24.04.2021, 09:49 Wersja do druku

Paweł Paszta: Uważam, że "Zemsta" Fredry jest jak najbardziej dramatem narodowym

Niedojrzałość, dziecinność bohaterów - te cechy starałem się podkreślić poprzez umieszczenie akcji spektaklu w zabawkowym, tekturowym zamku ze sztucznymi kwiatami - powiedział o swojej inscenizacji "Zemsty" dyrektor artystyczny Teatru im. W. Horzycy w Toruniu Paweł Paszta.

fot. Tytus Żmijewski/PAP

Polska Agencja Prasowa: Premiera "Zemsty" w pana reżyserii miała się odbyć w listopadzie 2020 r. - z okazji jubileuszu stulecia rozpoczęcia działalności pierwszej polskiej zawodowej sceny teatralnej w Toruniu, a zarazem pierwszego teatru narodowego w odrodzonej Polsce. Z powodu pandemii koronawirusa datę premiery kilka razy przekładano. Ostatecznie, premiera odbyła się 16 kwietnia i była transmitowana w internecie. Czemu ta sztuka Aleksandra Fredry jest tak ważna historycznie dla toruńskiego teatru?

Paweł Paszta: Wystawienie komedii Fredry w mojej reżyserii jest częścią obchodów stulecia polskiego teatru w Toruniu, bo to właśnie "Zemsta" w reżyserii Franciszka Frączkowskiego była pierwszą premierą polskiego zespołu, który na stałe zainstalował się tu we wrześniu 1920 r. Nasza premiera miała się odbyć dokładnie sto lat po tamtej - 28 listopada 2020 r. Z wiadomych powodów odbyła się dopiero teraz. Warto też przypomnieć historyczne otwarcie Sceny na Zapleczu, którą zainaugurowało wystawienie w 1994 r. "Zemsty" w inscenizacji Krystyny Meissner. Dodam, że inscenizacja innego dramatu Aleksandra Fredry, "Dam i huzarów”, otwierała działalność toruńskiej sceny po II wojnie światowej.

Jak widać, teksty Fredry niejako podkreślają ważne historyczne daty w toruńskim teatrze. Myślę, że "Zemsta" jest oprócz tego wszystkiego utworem bardzo lubianym przez toruńskich widzów i po prostu wyczekiwaną klasyczną polską komedią.

PAP: Jak pan chciał zinterpretować "Zemstę", o czym zamierzał nią pan opowiedzieć publiczności?

P.P: Dla mnie bardzo ważna w "Zemście" jest niedojrzałość, o której według mnie opowiada ta komedia. Niedojrzałość - można powiedzieć - Polaków. W tej sztuce ujawnia się nasza narodowa cecha, którą czasem sobie zarzucamy, czyli zawiść, żółć, a mówiąc potocznie chęć "dokopania sąsiadowi". Śmiejemy się z tego, ale i wstydzimy się chyba czasem.

Według mnie temat wojny sąsiadów obrazuje stan utkwienia, zamknięcia się w infantylnych kłótniach i sprzeczkach. Niedojrzałość, o której mówię, dziecinność bohaterów - te cechy starałem się podkreślić zarówno poprzez umieszczenie akcji spektaklu w zabawkowym, tekturowym zamku ze sztucznymi kwiatkami, małymi mebelkami. Jednocześnie aktorzy ubrani są w historyczne stroje, uszyte zgodnie ze sztuką z pierwszej połowy XIX w., a więc z okresu, gdy Fredro napisał "Zemstę". Te kostiumy są zniszczone, postarzone, co może sprawiać wrażenie, że ci ludzie od zawsze, a co najmniej od dwustu lat, toczą jakiś bezsensowny spór i bez niego nie umieją żyć. Mimo że już dawno wyrośli z tego dziecięcego zamku, w którym się bawią i z kostiumów, które mają na sobie. Jednak oni tego nie dostrzegają. Cieszą się tą dziwną grą. Próbujemy także dotknąć tematu starego i młodego pokolenia – w życiu i w teatrze. Ta historia zapętlona w czasie łączy przeszłość, ale i doprasza się jakoś rozwiązania, może wkroczenia młodych i przerwania tej zabawy?

PAP: Okazuje się, że "o tym, co jest do myślenia w Polsce" można rozmawiać w teatrze "Weselem", ale i "Zemstą"...

P.P.: Uważam, że "Zemsta" Fredry jest jak najbardziej dramatem narodowym. Często wymieniamy romantyczne utwory - "Dziady", "Kordiana", "Nie-Boską komedię", wspominamy o Wyspiańskim, a Fredro bywa lekceważony. A on jest dramatopisarzem i poetą absolutnie zasługującym na miano wieszcza narodowego. Moim zdaniem staje się prawdziwym mistrzem literackim dzięki swojej ironii. Mam poczucie, że nakłuwa wiele balonów, wyśmiewa romantyczny patetyzm, z dzisiejszej perspektywy jest naprawdę bezpretensjonalny, lekki. To bardzo potrzebne nam właśnie dziś podejście.

PAP: Od września 2017 r. pełni pan funkcję zastępcy dyrektora Teatru im. W. Horzycy ds. artystycznych. Powoli pańska kadencja dobiega końca, bowiem pod koniec marca w konkursie wybrano Renatę Derejczyk jako kandydatkę na nowego dyrektora toruńskiej sceny. Czy da się pan namówić na wstępne podsumowanie? Z których pańskich przedstawień, zrealizowanych w Toruniu jest pan najbardziej zadowolony?

P.P.: Myślę, że z każdego ze spektakli, które tu zrobiłem i za które jestem wdzięczny losowi i swoim współpracownikom, jestem równie szczęśliwy. Na pewno ważną, jak dla wszystkich reżyserów, inscenizacją był wystawiony w październiku 2018 r. "Hamlet" Szekspira. To było dla mnie najgłębsze spotkanie z samym sobą i duże wyzwanie teatralne. Dodam, że z okazji jubileuszu stulecia sceny polskiej udało nam się w tym roku przenieść to przedstawienie na dziedziniec toruńskiego ratusza, nawiązując w ten sposób do historycznego wydarzenia z lat 20. XX w., kiedy Karol Benda zagrał swojego "Hamleta" właśnie w tych gotyckich murach, pod bijącym co kwadrans zegarem.

Rzecz jasna, teraz wyreżyserowana "Zemsta", ale i "Napis" Geralda Sibleyrasa, którym w maju 2017 r. jeszcze za dyrekcji Bartosza Zaczykiewicza rozpocząłem współpracę z toruńskim teatrem - są dla mnie bardzo istotne. Dobrze wspominam także "Koncert marzeń", muzyczną opowieść o fascynacji teledyskami i muzyką lat 80. i 90.

Oczywiście, nie zapominam o wystawionej w styczniu 2020 r. "Alicji w krainie czarów" wg Lewisa Carrolla. To była całkowicie odmienna formy teatralna, którą adresowaliśmy do widowni międzypokoleniowej z naciskiem na najmłodszych. "Alicja..." okazała się ważną podróżą i poszukiwaniem wraz z aktorami i choreografką Natalią Iwaniec, z którą wtedy pracowałem po raz pierwszy.

Każdy z tych spektakli był na swój sposób istotny; stanowił ogromny krok w moim życiu zawodowym i w osobistym rozwoju.

PAP: A jako dyrektor artystyczny Teatru im. W. Horzycy co uważa pan za sukces, a co się nie udało?

P.P.: Mam poczucie, że udało mi się zrealizować to, co zapowiadałem w programie cztery lata temu. Przede wszystkim wcielić w życie ideę tego programu, czyli hasło "Teatr w kontakcie", mającą za cel otwarcie tego teatru, jego zbliżenie do ludzi, do mieszkańców Torunia. Bez wstydu i unikania trudnych tematów. W zaproszeniu do dyskusji, do wspólnego spotkania. To było najważniejsze i najtrudniejsze wyzwanie - i chyba to się udało zarówno poprzez ambitny repertuar, jak i działania wokół niego. Rozbudowaliśmy program edukacyjny, formułując szeroką strategię tego programu, a potem ją realizując.

Co więcej, na swój sposób wartościowa jest każda z 30 premier (licząc także te online zrealizowane w tym sezonie i te, które są jeszcze w produkcji). Spektakl wędrowny "Mazagan. Miasto" grany w prywatnych mieszkaniach, "Mulholland Drive" wg Davida Lyncha, "Wróg się rodzi", "Natan Mędrzec", "Dziadek do orzechów. Nowe historie", "Cholernie mocna miłość", "Być jak Thelma i Louise", "Wyspa" – to szczególne tytuły, które doceniano w Polsce w poprzez nagrody, wartościowe recenzji, pokazy na festiwalach czy przyjazdy widzów z dalekich zakątków kraju. Lada moment, w maju, czeka nas niezwykle wyczekiwana premiera "Biblii: próby" w reżyserii Jerneja Lorenciego, laureata Grand Prix MFT "Kontakt" z 2016 r.

Warto także przypomnieć inne aktywności, jak czytania sztuk, salon poezji, śniadania w teatrze, wycieczki po zapleczu i warsztaty z teatralnymi specjalistami. A także autorski kabaret literacki w teatralnej kawiarni Wejściówka w piwnicy...

PAP: Rzeczywiście, toruńscy aktorzy już od kilku lat prezentowali okazjonalnie programy słowno-muzyczne, najczęściej jako imprezy towarzyszące Międzynarodowemu Festiwalowi "Kontakt". Natomiast założony 13 października 2017 r. kabaret literacki Loża Kopernika zaczął prezentować regularnie swoje programy.

P.P.: Tak, a nawet w czasie pandemii przenieśliśmy się do przestrzeni wirtualnej i przygotowaliśmy program online o Yeti, które nawiedziło Toruń. To także był jeden z sukcesów i kroków w stronę publiczności, choć nie wiem, czy to przedsięwzięcie będzie kontynuowane. Była to przestrzeń codziennej twórczości samych aktorów, którzy pisali teksty piosenek, monologów i skeczy. Wydaje się, że to było bardzo potrzebne i w moim założeniu stanowiło wentyl, rodzaj oderwania od trudów codzienności.

W żadnym stopniu nie żałuję spędzonego tu czasu i tego, co w Toruniu zrobiłem. Spotkałem znakomitych artystów, otrzymałem wiele wyrazów wsparcia. Większość zespołu aktorskiego toruńskiego teatru zadeklarowała poparcie mojej kandydatury w konkursie. Pytał pan także o to, co się nie udało. Nie udało mi się kontynuować swojej wizji teatru i realizować dalej programu.

Mam poczucie, że warto kontynuować tę drogę, tzn. szukać repertuaru, który by dialogował z widzami. Takiego, który stawiałby wyzwanie, pobudzał do refleksji, pytań, współodczuwania i myślenia. Repertuaru, który nie byłby np. farsowy, bo taki repertuar już ma w Toruniu swoje sceny. Dawna scena narodowa musi podnosić poprzeczkę wysoko, musi też według mnie podejmować artystyczne ryzyko.

Za sukces moich współpracowników i mój w ostatnich latach uważam to, że nie traciliśmy publiczności, a udało się zdobyć dużą część nowej widowni, szczególnie tej młodej i tej bardziej zaangażowanej społecznie. Młodzi duchem i zaangażowani są też toruńscy seniorzy, którzy współpracują z Teatralną Akademią Seniora. Wierzę, że będą nadal intensywnie rozwijać rozpoczęte przez nas projekty.

Otwarcie teatru powinno także postępować na drodze dostępności dla widzów z niepełnosprawnościami, dla których stworzyliśmy dobry program spektakli z audiodeskrypcją, czy tłumaczeniem na Polski Język Migowy. Niech Teatr im. W. Horzycy idzie dalej drogą otwartości i dialogu.


Źródło:

PAP