„Pan Aparat. Ostatnie zdjęcie” Darii Sobik w reż. Pameli Leończyk w Teatrze Lalek Guliwer w Warszawie. Pisze Katarzyna Niedurny, członkini Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Historia jest pozornie prosta: Alutka (Zofia Tkocz), zachęcana, a momentami wręcz popychana przez swoją mamę (Elżbieta Pejko) do pracy modelki i influencerki, powoli zaczyna mieć tego wszystkiego dość. Kolejne sesje zdjęciowe, followersi, nagrania i pogoń za lajkami stają się dla niej coraz bardziej męczące. Dziewczynka czuje, że nie chce już dostosowywać się do kolejnych perfekcyjnych ujęć, ale zupełnie nie wie, jak powiedzieć o tym mamie. Uruchamia więc wyobraźnię. To za jej pomocą ożywia, stale obecny w jej życiu, aparat fotograficzny (w tej roli Georgi Angiełow) i przekonuje mamę, że to właśnie on jest chory, wyczerpany i marzy o emeryturze. Łatwiej mówić o zmęczonym sprzęcie niż o swoich emocjach.
Ta historia mogłaby przerodzić się w dydaktyczną opowieść o szkodliwości mediów społecznościowych – jeszcze jedną edukacyjną przestrogę przed Instagramem i TikTokiem. Tymczasem duet Pamela Leończyk (reżyseria) i Daria Sobik (tekst) unika moralizowania. Zamiast tego twórczynie proponują spektakl mądry, czuły i subtelny, w którym tematem staje się trudność w nazywaniu i wypowiadaniu własnych potrzeb, zarówno przez młodych, jak i dorosłych.
Jednym z największych atutów spektaklu są zniuansowane postaci. Alutka jest autentycznie zmęczona ciągłymi występami przed kamerą. Marzy o zabawie i ukochanych lodach malinowych, albo chociaż o trochę dłuższym śnie. Powoli zaczyna uświadamiać sobie, że ma prawo do własnych potrzeb, wyborów i zainteresowań. Że jej wolny czas naprawdę może być wolny. Równocześnie targają nią sprzeczne emocje. Widzi przecież, że jej kariera jest bardzo ważna dla ambitnej mamy, że czas przed aparatem to okazja do bycia razem i budowania bliskości. Dziewczynka nie chce tego stracić. Nie chce też zawieść mamy, sprawić jej przykrości ani naruszyć więzi między nimi.
Matka jest postacią niejednoznaczną. To kobieta, która wyniosła z domu przekonanie, że atrakcyjnym ludziom żyje się łatwiej, a poczucie własnej wartości opiera na tym, co widzi w lustrze. Chce dla córki szczęścia, a przy okazji, nieświadomie, realizuje własne potrzeby i ambicje poprzez jej sukcesy. Jednocześnie robiąc Alutce zdjęcia, czuje, że jest z nią blisko.
Obie postaci są zagrane z wyczuciem i bez przerysowania. Aktorki odsłaniają pełne spektrum emocji: niepewność, zmęczenie, czułość, miłość, frustrację i troskę. Stopniowo okazuje się, że zarówno matce, jak i córce zależy na tym samym: bliskości i odzyskaniu samych siebie. Zagubiły się bowiem w intensywnym życiu, które nie satysfakcjonuje żadnej z nich. Pan Aparat pełni w spektaklu funkcję bardziej symboliczną: jako ożywiony element wyobraźni staje się bezpiecznym pośrednikiem między bohaterkami. Z tego powodu grany jest w sposób bardziej kreskówkowy, grubą kreską i silniejszymi gestami.
Bardzo ciekawym elementem przedstawienia jest scenografia autorstwa Magdy Muchy. Miejsce akcji to pokój głównej bohaterki: miękki, różowy i przyjemny, ale jednocześnie pełen zaskakujących funkcji i drobnych symboli. Po lewej stronie ze stropu zwisają kolorowe rybki. Początkowo wyglądają jak dekoracja, ale w scenach, gdy Pan Aparat fantazjuje o emeryturze i spokojnym wędkowaniu, zamieniają się w symbol jego marzeń. Przy uważniejszym spojrzeniu okazuje się też, że rybki przypominają oczy. Czasem widzimy na nich projekcje wideo, w których jak w lustrze odbija się Alutka. Z jednej strony przypominają one o followersach, a z drugiej podkreślają, że lustro to narzędzie nieustannej samokontroli. W trakcie spektaklu scenografia nieustannie się zmienia, towarzysząc akcji. Z mebli wysuwają się długie różowe sznury, które raz są elementem dekoracji, a raz zamieniają scenę w bokserski ring. Przestrzeń żyje, pracuje wraz z aktorami i wzmacnia dramaturgię spektaklu.
Przełomem w tej historii jest pierwszy pryszcz na czole dziewczynki. Alutka ogląda go z zaciekawieniem, jak coś intrygującego, trochę zabawnego. Mama reaguje zupełnie inaczej: zaniepokojeniem, próbą natychmiastowego naprawienia sytuacji. Przecież pryszcze nie są ładne, mogą zepsuć zdjęcia i przeszkodzić w wygraniu kolejnego konkursu piękności. Pierwszy pryszcz to również znak dojrzewania Alutki, a co za tym idzie wychodzenia spod opieki rodzicielki, symbol samostanowienia, buntu i nazywania własnych potrzeb.
To jednak pryszcz sprawia, że mama, wracając pamięcią do własnego dorastania, zaczyna dostrzegać, że zbyt mocno zanurzyła się w karierze córki, a jej kolejne sukcesy, konkursy i zadania tak szczelnie wypełniły codzienność, iż zagłuszyły jej własne zmęczenie, smutek i pragnienie bliskości. Zaczyna rozumieć, że w tym pędzie zgubiła to, co w relacji z córką najbardziej kruche i najważniejsze: uważność i czułość. Rozumie, że czas się zatrzymać.
Równolegle dziewczynka, dzięki rozmowom z Panem Aparatem, uczy się asertywności i wyznaczania granic. Powoli odkrywa, że mówienie o swoich potrzebach nie jest buntem, ani atakiem na mamę. Że można chcieć czegoś innego, a jednocześnie kochać. Że szczerość nie niszczy więzi, lecz je porządkuje. W efekcie obie bohaterki dojrzewają do wspólnego wniosku: zamiast kolejnych atrakcji, wyjazdów i planów potrzebują… nicnierobienia. Chwili spokoju, w której mogą usłyszeć własne potrzeby. Brak zadań sprawia, że Pan Aparat może wreszcie odejść na zasłużoną emeryturę. Zostawiamy bohaterów w momencie odpoczynku: mało atrakcyjnego z perspektywy social mediów i sesji zdjęciowych. Takiego, którego nie da się skapitalizować, za to niezwykle potrzebnego, kojącego i prawdziwego. Po wyjściu z teatru sama miałam ochotę skorzystać z mądrości bohaterek i pozwolić sobie na odrobinę uzdrawiającego nicnierobienia.
Daria Sobik PAN APARAT. OSTATNIE ZDJĘCIE. Reżyseria: Pamela Leończyk, scenografia: Magda Mucha, muzyka: Magdalena Sowul, choreografia: Daniel Leżoń, reżyseria światła: Damian Pawella. Prapremiera w Teatrze Lalek Guliwer 8 czerwca 2025.