EN
29.01.2022, 10:20 Wersja do druku

Pod ostrzałem czołgu na baterie

"Radio Mariia" wg tekstów Oksany Czerkaszyny, Oskara Stoczyńskiego, Joanny Wichowskiej i Krysi Bednarek w reż. Rozy Sarkisian w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Pisze Tomasz Domagała na blogu domagalasiekultury.pl.

fot. Magda Hueckel

Spektakl w Teatrze Powszechnym to średnio inteligentny stand-up z ambicjami politycznymi, rozpisany na trzy postaci, a poświęcony miejscu Kościoła katolickiego w polskiej przestrzeni publicznej i jego współodpowiedzialności za ograniczanie szeroko pojętej wolności obywatelskiej. Jak przystało na tego typu widowisko, wszystko jest od razu wiadome. I choć intrygująco wygląda na początku spektaklu ułożony na środku sceny stos, złożony z różnego rodzaju zużytych dewocjonaliów (plus wisząca do góry nogami nad stosem duża figura Chrystusa), czy też twarz Matki Boskiej Ostrobramskiej rzucona na tylną ścianę dekoracji z projektora tak, że w miejscu jej twarzy widać część widowni Powszechnego z nami, sugerując pogłębione spojrzenie na polski Kościół (bankructwo religii plus mocno podzielona wspólnota), wszystko to znika wraz z końcem pierwszej sceny. Intencje zaś twórczyń stają się zupełnie jasne: Kościół ma zniknąć (najlepiej w koszu), a na jego zgliszczach powstać ma nowy, wspaniały świat (przyznam się, kusząca perspektywa), który przez dalszą część spektaklu oglądamy z perspektywy 2037 roku, a więc piętnastolecia obalenia rządów Kościoła.

Owa pierwsza scena jest dość reprezentatywna: oto aktorka Oksana Czerkaszyna (występująca oficjalnie pod swoim nazwiskiem) staje wśród dewocjonaliów i podniesionym, pompatycznym głosem odmawia litanię do Wszystkich Antyświętych, czyli artystów i artystek, ukaranych bądź mających problemy z prawem z powodu naruszenia tabu, jakim jest w Polsce wiara czy religia, ale też  KK, jego funkcjonariusze i ich pokrętne interesy. Wśród owych wyklętych przez Kościół artystów znajdują się też aktorki słynnej Klątwy Oliviera Friljicia, granej pięć lat temu w Powszechnym, aż dziw, że artystki tworzące Radio Mariia nie umieściły na końcu tej listy siebie, w końcu hordy Ordo Iuris już ruszyły do ataku na teatr, a i taki chyba był zamysł, w każdym razie, ja je sobie tam umieściłem. Gdy litania dobiega końca, na scenę wyjeżdżają panowie techniczni z koszami na (koniecznie segregowane) śmieci i zaczynają razem z aktorką sprzątać scenę, co zapewne ma symbolizować ostateczną likwidację bezczelnej, wrogiej ludziom, skompromitowanej sojuszem z władzą instytucji (piszę to bez ironii). Sprzątają, wynoszą i już – po problemie. Nim jednak przeniesiemy się w nieodległą przyszłość, z głośników słyszymy Joannę Szczepkowską, która głosi nie koniec komunizmu, jak w oryginale, ale koniec KK w Polsce. Bajka! Po prostu bajka!

fot. Magda Hueckel

Wnioski nasuwają się same. Po pierwsze, mimo że kosze są pięknie opisane, sprzątający niekoniecznie usuwają śmieci zgodnie z zasadami poprawnej segregacji, bo drewniane krzyże na przykład trafiają do koszy z makulaturą. Oczywiście to detal i rozumiem, że aktorka wraz z kolegami jest pod wpływem silnych emocji, więc kto by się tam przejmował na scenie odpowiednią segregacją, ale tutaj to akurat bardzo ważne, a takich niedopracowanych szczegółów jest więcej. Kolejnym jest użycie słów Joanny Szczepkowskiej, które – na zasadzie analogii z historią upadku komunizmu w 1989 – miały pokazać, kto tu jest po dobrej stronie. Oczywiście w jakiś sposób taka analogia swoją funkcję w tym spektaklu spełnia, ale wystarczy elementarna wiedza o sytuacji politycznej w Polsce na przestrzeni kilku ostatnich lat, żeby dojść do wniosku, że słowa Szczepkowskiej były naiwną próbą zaklinania rzeczywistości. Minęło trzydzieści kilka lat, a będący uosobieniem komunizmu prokurator Stanisław Piotrowicz nie tylko nie zniknął, ale wprost panoszy się bezczelnie w jednej z najważniejszych instytucji polskiego państwa, a wraz z nim wielu mu podobnych. Nie mówiąc już o mentalności dużej części naszego społeczeństwa, która jest kwintesencją komunizmu – tego samego, który ponad trzydzieści lat temu „odwołała” Szczepkowska. Powoływanie się więc na jej gest – nawet w satyrycznej utopii, która zresztą za satyrę chce się tu nieudolnie ciągle przebierać – nie tylko odsłania prawdziwe – polityczne – intencje twórczyń, ale też kompromituje w jakiś sposób ich naiwność. Oczywiście rozumiem, że chodzi tu przede wszystkim o teatr wyobraźni, szalony obraz (obecnie) nierealnego i niemożliwego, ale w momencie, gdy się używa konkretnych historycznych wydarzeń czy gestów jako znaków teatralnych, wypada zastanowić się, co z takiej zmiany wynika i jakie konsekwencje będzie to miało w przestrzeni narracji spektaklu. W przedstawieniu Radiu Mariia tego zabrakło, bo choć chce się ono wydawać niewinną rozrywką, jest elementem walki o konkretny obraz świata i zakłada jasno przedstawioną wizję przyszłości. Co więcej, stara się widzów do tej walki nie tylko przekonać, ale też do czynnego w niej udziału zachęcać.  

Niestety, o ile ta wizja na poziomie rozrywki jest całkiem znośna, chwilami nawet zabawna, na poziomie znajomości świata, historii i poważnego myślenia o tym, co dalej z naszym krajem, jest pełnym rewolucyjnego zadęcia i nieznośnych banałów świadectwem odklejenia od rzeczywistości tej akurat grupy artystów, która naszą codzienność chcę nam na nowo układać.

Kościół w takiej formie wcześniej czy później musi odejść, ale módlmy się (tylko do kogo?), żeby to, co nam się serwuje w Powszechnym, było bardziej poważne. W tym kontekście najciekawszym momentem spektaklu są rozterki redaktora nowego Radia Mariia (Oskar Stoczyński), który czuje – tak to zrozumiałem – że w głębi ducha ten Kościół ciągle gdzieś w nim jest, staje się on nawet na chwilę medium dla ludzi, którzy dzwonią i pytają, co z nimi, jeśli dalej wierzą. Jeśli  redaktor zostaje medium, ludzie ci nabywają automatycznie statusu duchów – czyżby to aluzja, co z nimi zrobić? Jakby nie było, ludzie wierzący i praktykujący to kilka milionów Polaków. Niestety, pytanie to, najważniejsze w całej tej sprawie, twórczynie obśmiewają i wysyłają do teatralnej zamrażarki, skąd wróci na święty nigdy.

fot. Magda Hueckel

Twórczynie, jak już napisałem, są w rewolucyjnym szale, sprowadzającym się do krótkiego wypierdalać, adresowanego do wszystkich, którzy mają jakiekolwiek wątpliwości, czy zgadzać się z nimi, czy nie zgadzać. To wypierdalać skierowane jest również do rzeczywistości. A ta płata figle, jak Joanna Szczepkowska i jej telewizyjny performans (aż się prosi tu o przypomnienie innego performansu słynnej aktorki, zakończonego słowami skierowanymi do Krystiana Lupy „tu jeszcze dalej możesz iść”) czy słowa piosenki Oh, mammy blue, nie tłumaczone przez aktorkę, a wymyślane po swojemu w wersji odmiennej od oryginału. Wniosek z tego płynie taki, że faktura tego spektaklu to własna, „autorska” narracja, uzupełniana  fragmentami wyjętymi z kontekstu, trochę na siłę, bez zawracania sobie głowy, jeśli nie do końca pasują. Na nieskomplikowaną rozrywkę wystarczy – na poważny teatr to stanowczo za mało.

Nawet jak na zaczynający dominować na polskich scenach nowy nurt teatru – nazwijmy go krytycznym performansem wspólnotowym (teatr polegający w dużej mierze na mówieniu pod własnym nazwiskiem banałów, które w przekonaniu twórców poszerzają horyzont społecznej dyskusji i zmieniają mentalność widzów) – spektakl zrobiony jest wyjątkowo powierzchownie (czołg na baterie = wojna? Litości!). Wszystko opiera się na zgranych, używanych w oczywistych kontekstach argumentach i rekwizytach, które nie poszerzają w żaden sposób horyzontu widzenia eksponowanych wątków spektaklu. Aktorzy nie grają, tylko wypowiadają tekst – w założeniu błyskotliwy, w rzeczywistości będący zbiorem prawd dawno odkrytych.

Żal zwłaszcza Oksany Czerkaszyny, aktorki znakomitej, której kariera zaczęła się brawurowo od spektaklu Lwów nie oddamy Katarzyny Szyngiery w Teatrze im. Siemaszkowej w Rzeszowie, w którym wcieliła się ona w rolę Aktorki Ukraińskiej, zaproszonej do współpracy przez reżyserkę, żeby zagrać w polskim teatrze Stereotypową Ukrainkę. Kreacja była brawurowa, aktorka odniosła w Polsce spektakularny sukces, a Teatr Powszechny zaprosił ją do współpracy. Jej rola w spektaklu Sarkisian – o ile w ogóle można to wypowiadanie tekstu nazwać rolą – jest kolejną po Diabłach czy Jądrze Ciemności pracą tej znakomitej aktorki, sprowadzającą się do wypowiadania tekstu i marnowania ogromnego talentu i potencjału. W Radiu Mariia uwidacznia się jeszcze jeden aspekt obsadzania jej w Teatrze Powszechnym: jest ona tam zawsze człowiekiem od „brudnej roboty”, wypowiada pod adresem różnych atakowanych podmiotów najgorsze rzeczy, dokonuje najbardziej radykalnych aktów, ryzykując najwięcej. Czyżby więc Oksana Czerkaszyna wyręczała polskich twórców w rewolucji, którą chcą przeprowadzać, czyżby kryli się za nią i jej narodowością, żeby w razie czego zrzucić na nią całą odpowiedzialność? Na szczęście są jeszcze w TR Warszawa 3Siostry Luka Percevala, w których Czerkaszyna gra – naprawdę – Nataszę, i robi to wspaniale, wykorzystując wreszcie na polskiej scenie cały swój potencjał.  

Sarkisian zrobiła w Powszechnym naiwny, chwilami śmieszny stand-up, z drobnymi działaniami rodem z ćwiczeń elementarnych zadań aktorskich w AT, w sam raz do Klubu Komediowego. Gdyby ta utopia miała tylko bawić, byłoby to znośne – w końcu spora część widzów Powszechnego od czasu do czasu się śmiała. Na poważny jednak spektakl o tym, jaka ma być Polska po upadku KK, scenki Sarkisian to stanowczo za mało. Do tego trzeba treści, jakości i przede wszystkim – myśli. A także odwagi, której polskim twórcom wyraźnie na scenie – w przeciwieństwie do Facebooka – brakuje. 

Tytuł oryginalny

Pod ostrzałem czołgu na baterie

Źródło:

domagalasiekultury.pl
Link do źródła