EN
27.12.2021, 14:49 Wersja do druku

Panna Przybyłko w warszawskim cyrku (fragment większej całości)

Popychadło wyróżniano w prasie jako wiernie odmalowany obraz życia mieszczańskiego czy "proletariatu brukowego" – temat nowy, oryginalny, dotąd pomijany w literaturze, a zwłaszcza w teatrze - o przedstawieniu z 1896 roku, w którym grała Maria Przybyłko-Potocka, pisze Edward Krasiński w portalu Teatrologia.info.

[…]

I tak frywolnie, krotochwilnie, właściwie bezbarwnie upłynąłby Przybyłko sezon letni 1896 roku, gdyby Michał Wołowski nie wystawił 1 sierpnia po raz pierwszy w Warszawie komedii mało znanego Jana Szutkiewicza Popychadło, który zdąży jeszcze napisać mniej udaną sztukę Kula u nogi, wystawioną przez Tadeusza Pawlikowskiego w teatrze krakowskim 3 kwietnia 1897, następnego dnia po zgonie autora. Słowem pozostawił jeden przebój, którego niezwykłą popularność poszerza jego nagła śmierć w wieku 36 lat. Posiadł sztukę umierania we właściwym czasie.1

Popychadło wystawił pierwszy – bez rozgłosu – Felicjan Feliński w teatrze lubelskim (27 II 1896), a autor, aktor prowincjonalny od roku 1878, należał wtedy do tego zespołu. I na premierę warszawską publiczność i krytyka przybyła nielicznie. Ale już po pierwszych scenach zrywa się burza oklasków, autora zmuszano do ukazywania się ze trzydzieści razy. Tego wieczoru rodzi się malarz obyczajowy obrazków z poddasza. Na scenie turniej talentów aktorskich, „a w pannie Przybyłko odkrywamy młody, bogaty, prześliczny talent, który stawia ją w rzędzie najlepszych artystek naszej sceny”.2

Na następnych spektaklach pełna widownia i wyborowa publiczność. Dla odciążenia aktorów wprowadzono dublurę ról i powiadomiono, że rolę tytułową grać będą przemiennie Przybyłkówna i Maria Pankiewicz. Pierwsza gra Mańkę jedynie trzykrotnie, do roli powróci dopiero 25 sierpnia i występuje z przerwami, gdyż ma urlop zdrowotny. Może choroba gardła, na którą będzie później zapadać, a może po prostu przymusowy urlop macierzyński przy siedmiomiesięcznej córce Łucji Anieli, która nie ma ojca w metryce urodzenia. Pankiewicz gra od 4 sierpnia, w anonsach porannych przyjmowana, jako doskonała, z niepospolitym talentem i rutyną, ale po długiej nieobecności i powrocie Przybyłko Bronisław Zawadzki napisze, że panna Pankiewiczówna zastępczo „grywała niewłaściwą dla swej indywidualności rolę Mańki w Popychadle.”3 Wróćmy do premiery.

Popychadło wyróżniano w prasie jako wiernie odmalowany obraz życia mieszczańskiego czy „proletariatu brukowego” – temat nowy, oryginalny, dotąd pomijany w literaturze, a zwłaszcza w teatrze. Autor – debiutant ma niezaprzeczony talent, to nowa indywidualność pisarska, to zapowiedź rozwoju dramatu małomieszczańskiego. Szutkiewicz bystro spogląda na ten światek, odczuwa jego ułomności i namiętności, rysuje celnie z humorem typy i koloryt życia, nie popada w pesymizm ani czułostkową apoteozę, nie moralizuje. A fabuła to urywki z baśni, bajkowych opowieści o Jasiu i Małgosi albo Kopciuszku. Poezja naiwności, legendowe wątki, mozaika prozy i poetycznego melodramatu.

Stróż Jan miał żonę uczciwą, gospodarną, ich córka Mańka chodziła do szkoły ludowej, ale matka umarła. Jan powtórnie się ożenił z wdową Małgorzatą, która okazała się babą-jędzą. Gnębi starego męża, Mańkę zmusza do najcięższych robót, czyni z niej posługaczkę. Opiekuje się nią mieszkający w tym domu student Stanisław Żarowski, który udziela jej lekcji. Podczas uczty weselnej córki Małgorzaty z pierwszego małżeństwa – Klementyny – ze starym zniedołężniałym rzemieślnikiem Ignacym, kochającym Mańkę, zła macocha znajduje ją w pokoju studenta i wypędza z domu. To koniec aktu I, w którym zachwyca rodzajowy obrazek weselny ze świetnymi sylwetkami gości. Potem Stanisław sprowadza biedną sierotę z ojcem do swego mieszkania na poddaszu w innej dzielnicy, opiekun Żółciński przywraca mu odebraną zapomogę i otrzymuje korepetycje u hrabstwa Ostojowskich. Mańka uczy się krawiecczyzny, pracuje w magazynie. Pojawia się zły duch w postaci barona Zdybowskiego, który kokietuje Mańkę, przesyła prezenty i oczernia ją przed Stanisławem. Ale finał musi być szczęśliwy – Stanisław cofa podejrzenia, przysięga jej miłość i rozkwita pięknie życie małżeńskie dwojga zakochanych.

Nic dziwnego, że sala teatralna wypełniona i tłum na górnych piętrach. Przyciąga tytułowe popychadło – panna Przybyłkówna, „pierwsza liryczna sceny łódzkiej”. Bo Mańka to dziewczę szlachetne, urocze, pracowite, prześladowane przez czarownicę, którą z opresji wybawia książę – student.

Wszyscy zgodnie pisali o grze koncertowej i podawano niemal całą obsadę z tego wspaniałego kompletu: Aleksandra Trapszowa (Małgorzata, herod-baba), Marian Winkler (Jan), Józef Sosnowski (Stanisław Żarowski), Marceli Trapszo (Żółciński), Karol Kopczewski (Zdybowski), Antoni Różański (Ignacy), Roman Dąbrowski i Władysław Kisielewski (drużbowie Ignacego).

Popychadło grano do końca sezonu letniego 55 razy. Na owe czasy sukces to niebywały. Maria Przybyłko z aktorki- kopciuszka wyrasta nagle „w rzędzie najlepszych artystek naszej sceny”. Taki pierwszy wyrazisty portret warszawski – zaskakujący ciepłem i nadmiarem emocji – zarysuje Bronisław Zawadzki, autor codziennych Przeglądów politycznych z pierwszej strony „Kuriera Warszawskiego”, niegdyś krytyk teatralny „Bluszczu”, „Wędrowca” i „Echa Muzycznego, Teatralnego i Artystycznego”, teraz w roli zastępcy.

„Mańkę – popychadło grała na trzech pierwszych przedstawieniach sztuki panna Przybyłko. Talent jej zarysował nam się w najprzyjemniejszy sposób w kilku już poprzednich mniej wybitnych i bogatych psychologicznie rolach. Teraz dopiero poznaliśmy go w całej jego naturze i zakresie. Talent śliczny: prosty, szczery, rzeźwy, jak sama natura. Żadnej w nim sztucznej nuty, ani cienia teatralnej pozy, ani śladu wymęczonej roboty. To dziewczę żyje na scenie całą swą silną indywidualnością; gdy się uśmiechnie i rzuci wesoły promień z dużego wymownego oka, to wierzysz, że temu dziecku uśmiechnęło się istotnie złotym promieniem szczęście i że mu jest dobrze, błogo na świecie; gdy się zachmurzy i grymasem boleści skrzywi, to czujesz się od razu wstrząśnięty i przekonany, że w tej duszy coś się złamało i pękło boleśnie. Młoda artystka nie szuka efektów, nie potęguje sytuacji dramatycznych, nie skupia pożądliwie uwagi widza na sobie, nie gra, ale żyje na scenie pełnią szczerej duszy artystycznej. Tą właśnie cechą, skromną prostotą gry zdobywa efekty daleko głębsze i przenikliwsze, aniżeli wszelką kombinacją środków i środeczków rutyny aktorskiej.

Piękny to talent i daj Boże, aby mógł potężnieć dla sztuki swojskiej w warunkach sprzyjających organicznemu, spokojnemu rozwojowi swojemu. Patrzyłem na pierwsze kroki sceniczne Heleny Modrzejewskiej, Romany Popiel, Marii Deryng i sumiennie powiedzieć mogę, że przyszłość ich nie zapowiadała się lepiej. Przybyła więc naszej sztuce nowa, duża zdolność. Szkoda tylko, że podobno zdrowie artystki pozostawia nieco do życzenia. Zdrowie to jest w tej chwili bardzo cennym dla sztuki; niechże je ci, co mogą, i powinni, otoczą najtroskliwszą opieką. Ciąży na nich surowy obowiązek wobec sceny rodzimej.”4

Ten skromny traktat o sztuce aktorskiej Bronisława Zawadzkiego współgra ze „scenicznym c r e d o” Gabrieli Zapolskiej, ogłoszonym dokładnie przed rokiem w „Echu Muzycznym” na początku sierpnia 1895, tuż przed jej występem w Warszawie. Autorka wybiera formę listu do redaktora. Na początku informuje z pewną wyższością, że jest wychowanką szkoły Antoine’a oraz Talbota i może być posądzana o hołdowanie na scenie realizmowi. Ale scena to zarówno poezja, jak i proza życia. I proponuje podział na trzy rodzaje postaci scenicznych: realistyczne (jak u Antoine’a), symboliczne (jak u Maeterlincka) i realne.

„Trzecim rodzajem postaci scenicznych są tak zwane <<postaci realne>>. Ludzie z krwi i kości, płaczą prawdziwymi łzami, śmieją się tak, jak się śmieją w życiu, i przez ów dziwaczny otwór sceniczny ujawniają przed oczyma widzów szmaty swego życia w bardziej interesujących fazach i w wybranym przez autora oświetleniu.[…] Więc prawdziwe łzy i prawdziwy śmiech, krzyk, wydobywający się z piersi nie sztuką, lecz uczuciem wywołany, brak afektacji, r o b o t y i szablonu. […]

A więc c r e d o moje wyznaje p o d w ó j n y k i e r u n e k w s z t u c e: h a r m o n i ę i p o e z j ę w kranie fantazji, p r a w d ę i p r o s t o t ę w dziedzinie realizmu.[…]

Będzie może mniej krzyku, hałasu, p o t ę g i i s i ł y szablonowej scenicznej – ale za to będzie więcej łączności między sceną a widownią, i to łączności, która spaja najściślej, bo – łączności s p ó l n e g o cierpienia.”5

Antoine nie pozwala przerywać gry w czasie braw, przed kurtynę wolno wychodzić po zakończeniu aktu. Nie ma małych ról. Aktor nie może rozpościerać swej pychy, musi dbać o sztukę i nie kokietować publiczności. Szczególnie w sztukach realnych trzeba grać p r z e d n i ą, a n i e d l a n i e j. Płacz musi być prawdziwy, zmazujący puder. Sztuczność nie może być podstawą sztuki, a widz jest obojętny na patos.

Te pouczenia Zapolskiej, z prezentacją na afiszu nowej szkoły i nowych metod, doprowadziły zespół gwiazd warszawskich do wściekłości i stały się istotną przeszkodą w przyjęciu jej do składu teatrów rządowych.

I właśnie Władysław Bogusławski, sędziwy krytyk, recenzję w „Bibliotece Warszawskiej” z Popychadła rozpoczyna przypomnieniem tego występu Zapolskiej w Lepie Richepina, która prostotą i szczerością przekreśliła banalność i jałowość scen warszawskich. To najbardziej fascynowało publiczność.

„I trzeba, żeby się z nimi zetknęła dzięki nietutejszej artystce; trzeba, żeby jej później podobnych wrażeń dostarczyła prowincjonalna trupa, przedstawiwszy głośne dziś Popychadło z życiem i prawdą, na którą nigdy nie zdobyłyby się nasze celebrujące na szczudłach teatry dramatyczne.

Sztuka napisana przez aktora prowincjonalnego p. Szutkiewicza, jako odegrana poza tymi teatrami, nie wchodzi właściwie w zakres niniejszego sprawozdania; wspominam o niej jednak dlatego właśnie, żeśmy ją gdzie indziej widzieli wtedy, gdy p o w i n n a b y ł a znaleźć się w tutejszym repertuarze, że to jest drugi niepospolity utwór, o którym dowiadujemy się nie z afisza teatru Rozmaitości, że wreszcie Popychadło grane było w sposób dający do myślenia… może nie naszym aktorom, którzy tego w ogóle nie lubią, ale na pewno naszej publiczności. […]

Jaka pomysłowość w typach miejskiego gminu, jaka miara w charakterystyce zewnętrznej i psychologicznej u tych ludzi, nawykłych do pośpiesznej roboty, i do grubego na optykę malarstwa, a jakie przy tym życie w najplastyczniejszych chwycone objawach! Patrzyłem na utwór i na grę z pewną – nie taję tego – zazdrością, starałem się wyobrazić sobie, jakby to wszystko wyglądało w oficjalnym, na którymś z naszych teatrów, wykonaniu… i z projektowaną w myśli obsadą do ładu dojść nie mogłem. Bo rzeczy do tego doszły, że z ogromnej, co dzień zwiększającej się listy personelu komedii i dramatu, coraz trudniej przychodzi wybrać komplet, któremu bezpiecznie powierzyć by można losy bodaj najlepszej sztuki. Około dwóch, trzech osobistości wydatniejszych, gromadzi się zwykle zastęp apatycznych lub co gorzej, lekceważących a przyzwyczajonych do monopolizowania ról, urzędników obojej płci, którzy – traktując zajęcie swoje jak robotę biurową – do każdego powierzonego sobie <<referatu>> szukają przede wszystkim w dawniejszych aktach tak zwanego w kancelaryjnym języku <<kopyta>> i kopiują siebie samych według znalezionej tam starej formuły. A tymczasem literatura od tego kopyta coraz bardziej się oddala, wyczekuje młodych epigonów lub domaga się ocknienia obezwładnionych wygodną drzemką starszych koryfeuszów, w każdym razie woła o twórczość, o której wszyscy już u nas zapomnieli, jak wygląda, a o którą upadła reżyseria jeszcze mniej się troszczyła, niż o repertuar.”6

Mańkę grywa głównie Pankiewiczówna. Przybyłko pojawi się w tej roli na dwu benefisach kolegów: reżysera Marcelego Trapszy (25 VIII) i Mariana Winklera (1 IX). 18 września Mańkę zagra „utalentowana naiwna” Maria Jastrzębcówna, wychowanka Klasy Dykcji i Deklamacji (1895); po dwu debiutach, nieprzyjęta do WTR, trafiła do Łodzi, potem do Lwowa i znikła, porzucając zapewne scenę. 10 września Przybyłko ma swój benefis przy dobrej reklamie prasowej:

„Atrakcja tym większa, że przedstawienie dzisiejsze odbędzie się na benefis pierwszej artystki teatru łódzkiego, panny Marii Przybyłkówny, której śliczny, wolny od wszelkiej maniery talent tak powabnie zarysował się na horyzoncie teatralnym w ubiegającym sezonie letnim.”7

„Sala przepełniona publicznością, oklaski, wywoływania, bukiety, a wśród nich olbrzymi kosz kwiatów o szarfach wspaniałych – oto widok, jaki przedstawiał we czwartek teatr łódzki na benefisie M. Przybyłkówny. Ulubienica Warszawy w roli Mańki (w Popychadle) święciła wczoraj tryumf zupełny i w uznaniu publiczności znalazła bodziec zachęty do dalszej pracy, co pięknie wyrażał napis na jednej z szarf bukietowych: <<Przyznano Ci talent – zaciągnęłaś dług!>>”8

Najbardziej wymownie przedstawia się statystyka widowni tego dnia w teatrach warszawskich: Letni – 574 widzów, Nowy – 556, Wodewil – 874, Belle Vue – 380, teatr łódzki w gmachu cyrkowym – 2019.9 To stawiły się przede wszystkim warszawianki w geście solidarności i pomocy dla skrzywdzonej, dzielnej i samotnej matki, o co apelował w cztery dni po premierze Bronisław Zawadzki w „Kurierze Warszawskim”. Lucjan (Łucjan) Kościelecki, aktor i dziennikarz, który złożył podpis jako świadek na akcie urodzenia Łucji, domaga się w „Kurierze Codziennym” założenia w Łodzi kasy pomocy dla artystów prowincjonalnych.10 Do tego w dniu benefisu Przybyłko, 10 września, popełnia samobójstwo jej kolega z teatru poznańskiego Marian Ordyński, brat wielkiego Ryszarda, zażywając truciznę. Tajemne życie osobiste aktorki staje się coraz trudniejsze do rozwikłania.

[…]

PRZYPISY:

1 Fragment zamierzonej monografii Marii Przybyłko-Potockiej.

2 Wczorajsza premiera, „Kurier Warszawski” 2 VIII 1896 nr 212.

3 Br. Z[awadzki], Ze scen letnich, „Kurier Warszawski” 27 VIII 1896 nr 237. O „niefortunnej roli Mańki” pisał też recenzent „Kuriera Porannego”, 27 VIII 1896 nr 238.

4 Br. Z[awadzki], Ze scen letnich, „Kurier Warszawski” 5 VIII 1896 nr 215, wyd. popoł.

5 Galeria sylwetek teatralnych (Warszawa). Gabriela Zapolska, „Echo Muzyczne, Teatralne i Artystyczne” 3 VIII 1895 nr 31 (618), s. 364, 365.

6 W. Bogusławski, Aktorzy warszawscy. Szkice krytyczne. Wstęp i opracowanie Henryka Secomska, Warszawa 1962, s. 151, 152-153.

7 Z teatrzyków, „Kurier Warszawski” 10 IX 18096 nr 251, dod. por.

8 Z teatrzyków ogródkowych, „Dziennik dla Wszystkich” 11 IX 1896 nr 208

9 „Kurier Warszawski” 11 IX 1896 nr 252.

10 Odgłosy, „Echo Muzyczne, Teatralne i Artystyczne” 12 IX 1896 nr 37 (676).

Tytuł oryginalny

Panna Przybyłko w warszawskim cyrku (fragment większej całości)

Źródło:


Link do źródła