EN
21.08.2022, 09:02 Wersja do druku

Piotr Lachmann o swoim przyjacielu

To była niełatwa przyjaźń. Nie powiem, że szorstka. Kajzar chciał mnie namówić na to, bym hurtem przetłumaczył jego sztuki. Ja byłem wtedy, w końcówce lat 70-tych w fazie odchodzenia od przekładów. A uchodziłem za „wybitnego” tłumacza. Na samą myśl o tej znienawidzonej czynności mnie mdli.

Helmut Kajzar z córką Paulą podczas wycieczki do Niemiec, 1981 r. / fot. Piotr Lachmann

Zacząłem pisać słuchowiska dla niemieckich rozgłośni, bardzo dochodowe. Zacząłem się także bawić w filmowca. Na wąskiej taśmie wprawdzie, ale jednak. Kajzara zachwyciły moje pierwsze filmiki. Eksperymentalnie zmontowałem jeden długi film z klasycznego filmu niemej epoki Nosferatu z jakimiś animacjami Disneya. Byłem zaskoczony efektem. On chyba też, tym bardziej, że można to było wykonać metodą chałupniczą, bez żadnego „studia”.

Pod delikatną presją Helmuta zabrałem się w końcu do tłumaczenia jego tekstów, pomogły trochę łapówki w postaci obrazów ciekawych warszawskich malarzy tego czasu, z którymi się przyjaźnił: Dobsona, Dwurnika, Winiarskiego, nawet Stażewskiego. Zależało Helmutowi na tych tłumaczeniach, bo starał się o roczne stypendium DAAD w Berlinie, w końcu skutecznie.

To był początek. Potem już zaprzyjaźniliśmy się na dobre, miał umiejętność zjednywania sobie ludzi. W pewnym sensie należałem do ofiar jego osobistego uroku, jego delikatnych metod uwodzenia nawet niechętnych jemu i jego estetyce, bo nie byłem zachwycony jego koncepcją „teatru metacodziennego”, niechętnie przetłumaczyłem też tegoż teatru manifest na użytek jego warsztatów w Niemczech. Od ręki przetłumaczyłem tekst Samoobrona, również pod presją czasu. Następnego dnia miał być prezentowany w berlińskim Künstlerhaus Bethanien w kwietniu 1981r. Zarwałem noc, nocowałem w jego mieszkaniu, najwyraźniej chciał mnie mieć pod swoją kontrolą. Jego przyjaciele byli przekonani, że uwiódł mnie na dobre. Ale nie byłem w odróżnieniu od niego biseksem, jak się wtedy mówiło. O moim bardzo tradycyjnym mono zaangażowaniu mogła przekonać się wkrótce Jolanta Lothe, jego żona. Gdy wyczuł naszą „aferę” w zarodku, zdenerwował się i pogroził gromko: „To jest moja żona!” Nie zapomniałem o tym fakcie, a jednak tuż po jego śmierci stałem się w oczach mediów i szmatławców właśnie „mężem” Jolanty Lothe-Kajzar, po dziś dzień. To pełne dwuczęściowe nazwisko Joli na klepsydrach po „odejściu” Joli 1 kwietnia 2022 r.

Helmut nie chciał przyjąć do wiadomości jednoznacznej diagnozy, którą jako pierwsza ujawniła mu moja siostra, lekarz medycyny i genialna w diagnostyce, nawet na odległość. W przypadku Helmuta była to jednak konfrontacja bezpośrednia. Pojechałem z nim do Wiesbaden, w szczytowej fazie wiosny 1982 r. Parę miesięcy później prognoza mojej siostra potwierdziła się w pełni.

Zdążył jeszcze dać mi rodzaj werbalnego pełnomocnictwa, błędnie oceniając jakość mojego małżeństwa z R., gdy przebywał z nami nad Jeziorem Bodeńskim, gdzie wtedy mieszkałem i podczas naszej wspólnej podróży do Francji. W Wersalu, w deszczu nagrałem jego taniec pod parasolem właśnie z moją ówczesną żoną, w którą rozwiodłem się dopiero parę dobrych lat po tym, jak stałem się życiowym i teatralnym partnerem Joli. Chcę ten jego taniec pokazać po raz drugi publicznie podczas małego hommage dla HK p.t. Koniec półświni. Rewitalizacja w październiku br. w Teatrze Druga Strefa; po raz pierwszy emitowałem ten filmik w trakcie debiutu scenicznego późniejszego Videoteatru Poza spektaklem pt. Akt-orka na deskach Teatru Powszechnego 22 czerwca 1985r.

Helmut Kajzar i Piotr Lachmann w Niemczech, 1981 r. / fot. Renata Lachmann

Wspomniane „pełnomocnictwo” polegało na tym, że miałem „robić wszystko to, co ja”, czyli on. Nie wiem, czy mógł przewidzieć, że będę również dalej „robił teatr”, zupełnie jednak inny niż jego. Miałem został w przypadku objęcia przez niego Teatru Małego jego kierownikiem literackim. Taki był plan, takie były też obietnice Miasta.

W pracy, do której przystąpiliśmy z Jolą dwa lata po jego śmierci, zresztą za namową matki Joli, p. Wandy Stanisławskiej-Lothe, nie było raczej śladu jego specyficznej wizji teatru i aktora w nim. Inspiracją były natomiast jego słowa. Jeśli udało nam się te słowa „ubrać w obraz”, które w symbiozie ze słowami przemówiły do widzów, to można powiedzieć, że w pewnej mierze zrekompensowaliśmy to, co można nazwać „zdradą” Helmuta Kajzara przez jego prawowitą żonę i mniej już prawowitego „zmiennika”. Jola natomiast była jakby jego „zmiennikiem”, bo to z nią zamiast z Helmutem pojechałem w podróż po Grecji, choć z jego słowami w głowie i bagażu.

Za symboliczny można uznać sam początek tej przyjaźni, która zaczęła się od jego pecha. Zjawił się w Bochum, gdzie wtedy mieszkaliśmy, żeby mnie namówić do przystąpienia do „grupy śląskiej”, do której mieli należeć Tadeusz Różewicz, który go do mnie podobno wysłał, on sam no i ja. Domyśliłem się jednak natychmiast, że chodzi mu tylko o pozyskanie mnie jako tłumacza. Nie mógł też wiedzieć, że akurat „śląskością” nie da się mnie zwerbować do żadnej grupy. Sam zresztą był wtedy członkiem krakowskiej grupy „Teraz”. A Tadeusz jako członek „grupy śląskiej”? Śmiech na sali.

Chciał możliwie prędko załatwić sprawę i się pożegnać. Tu jednak powstał problem. W pośpiechu przewiesił swoją marynarkę ze wszystkimi papierami, paszportem i pieniędzmi przez wózek bagażowy na dworcu w Bochum, tuż przed odjazdem. I wózek sobie odjechał w siną dal...

Musieliśmy nazajutrz pojechać do Ambasady w Kolonii. Obiecali szybko wystawić paszport zastępczy i pożyczyli mu jakąś skromną kwotę. A że nie miał marynarki, dałem mu jedną ze swoich. Nie musiał mi jej oddawać. Dał ją po pewnym czasie do noszenia jednemu ze swoich aktorów. Widziałem ją potem na scenie we Wrocławiu, w którymś z jego zachwycających przedstawień w Teatrze Współczesnym jakiejś jego własnej sztuki. Chyba Trzema krzyżykami. Dopiero „w praniu” na scenie wyświetliły mi się sensy przetłumaczonych poprzednio w ciemno, czysto mechanicznie i niechętnie sztuk.

Przyjmował i kolejne marynarki, już jako parateatralna zabawa, bo i te znalazły się, po pewnym czasie na jego aktorach. Tak wszedłem poprzez ciuchy w jego teatr. Lepiej zrozumiałem jego filozofię teatru dzięki tej operacji? Na wszelki wypadek nosiłem przez jakieś 30 lat na każdym spektaklu Lothe Lachmann Videoteatru Poza jego czarną skórzaną czapeczkę, którą  potem przekazałem jego córce Pauli.

Co najmniej dwa cytaty z Gwiazdy stały się od samego początku czymś w rodzaju algorytmu naszych przedstawień, ba, całej naszej formuły: „Ja to grałam jutro!” i „Na moim występie kończy się teatr psychologiczny”. Jeszcze jeden, dłuższy już cytat z „ciągu dalszego” do tej pory „przyświeca” mi w moich działaniach, na scenie i poza nią: „Ludzkość potrzebuje naoczności, obrazów. Obrazy informują nas o naszej odległości od naszej śmierci”.

Jak wiele jest racji w tych enigmatycznych słowach, o tym przekonuję się choćby via skype. Niektóre twarze pojawiają się na nim jak żywe maski pośmiertne rozmówców. Podejrzewam, że tak jest też z moją własną twarzą. A raczej z jej obrazem.

Źródło:

Materiał nadesłany