29.06.2021, 12:18 Wersja do druku

Persony Marylin

"Ciało w ciało z Marylin" Teatru 21 z Warszawy na IV Festiwalu Open The Door online. Pisze Domagała w Dzienniku Festiwalowym "Drzwi otwarte" na stronie DOMAGAŁAsięKULTURY.

fot. mat. organizatora

Dwie niepełnosprawne aktorki wychodzą w swoim videoperformansie od pamiętnika Marylin Monroe. Wpis, którego używają, warto przytoczyć: w swojej pracy nie chcę już być posłuszna, a pracę mogę wykonywać z pełnym zaangażowaniem, tak jak chciałam tego w dzieciństwie, kiedy moim pierwszym czystym pragnieniem było zostać aktorką. Spędziłam lata na graniu, zaczym zaczęłam dostawać role. Teraz będę ćwiczyć wolę i pracować czyli wykonywać zadania, które sobie wyznaczyłam. Na scenie nie będę za to ukarana, ani wychłostana, ani zagrożona, ani niekochana, ani wysłana do piekła, żeby płonąć ze złymi ludźmi. Czuć, że teraz jestem zła. Albo będę się bać lub wstydzić swoich narządów płciowych, tego, że mogą być obnażone, znane, widziane. No i co? Albo kolory albo wrzaski albo nic nie robić, albo wstydzić się swojej wrażliwości, taka jest rzeczywistość a ja mam odczucia, wiem, jak niekonwencjonalnie ludzie potrafią się zachowywać, zwłaszcza ja. Nie bój się mojej wrażliwości, ani korzystania z niej, ponieważ mogę i chcę ją skanalizować, moje szalone myśli też. Zapowiada on w zasadzie to, co zobaczymy na ekranie, aktorki piszą bowiem w języku teatralnym swój własny pamiętnik – mają i wrażliwość i chcą, żebyśmy z niej skorzystali, a wtedy skanalizują się ich szalone myśli. W jakiś sposób się uwolnią, bo tego tak naprawdę pragną (wśród ich marzeń i planów wolność często się powtarza). Uwolnią od czego? Mam wrażenie, że przede wszystkim od nas, widzów, a w konsekwencji od uprzedzonego społeczeństwa, które tworzymy i od naszych oczekiwań.

Uderzyło mnie w tym spektaklu to, jak bardzo postaciom Aleksandry Skotarek  i Mai Kowalczyk blisko do Marylin. W pewnym momencie swojego życia Norma Jean (prawdziwe nazwisko Monroe) została uznana za ikonę, czego konsekwencją był niesamowity wzrost oczekiwań społeczeństwa wobec jej osoby. Chociaż Norma bardzo chciała pozostać sobą, narzędziem, przez które postrzegano ją jako Marylin, żeby oddawać jej boskie hołdy, było właśnie jej ciało, a jego Norma przecież pozbyć się nie mogła. W tym miejscu zaczyna się obsesja społeczna na punkcie ciała seksbomby, której kariera – czy tego chciała czy nie – została na nim zbudowana. Dalej jest już czysta polityka: ciało kobiety jako fetysz, przedmiot manipulacji mas itd.

W przypadku scenicznych postaci z niepełnosprawnością jest całkiem podobnie: są młodymi dziewczynami, aktorkami, ale przecież – wystawiając swoje niepełnosprawne ciało w teatrze – podlegają temu samemu mechanizmowi co Marylin. Zamiast bowiem zwrócić uwagę na ich role, publiczność wychodzi od ciała i niestety często na nim poprzestaje, w mig zamieniając je w przedmiot, który od ciała Marylin różni się akurat tylko uczuciami, które u widzów ono wywołuje. Rozumiem zatem postaci, grane przez Aleksandrę i Maję: że tak naprawdę marzą o tym, żeby pokonać własne ciała, ale nie w swoich głowach czy myślach, ale w naszych. Przywdziewają kostium Marylin Monroe, żeby się ukryć, ale też przez owo ukrycie paradoksalnie – odsłonić. I to im się świetnie w tym performansie udaje. Nie mam potrzeby zagłębiać się w jakieś szczegóły dotyczące niepełnosprawności, bowiem tematem spektaklu było coś zupełnie innego. Niepełnosprawność została użyta tu jako metafora (niewątpliwie najwiarygodniejsza z możliwych) innych ludzkich ułomności: braku miłości, szczęścia czy samotności, zarówno tej wśród ludzi, jak i tej w ciszy własnego mieszkania (dyskretny link do sytuacji pandemicznej). Aczkolwiek warto dodać, że aktorki odgrywają postaci, nie można więc powiedzieć, że te problemy, o których mówią, dotyczą ich osobiście (byłaby to arogancja). Bardziej są to, jak sądzę, problemy publiczności, trzeba wiec uważać, żeby na aktorki – poprzez ich niepełnosprawność – tych problemów nie projektować.

Oczywiście napięcie między tym, co sprawne a niepełnosprawne od razu się w tym spektaklu wyczuwa, po dwóch stronach barykady są bowiem ludzie o innych doświadczeniach. I tutaj znowu nasuwa mi się postać Marylin, ale ta przetworzona przez Krystiana Lupę w spektaklu Persona Marylin. Bohaterka tamtego spektaklu, znakomicie grana przez Sandrę Korzeniak, ucieka od świata, zamykając się w jakiejś hali zdjęciowej, żeby pracować nad postacią Gruszeńki z Braci Karamazow (kolejna paralela). Jej otoczenie taki gest odczytuje oczywiście jako znak jej choroby, Lupa jednak tak prowadzi narrację spektaklu, że wszyscy ci, którzy ją nawiedzają, aby ją „uleczyć”, tak naprawdę sami przychodzą do niej po pomoc i żeby (jak jej psychoanalityk, doktor Ralph) przede wszystkim uzdrowić siebie. Czy rozumiecie teraz, po co wam opowiadam o tym spektaklu? Czy nie chcielibyście czasem pomóc aktorkom Teatru 21, bo są takie biedne? Wyleczyć je, dać im dobre rady i się nad nimi użalić? No właśnie…

Ps. Panie Twórczynie – proszę o więcej wiary w publiczność, pokazujmy mądre spektakle, nie bojąc się, że zostaną źle zrozumiane. Spotkanie Twórczyń było ciekawe, ale nie narzucajmy od razu po spektaklu swojej wersji zdarzeń, łącząc spektakl z jego wykładnią, dokonywaną na gorąco. W końcu widz też chce być wolny i przekonać się, co naprawdę sądzi o tym, co zobaczył.

Tytuł oryginalny

Persony Marylin

Źródło:

domagalasiekultury.pl
Link do źródła