Czy aktor, wchodząc do „Tańca z gwiazdami”, sprzedaje tylko swój taniec? A może także prywatność, emocje i własną historię? Wiesław Kowalski przygląda się cenie popularności i pyta, gdzie kończy się promocja aktora, a zaczyna spektakl z jego życia.
Są pytania, które człowiek teatru zadaje sobie z pewnym poczuciem winy. Na przykład: po co właściwie aktor idzie do „Tańca z gwiazdami”? Odpowiedź wydaje się banalna: bo chce. I rzeczywiście — chce, może, ma prawo. Aktor nie podpisuje przecież cyrografu z teatrem, a występ w telewizji nie jest przewinieniem przeciwko sztuce.
Co więcej, łatwo zrozumieć atrakcyjność takiej propozycji. Popularność, pieniądze, rozpoznawalność, nowe doświadczenie, kilka tygodni intensywnej pracy z ciałem, możliwość dotarcia do publiczności, która być może nigdy nie przekroczyła progu teatru. Same korzyści. A jednak, patrząc na ten fenomen z perspektywy teatru, trudno nie zapytać: co właściwie aktor sprzedaje, kiedy sprzedaje swój udział w tym widowisku?
Bo przecież nie tylko taniec.
„Taniec z gwiazdami” jest formatem, w którym występ artystyczny stanowi zaledwie część towaru. Drugą, a czasem ważniejszą, jest sam człowiek. Jego biografia, związki, rodzina, dzieciństwo, choroby, lęki, porażki, traumy, marzenia. Wszystko to można opowiedzieć w odpowiednio zmontowanym filmiku, najlepiej takim, który pozwoli widzowi wzruszyć się jeszcze zanim padnie pierwszy takt muzyki.
I tu pojawia się pytanie, które wydaje mi się ciekawsze niż tradycyjne narzekanie na „komercjalizację sztuki”. Czy aktorowi naprawdę potrzebna jest aż taka ekspozycja prywatności?
Oczywiście można odpowiedzieć: potrzebna jest promocja. Współczesny aktor musi być rozpoznawalny, obecny w mediach, musi budować własną markę. Teatr coraz częściej nie wystarcza jako miejsce spotkania artysty z publicznością. Aktor musi istnieć również poza sceną — w Internecie, wywiadach, programach śniadaniowych, mediach społecznościowych. „Taniec z gwiazdami” daje mu coś, czego teatr nie daje: ogromną, regularną i masową widownię.
Tylko że wraz z widownią pojawia się kontrakt, którego nie zawsze nazywamy po imieniu.
Publiczność nie dostaje wyłącznie aktora tańczącego tango czy walca. Dostaje historię. Najlepiej historię, która pozwala powiedzieć: „Ja też tak miałem”, „Ja też przez to przeszedłem”, „On jest taki jak my”. Gwiazda ma zostać odczarowana, sprowadzona z plakatu, ekranu czy sceny do roli człowieka, któremu też było trudno. Im bardziej prywatna historia, tym łatwiej o emocjonalną identyfikację.
Nie mam pretensji do aktorów, którzy na to się decydują. Mam natomiast pewien problem z kulturą, która coraz częściej przekonuje nas, że aby artysta mógł być interesujący, powinien najpierw opowiedzieć nam o swoim życiu.
Przecież aktor z definicji zajmuje się kimś innym. Jego zawód polega między innymi na tym, że potrafi udostępnić swoje ciało, głos, emocje i wyobraźnię cudzej opowieści. Na scenie prywatność jest często potrzebna właśnie dlatego, że zostaje przetworzona w postać. W programie rozrywkowym mechanizm bywa odwrotny: prywatność staje się sama w sobie spektaklem.
I może właśnie dlatego „Taniec z gwiazdami” jest dla aktorów doświadczeniem szczególnie interesującym. Teatr mówi: pokaż, co potrafisz. Telewizja mówi: pokaż, kim jesteś.
To nie jest drobna różnica.
Aktor może oczywiście powiedzieć: jestem jednym i drugim. Może być artystą i celebrytą, aktorem i influencerem, człowiekiem sceny i bohaterem telewizyjnego formatu. Granice między tymi rolami dawno się zresztą zatarły. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy widz przestaje odróżniać kreację od ekshibicjonizmu, a artysta zostaje oceniany nie według tego, co robi na scenie, lecz według tego, jak bardzo wzruszył nas swoją prywatną historią.
Wtedy pojawia się jeszcze jeden paradoks.
Aktor idzie do programu, żeby zwiększyć swoją popularność, a więc — w pewnym sensie — żeby później móc skuteczniej zapraszać nas do teatru. Ale żeby osiągnąć ten cel, musi uczestniczyć w formacie, który często premiuje zupełnie inne kompetencje niż te, które są istotne na scenie. Liczy się sympatia, osobowość, historia, odporność, widowiskowość, medialność. Taniec jest oczywiście ważny, ale nigdy nie jest jedynym bohaterem programu.
Czy to źle?
Nie. To po prostu coś innego.
I może warto przestać udawać, że „Taniec z gwiazdami” jest dla aktora jakimś neutralnym dodatkiem do kariery. Nie jest. To potężne narzędzie promocji, ale promocja zawsze ma swoją cenę. W tym przypadku płaci się nią między innymi własnym wizerunkiem i zgodą na to, by producenci opowiedzieli publiczności historię o człowieku stojącym za aktorem.
Pytanie brzmi więc nie: czy aktor powinien tańczyć w telewizji?
Niech tańczy.
Pytanie brzmi raczej: ile siebie musi jeszcze sprzedać, żebyśmy chcieli go oglądać?
I czy naprawdę musimy znać jego najintymniejsze doświadczenia, żeby później kupić bilet do teatru?
Może czasem wystarczyłoby, gdyby po prostu dobrze zagrał.