„W rytmie pomyłek. Kabaret muzyczny” Krzysztofa Kędziory w reż. Jerzego Jana Połońskiego w Teatrze im. Mickiewicza w Częstochowie. Pisze Zuzanna Suliga w cgz.czestochowa.pl.
Spektakl, o którym „W rytmie pomyłek” mowa, szanse na powodzenie ma niewielkie. Bez wizji, bez budżetu, bez scenariusza. Co może pójść tu nie tak? Dosłownie wszystko! Na szczęście premierowy tytuł częstochowskiego teatru te kłopoty ominęły. Można się o tym przekonać już w walentynki.
Komponując piosenkę, pisząc scenariusz, przygotowując wystawę twórcom (prawdopodobnie) towarzyszyła taka myśl: zrobić coś, czego świat sztuki jeszcze nie widział. Zadziwić, zaszokować, zachwycić. Ogólnie pożądany jest efekt „wow”. Dziś jest to szczególnie trudne, bo niemal wszystko już przecież było.
Krystianowi, reżyserowi ze spektaklu „W rytmie pomyłek” to jednak nie przeszkadza. Nie ma scenariusza, talentu, pomysłu, kasy, scenografii, czasu, ale ma ambicje. Na scenie ma być pięknie! Chce stworzyć monumentalne widowisko, którego jeszcze w teatrze (tu zaskoczenie?!) nie… było.
Teatr w teatrze
Druga w tym sezonie nowość w repertuarze Teatru im. Adama Mickiewicza to teatr w teatrze. Satyryczny, rozśpiewany, z gorzkim i odważnym humorem. W krzywym zwierciadle ukazuje różne paradoksy artystycznego świata, który „w realu” mocno odbiega od wyobrażeń osób z drugiej strony rampy. Problemy mniejsze i większe, o których tu mowa, zdarzają się pewnie w każdej instytucji (tu są przeskalowane i zmultiplikowane). Ukłony dla dyrekcji częstochowskiego teatru za dystans, za mrugnięcie okiem do publiczności i taką decyzję repertuarową. Nie każdemu bowiem takie żarty byłyby w smak. A w napisanym przez Krzysztofa Kędziorę tekście dyrektorowi naprawdę się obrywa! Zresztą zasłużenie.
Na szczęście reżyser „W rytmie pomyłek. Kabaret muzyczny” Jerzy Jan Połoński - w przeciwieństwie do tego ze scenariusza - miał pomysł, ma także talent i naprawdę spore doświadczenie (nie tylko reżyserskie, ale też aktorskie, kabaretowe, a nawet i muzyczne, z czego skrzętnie przy tej pracy skorzystał).
Energia, prawda, entuzjazm
Ale wróćmy na scenę. Wspomnianym lekkomyślnym dyrektorem jest Jureczek, który choć nie pojawia się na scenie, to jest siłą napędową całej akcji. To on zarządza próby (nikt nie wie do czego), zatrudnia (po taniości) reżysera-debiutanta, ściąga z Warszawy celebrytkę, a sam wylatuje do Egiptu. Gdy aktorzy stawiają się we wskazanym terminie, dowiadują się, że muszą na „cito” stworzyć spektakl sylwestrowy (zostały… dwa tygodnie). A przecież w tym roku sylwestra w teatrze miało nie być! Wszyscy mają już plany (od urodzin dziecka po whisky z colą, ewentualnie gin z tonikiem), ale wiadomo jak jest: aktor grać musi, okoliczności nie mają znaczenia.
Reżyser bez pomysłów i doświadczenia nie napawa optymizmem. Na koncie ma jedynie etiudy w akademii i prowadzenie warsztatów… dla seniorów. Raz był blisko realizacji „Świtezianki” – miało być to widowisko plenerowe, z ogniskami, kurtynami dymnymi i innymi bajerami – ale przyszła pandemia i rozwiązano z nim umowę.
Szansą dla niego ma być więc ten debiut. Sylwestrowy spektakl musi być monumentalny, ale jednocześnie prosty w formie, ma łączyć teatr klasyczny i poezję współczesnych polskich wieszczów, a to wszystko w oparciu o energię zespołu (a także, co dodaje później: „prawdę” i „entuzjazm”). Tej ostatniej aktorom zdecydowanie brakuje.
Praca z trudnym aktorem
Obok skuszonej przez Jureczka indywidualnym koncertem „gościnnej” Weroniki, obsadę stanowią: Beata i Agnieszka – aktorki z wieloletnim stażem, przykładające wagę do poziomu artystycznego spektakli, Stanisław – który w teatrze grał już wszystko (od Calineczki na zastępstwie po koziołka w „Koziołku Matołku”, dziada w „Dziadach” czy kota w „Kocie w butach”) oraz Wojciech – który panicznie boi się żony, a że sylwestrowa data koliduje z planami rodzinnymi, udział w przedstawieniu wiąże się dla niego ze sporymi nerwami.
Panuje twórczy opór, ale reżyser się nie poddaje. W końcu na studiach miał fakultet „Praca z trudnym aktorem”, nie da się więc zdominować.
Zespół dopełnia zespół… muzyczny, na czele którego stoi Nieugięty Michu (taki pseudonim kierownik grupy zyskał, gdy nie zgodził się, by w „Calineczce” zabrzmiała „Miłość w Zakopanem”).
Będzie sukces?
Produkcja musi być niskobudżetowa. Środków brakuje na kostiumy, scenografię, ogólnie na wszystko. Trzeba więc zajrzeć do magazynu i ratować się tym, co już kiedyś było (nawet jeśli to strój Pszczółki Mai czy Napoleona). W tych okolicznościach należałoby po prostu tego nie robić, odwołać wydarzenie. Ale… spektakl jest już sprzedany, a tym samym sukces ogłoszony. Reżyser dostał więc następujące wytyczne: może pan robić, co się panu podoba.
Jak zauważa Agnieszka my tu wszyscy dobrze śpiewamy, twórcy stawiają więc na muzykę, tj. przekrój kilkunastu hitów z różnych dekad. Repertuar jest niezwykle rozległy. Od „Jak nie my, to kto” Mroza, „Głupi ja” Organka, „Za ostatni grosz” Budki Suflera, „Nie ma wody na pustyni” Bajmu, „Jaskółkę uwięzioną” Stana Borysa, „Najnowszy klip” Dawida Podsiadły po „Babę zesłał Bóg” Renata Przemyk (która swoją drogą już w marcu wystąpi w teatrze). Taka mieszanka brzmień mogłaby być chaotyczna, jednak zespół pod kierownictwem Michała Walczaka (Nieugięty Michu to on), zadbał o takie aranżacje, które łączą się w zgrabną całość. I czy to „Sex appeal”, czy „Co mi panie dasz” wszystko się tu klei.
Kto tu nadaje rytmu?
Ale nawet najlepsze aranże zdałyby się na nic, gdyby nie miał ich kto wykonać. Pod tym kątem obsadę dobrano idealnie, bo Iwona Chołuj (Agnieszka) Marta Honzatko (Beata), Hanna Zbyryt (Weronika), Karol Czajkowski (reżyser), Maciej Półtorak (Wojciech) i Antoni Rot (Stanisław) – co nie jest sekretem – pierwszorzędnie śpiewają. Do tego grają lekko, żartują ze swojej zawodowej codzienności i – w przeciwieństwie do swoich scenicznych bohaterów – chyba rzeczywiście dobrze się tu bawią. A zadań nie mieli łatwych, bo wielu piosenkom towarzyszy angażująca, mocno wymagająca choreografia (układy to dzieło Szymona Dobosika). Na szczególną uwagę zasługuje zaś ta, którą przygotowano do „Tak… Tak… To ja” czy „I Love You”.
Jednak jeśli o aktorstwo chodzi, to warto zwrócić uwagę na duet, który Walczak tworzy ze swoim imiennikiem Michałem Roratem. Dla nich występy w teatrze nie są pierwszyzną (na koncie mają i bajkową „Roszpunkę”, i rozśpiewany „Skandal w rodzinie”), ale tym razem idą o level wyżej i do zagrania mają znaczące kwestie. Razem z nimi rytm przedstawieniu nadają Przemysław Pacan i Mikołaj Pospieszalski (w czwórkę brzmią pierwszorzędnie!).
Był sylwester, pora na walentynki
W scenariusz wplecione są prawdziwe sytuacje, historie i inspiracje. Przykładem niech będzie kwestia, którą wypowiada Stanisław: pan mi powie, gdzie mam wejść i gdzie mam wyjść, kto się mnie boi i kogo ja się boję, a ja to zagram (która, co potwierdza Jerzy Jan Połoński, związana jest z osobą Jerzego Jarockiego).
Choć w tytule pojawia się kabaret muzyczny, to „W rytmie pomyłek” stanowi miks gatunków. Mamy tu i komedię, i musical, i impro. Improwizowana scena wprowadza tutaj świeżość i naprawdę bawi (dodajmy, że czworo z aktorów tego spektaklu tworzy nową grupę ImproTAdam, która zadebiutuje w teatrze 6 lutego).
Nie zaskoczę Was raczej tym, że spektakl miał swoją przedpremierę w wieczór sylwestrowy (i wzorem scenariusza tu również wszystkie bilety wyprzedano). Premiera odbyła się w pierwszy weekend stycznia. I na nią również było więcej chętnych niż miejsc.
Ci, którym nie udało się załapać w tym terminie, czekają na walentynki. Spektakl grany 14 lutego o godz. 20.00 będzie szczególny nie tylko ze względu na datę. Tego dnia swój jubileusz uczci Iwona Chołuj (sama nazywa święto „30-stką”). Tytuł prezentowany będzie też 15 lutego o godz. 16.00 i 19.30.
Kolejne spotkanie z „W rytmie pomyłek” także będzie okolicznościowe, bo zaplanowano je tuż przed Dniem Kobiet, 6 marca o godz. 19.30. Szczegóły na: www.teatr-mickiewicza.pl