EN
14.11.2022, 15:24 Wersja do druku

Pin i zielony

„Niektóre ballady i jakieś romanse” wg Adama Mickiewicza w reż. Bogusława Kierca w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora im. Alojzego Smolki. Pisze Anna Wakulik, członkini Komisji Artystycznej VIII Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa”.


fot. fot. Maciej Stobierski / mat. teatru

Myślałby człowiek, że tej jesieni Ballady i romanse rozmnażają się w teatrach Rzeczpospolitej wiatropylnie – krainy przepastnych jezior, gór strzelistych i tych trochę mniej, biedaszybów, pałaców, przemysłu ciężkiego i lekkiego letniego kaca – wszystkie one brzmią echem nieśmiertelnej frazy „zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana”. Zmarniały mózg po którymś razie interpretuje te sztandarowe zdanka jak „pin i zielony” – to słowa wyzute z sensu tak mocno, że najlepiej, żeby wypowiadał je automat. Po co zmuszać do tego człowieka?

Ale jest jeszcze miasto, nazywa się Opole, w którym nie zdurniały te linijki do końca, przeciwnie – słucha się ich czasem jak piosenkarki Sanah, tej, która po okresie śpiewania o piciu kawki i korkach w mieście wrzuciła do Internetu artystyczną bombę i każdy szanujący się młody człowiek czego dziś słucha? Słowackiego, Mickiewicza i Asnyka wpisanego w rytm, w muzykę. Jedno i drugie wyciąga z tych tekstów sensy, które w cichej lekturze przestraszonego dwunastolatka między wuefem a matematyką nie miały szansy się ujawnić, więc przyjęło się cyniczno-umniejszającą postawę: co za zmurszała bzdura! Aż tu nagle płacze się do Smutno mi, Boże w jakimś autobusie czy sklepie, jakby ktoś porozmawiał z nami spokojnie i szczerze, a wzruszenie odebrało nam mowę.

Niektóre ballady i jakieś romanse powalają po pierwsze tym, że ktoś przeczytał Mickiewicza – fanfary! – i ten Mickiewicz naprawdę go interesował. Słowa, rytmiczne, rymowane, ryzykowne dziś w poetyce, obrazowaniu światów pełnych bagien i zjaw – wydają się uwodzić Bogusława Kierca i ekipę nie tylko dlatego, że są dofinansowywane. Gdyby tak nie było, aktorzy wylewaliby z siebie magmę nieobchodzących ich wierszyków, co widziałam za górami, za lasami, a tu Anna Jarota, Barbara Lach, Aleksandra Mikołajczyk, Anna Wieczorek, Zygmunt Babiak, Krzysztof Jarota
i Jakub Kowalczyk nie oszukują, tylko dzielnie próbują dojść do emocjonalnego sedna każdej z ballad-pieśni. Używają do tego swoich głosów, ciał i umiejętności lalkarskich, stwarzając osobny świat z danych im narzędzi.

A narzędzia te są tak proste, jak powinny być, kiedy ktoś potrafi posługiwać się metaforą teatralną, funkcjonalnym skrótem i symbolem, nie wziętym w dodatku z sufitu, tylko z tekstu. Jest bowiem w wyborze Kierca wiersz Do malarza, który zostaje przetransponowany na obraz – całe przedstawienie dzieje się bowiem w tajemniczej, abstrakcyjnej pracowni, gdzie nie ma obrazów, są tylko ramy, które bywają statyczne, bywają elementem większej całości, kiedy stają się kurhanem albo grobem, bywają też soczewką, która pozwala nam się przyjrzeć aktorom, ich oramowanym twarzom, ich ciałom, które przez ramy przechodzą. Jesteśmy w laboratorium, które bierze na warsztat słowa poety, bawi się nimi, łączy je, żeby zaraz podzielić, szuka dialogu między poszczególnymi cząstkami zbioru Mickiewicza, czasem je upostaciawia, czasem animuje (jak w przepięknym miłosnym splocie pary lalek – czarnej i białej), czasem dodaje im energii ruchem zbiorowego ciała zespołu, czasem działa ciszą – i cała ta analityczna zabawa nie traci rytmu, działa tak, jakby odnaleziona została wewnętrzna dramaturgia literackiej bazy. Aktorzy to są w roli, to przearanżowują świat, próbują znaleźć klucz do każdej z ballad/romansów – a może spróbujemy tak, a może jeszcze inaczej? I nie ma w tym zgrzytu – właśnie to poszukiwanie jest ramą nad ramami.

To, co działa na oczy, zrównoważone jest tym, co działa na uszy. Jacek Wierzchowski postawił na mroczne, ludowe brzmienia i każdemu z aktorów dał przestrzeń na popis wokalny. Chyba nie ma nikogo, kto nie wyszedł z tego obronną ręką – jeszcze długo po spektaklu ma się w uszach tę muzykę, która wpleciona jest w sceniczne dzianie się niewidocznie, jakby była organiczną częścią tych słów. Bo może i jest? I tylko artysta, scenograf, reżyser, aktor, muzyk, potrafi ją wypreparować i pokazać publiczności? Nie sposób nie mieć wrażenia, że każdy rozumie to, co śpiewa, i nie robi tego w oderwaniu od całości – reszta zespołu sekunduje mu w tym, obserwuje, pomaga dojść do sedna, dialoguje ze śpiewającym, obserwuje go, swoją obecnością dodaje mu energii.

A widzom jest trochę tak, jakby ktoś porozmawiał z nami spokojnie i szczerze, a wzruszenie odebrało nam mowę.

Źródło:

Materiał własny

Autor:

Anna Wakulik

Wątki tematyczne