorki jest oczywistością.
Więc dlaczego piszę tak, jakby mi jednak czegoś brakowało?
Marta Guśniowska zawsze (no, prawie) uruchamia bajkowy teatr akcji: komedie bądź komediodramaty, pełne błyskotliwych sytuacji, gagów i miejsc na aktorski popis. Jej fabuły nie są zabawą dla zabawy, opowiada je zawsze po coś, ale nie dla morału, to słowo tu zgrzyta. Powiedzmy, że jej wędrownicy otrzymują porcję doświadczenia i nie jest to doświadczenie byle jakie; resztę widzowie mają sobie dośpiewać sami. Aliści w jej sztukach bywa coś jeszcze. Coś pod spodem, pod zdarzeniami, jakaś obserwacja, spostrzeżenia, zaduma, złapany w stop-klatkę obrazek, niby taki zwykły, a przecież silny, dotkliwy. Wart, żeby na nim zawiesić oko, przyhamować pęd, nie cieszyć się tak zachłannie akcją i żartami.
Przykłady? Ot, złożony z różnych drobiazgów wizerunek życia państwa Kaczków, u których w codziennej krzątaninie ów przedłużający się brak jajka budzi ledwie widoczne, ale przecież istotne rozdygotanie, początki histerii. Wizyta w domu adopcyjnym oczywiście kipi od komizmu (szefową jest Kukułka – no bo kto?), ale tu także jest jakaś subtelna, intymna nuta. Rodzi się z tego fantastyczna, chaplinowska sylwetka Pana Kaczki, tak kochającego adoptowanego syna, że towarzyszącego mu skrycie przez całą wyprawę i gotowego na każde upokorzenie, choćby najbardziej bolesne dla faceta – byle go chronić. Pięknie w opolskim teatrze wyposaża swą postać w to oddanie Tomasz Szczygielski.
Jest wizyta w domku mamy Myszy, gdzie bezwzględnie trzeba przyjąć zziębniętych po burzy podróżnych i ich ugościć, cho
literalnie nie ma czym. Mała Myszka ma urodziny: w znaleziony gdzieś biskwit wkładają ołówek w roli świeczki. Tak, jak to opowiadam, brzmi ckliwie, ale w tekście ten obraz „biedy aż piszczy” rozgrywa się (i wyciska wzruszenie) w niedomówieniach, w smutnych oczach, w zatrzymanych w pół drogi gestach cichej rezygnacji. Na koniec dziecko-Jaszczurunia daje w odruchu dziecku-Myszce swoją ulubioną zabawkę a my patrzymy własnym oczom nie wierząc, bo tak mamy pod czaszką ugruntowane przekonanie, że dziecko dziecku może dziś być najwyżej hejterem.
I jeszcze panorama celu wyprawy: owej dzielnicy za szlabanem, nazwanej, jakże subtelnie „Lepszy świat”. Żyją tu państwo Krokodylowie, Żyrafowie, Słonie, majestatycznie nowoczesnym burmistrzem jest Lew. Autorka nie sięga po łatwe złośliwości (może poza marginalną uwagą, że Panu Krokodylowi było dokładnie wszystko jedno, co się jego żonie wykluło z jajka). Ale znowu: w rozmaitych przemilczeniach, w pustkach dialogów, w retardacjach, cienko ale dotkliwie ujawnia się główny deficyt tej egzotycznie-rajskiej egzystencji: brak czegokolwiek, co byłoby życia celem. Plus nieustanne udawactwo, tak podskórne, że aż niezauważalne; wielkie kłamstwo po prostu. Wybucha pożar: na ratunek małej Żyrafce i Jaszczuruni rzuca się niezastąpiony Pan Kaczka, po nim komando kretów. Chcą ich potem nagrodzić medalami, ale ktoś zwraca uwagę na to, że wszyscy są tu przecież nielegalnie, spoza szlabanu. Nie stąd. Ale my też – mówi nagle ktoś, jeden, drugi. „W tej chwili – pisze Guśniowska w didaskaliach – sporo mieszkańców ściąga kostiumy egzotycznych zwierząt i okazuje się, że to zwykłe leśne i gospodarskie zwierzaki. Policjant Zebra też ściąga kostium i widać, że jest zwykłym koniem – albo osłem. Lew patrzy na niego zaskoczony”.
Cudowna scena. Popisowa, zwłaszcza, gdy ją zrobić w lalkach. Jakże chciałbym zobaczyć ją na scenie. Ale u Zákosteleckiego jej nie ma.
Czy należy mieć mu to za złe? Chyba nie, skoro jego interpretacja jest i tak konsekwentna i domknięta, a przy tym niegłupia. Gdyby chcieć powygrywać to, co tu pozwalam sobie wynajdywać pod pędem zdarzeń, trzeba by zupełnie inaczej planować widowisko. Musiałoby być dłuższe, z przerwą, nie tak przejęte samą akcją, nie tak z jednej konwencyjnej materii uszyte. I zaczęłyby się klasyczne kłopoty teatrów lalek z adresatem, gdy dla dzieci coś się robi nazbyt złożone, a starsi nie palą się do bajek o zwierzętach. Więc powtarzam: w żadnej mierze nie odbieram teatrowi prawa do takich decyzji co do kształtu i przeznaczenia widowiska, a samemu widowisku jego dobrej klasy. Tylko mi żal.
Guśniowska jako autorka mądrych „bajek akcji” dla teatrów jest dziś klasyczką; jej pozycja jest nie do podważenia. Ale ma przy tym nieustannego pecha, bo gdy próbuje wyjść ze swego dramatopisarskiego emploi, nieustannie trafia z propozycjami w gatunki, których na rodzimej niwie po prostu się nie uprawia. Pisała scenariusze slapstickowych komedii z chaplinowskimi czy busterkeatonowskimi korzeniami. Pisała czarną komedię. Gdy czytałem Jaszczurunię cały czas wyświetlał mi się w głowie film animowany. Shrekowaty, choć nie tak bezczelny w łamaniu decorum, ale bez wątpienia niebanalny, śmieszno-wzruszający, przynoszący inteligentną frajdę każdemu, kto kupi jego założenie. Niestety nadzieje, że ktoś to nakręci, może żywić jedynie tytułowa bohaterka sztuki, niezachwianie przekonana, że jeśli w coś się bardzo wierzy, to się to kiedyś spełni. Bo dlaczego nie?
Marta Guśniowska JASZCZURUNIA. Reżyseria i scenografia: Marek Zákostelecký, muzyka: Michał Ziółkowski. Prapremiera w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora 27 września 2025.