„Burza nad Popradem”, praca zbiorowa Teatru Tej Ziemi, „Mars” Mariusa von Mayenburga w reż. Jakuba Kowalika, „Mistrzowie z Anina” w reż. Marty Kukuły, „Urząd przyjemności” w reż. Yulii Shevchuk i Ramana Shytsko w ramach programu OFF Polska. Pisze Adrianna Łakomiak.
Tegoroczna edycja OFF Polska przyniosła spektakle wywodzące się z nurtu site-specific rozumianego w dwojaki sposób. W pierwszym przypadku: powstałe ze względu na dane miejsce. Biorące pod uwagę przeszłość, ale poruszające również aktualne tematy, ważne dla danych społeczności. Mistrzowie z Anina warszawskiego stowarzyszenia „Chata z pomysłami” i Burza nad Popradem Teatru Tej Ziemi z Nowego Sącza to przedstawienia nie tylko skorelowane z miejscami prezentacji, ale także powstałe z myślą dla miejscowej publiczności. Oba czerpią inspirację z lokalnych historii, głęboko zakorzenionych w przestrzeni, w której są wystawiane. W obu przypadkach również osoby twórcze są z nimi związane, co wprowadza osobisty aspekt w sceniczne historie. Między spektaklami jest więcej punktów wspólnych, o czym za chwilę. Drugim pomysłem na nurt site-specific są spektakle Mars krakowskiej Sceny Supernova oraz Urząd Przyjemności działającego w Warszawie Wolnego Teatru Białoruskiego, które nie odnoszą się bezpośrednio i nie czerpią z historii miejsc, w których są wystawiane, ale przestrzenie te stanowią istotny element scenicznych opowieści. Przedstawienia są grane w kamienicach, ogrywane są balkony, schody, ukryte przejścia między pokojami, przez co sceną staje się cały budynek. Pokrótce opiszę każdy z wymienionych spektakli, pod kątem zastosowanych strategii nurtu site-specific i pokazując, jak te rozwiązania wpływają na interpretację sztuk.
Czekamy przed bramą na autobus, który zawiezie nas na miejsce. Tymczasem w naszą stronę zmierza rozśpiewana, kolorowa gromada aktorów i aktorek. Można złapać się za ręce i po paru przystankach dotrzeć na drugi koniec podwórka. A tam, z balkonu Willi Kazimierówka, wita nas kolejna z aktorek. Tak zaczyna się spektakl Mistrzowie z Anina.
Aktorkami i aktorami są osoby wpisane w tkankę społeczną Wawra, w której to dzielnicy stoi Willa Kazimierówka. Mistrzowie z Anina to właśnie oni – osoby z niepełnosprawnością intelektualną, bywalcy „Chaty z Pomysłami”, czyli środowiskowego domu samopomocy. Przywracają pamięć o byłych wykluczonych mieszkańcach i uwidaczniają siebie jako ważną część sąsiedztwa. Wpisują się także jako osoby artystyczne w historię Willi Kazimierówki – były tam kręcone filmy w reżyserii Andrzeja Wajdy (Kronika wypadków miłosnych) czy Jacka Borcucha (Tulipany).
To wyjątkowe miejsce, świdermajer, będzie przez nas zwiedzane – jeszcze przed bramą dostajemy specjalne mapy opisujące pomieszczenia. Ale zanim to nastąpi, gromadzimy się w salonie z pianinem i wsłuchujemy się w osobiste historie. Poznajemy postać nie z tego świata – Dorotkę z Kansas (Paulina Fonferek) i jej towarzysza – psa Toto (Julia Ossowska), którzy przypadkiem znaleźli się w tym domu i chcą wrócić do siebie. Wraz z nimi zapoznajemy się z rezydentami domu, na nagraniach z warsztatów z twórczyniami oraz na żywo – Chatowicze zarówno przyjmują różne role w opowieści o Dorotce, m.in. maszynisty, jak i opowiadają o sobie, stosując różne środki wyrazu – mówią, tańczą, śpiewają, towarzyszą.
Zespół aktorski, choć bardzo różnorodny, stanowi zgraną grupę. Pomaga też w tym miejsce – niewielki salon sprawia, że osoby tłoczą się, trącają łokciami, zajmując miejsca blisko siebie. Granicę między sceną a publicznością wyznacza to, ile miejsca zajmują ciała, ile przestrzeni potrzebują nogi każdej z obecnych osób, czy ktoś potrzebuje je mieć wyciągnięte, czy siedzi z podkurczonymi, jak ja. Część widowni siedzi na poduszkach (na tym samym poziomie co Dorotka i Toto) – inni opierają się o ściany (jak maszynista i narrator po drugiej stronie pokoju). Granice zacierają się też z powodu serdecznych relacji łączących widzów i widzki z aktorami i aktorkami. Rodzina, znajome i osoby z sąsiedztwa żywo reagują na wypowiedzi padające ze sceny lub z nagrań wideo pochylają się w trakcie przedstawienia do innych oglądających, przedstawiając występujących i opowiadając historie z nimi związane.
Po zapoznaniu się z miejscowymi Dorotka postanawia zostać w ich (naszym) świecie. Zostajemy zachęceni do użycia mapy i nietypowej eksploracji domu. Pomieszczenia noszą intrygujące nazwy (Piąta noga kota, Lubię cię, Garaż maszynisty, Prawdziwa wnuczka) i w każdym z nich poznajemy przynajmniej jedną osobę. W dwóch pokojach, kuchni i przedpokoju ze schodami możemy obejrzeć kolejne nagrania z warsztatów, przybliżające nam Asię, Zuzę, Beatę, Tomka, Małgosię, Łukasza i Ulę. Przechadzka po domu jest swobodna, właściwie brakuje jedynie kapci na nogach, a w dłoniach kubka ciepłej czekolady, żeby poczuć się jak u siebie.
Rodzinna atmosfera udziela się także osobom, które nie są zaznajomione z Chatowiczami. I tak jak Dorotka, na koniec spektaklu zostajemy razem z nimi w tym domu. Twórczynie rozlewają herbatę, rozdają ciasteczka i wydrukowane teksty piosenki, żeby wszyscy mogli razem zaśpiewać. Zgromadzone w świdermajerze osoby połączone są we wspólnej melodii i wspólnym uśmiechu. Istotna praca została wykonana przez wszystkie osoby współtworzące - Martę Kukułę, Paulinę Fonferek, rodziców i rodziny Chatowiczów, ale przede wszystkim ich samych – uwidocznili się i wpisali w artystyczną historię Willi Kazimierówki.
Tym samym Anin nie tylko jako tytułowa przestrzeń, ale realne miejsce, pozostaje ważną częścią spektaklu, nierozerwalnie z nim związaną. To wyjątkowe oprowadzanie po domu, wiążące przestrzenie z osobami sprawia, że możemy poczuć się blisko zarówno tego miejsca, jak i Chatowiczów. I zgodnie z tekstem piosenki czuć, że w domu świeci światło i bliskość trwa, z czego osoby tworzące powinny być dumne.
Burza nad Popradem nie dotyczy, tak jak Mistrzowie z Anina, jednej dzielnicy, a całego regionu. Jest to również odzwierciedlone w eksploatacji spektaklu – twórczynie i twórcy przemierzają liczne domy kultury i inne ośrodki Małopolski. Grają w kościele skansenu w Nowym Sączu, Uzdrowisku Wysowej, beskidzkiej Ropie czy w Centrum Kultury w Korzennej. Tak jak tytułowa sądecka rzeka, płyną przez region, niosąc opowieści mniej i bardziej związane z lokalną społecznością.
Spektakl składa się z trzech przeplatających się ze sobą i powracających wątków: historii Miry i Arka, baśni o katastrofie w trakcie burzy oraz narracji z interakcjami z publicznością prowadzonej przez Szekspirowskiego Ariela i Kalibana. Kluczowa jest tu relacja Miry i Arka – matki i powracającego do domu syna, ze względu na to, że może być ona tożsama z doświadczeniami widowni. Twórcy i twórczynie problematyzują kwestię ojcowizny – dalszych losów rodzinnego majątku w sytuacji, gdy syn już dawno wyjechał na Wyspy i nie zamierza wrócić na stałe do Polski. W spektaklu podjęto również kwestię tego, jak trudno zacząć rozmowę się, gdy rozłąka trwała latami. Między aktorką i aktorem właściwie dominuje milczenie. Jest wręcz przytłaczające. Ich ciała nie potrafią się w tym odnaleźć. Stupor, w który wpadli, wiele niewypowiedzianych spraw i smutków jest wyczuwalny, ale nie zostaje wyartykułowany.
Mimo wielu różnic, próbują odnaleźć wspólny język. Staje się nim odgrywanie opowieści z dzieciństwa Arka w formie teatru cieni. Historia o braciach i burzy nie jest zwykłą baśnią, a doświadczeniem matki, które ukonstytuowało ją i sprawiło, że tak trudno nawiązywać jej relacje, także tę z synem. Mirze i Arkowi udaje się poczuć więź i porozumienie. Jest ono zapisane w ich pochodzeniu, w znajomości regionalizmów i miejscowych przesądów, w końcu w otwartości na drugą osobę, mimo początkowych trudności komunikacyjnych i wielu żali, które do siebie mieli.
W tej drodze Mirze i Arkowi i nam, widowni, pomagają Ariel i Kaliban. Ich sceny mają zdjąć ciężar z rodzinnego spotkania, a także być prezentacją metod radzenia sobie z emocjami. Od tych delikatnie prześmiewczych, bo naśladujących trendy z amerykańskiego TikToka, po realne działania mające wzmocnić poczucie wspólnoty, np. trzymanie się za ręce z osobami siedzącymi obok, czy przeganianie chmur z Arielem.
Szczególnie ta scena grała z nowosądeckim kościołem, w którym odbywała się część spektakli. Odganiałyśmy nie tylko te metaforyczne chmury, niewidzialnie ciążące nad nami, ale również te namalowane na suficie. Sakralna przestrzeń dodaje szczególnego wymiaru przebaczenia i oczyszczenia, którego doświadcza i matka, i syn.
Burza nad Popradem, tak jak Mistrzowie z Anina, wprowadza postaci ze znanego tekstu kultury. Bohaterka i bohater Szekspirowskiej Burzy są przez tworzących przechwycone i zostają z nich zdjęte negatywne cechy, którymi charakteryzują się w dramacie. Kaliban, przygnieciony łańcuchami, mający trudności z wymową, nie stanowi zagrożenia dla innych osób. Ariel, z koronkowym kołnierzem wokół szyi i lekkością w chodzie, nikim nie manipuluje. Co więcej, mają oni kontrolę nad własnym życiem. Choć widać, że są doświadczeni i niosą w sobie ciężar przeszłości, dają widowni uśmiech, ciepło i opiekę.
Andrzej Skowron i Karolina Fortuna wcielają się w obie pary postaci i prowadzą spektakl w konwencji teatru cieni, zmieniając tylko drobne elementy ubioru, ale tak przeobrażają się cieleśnie i głosowo, przyjmując inne role, że w każdej scenie są zupełnie innymi osobami. W ramach jednego spektaklu otrzymujemy trzy opowieści, które mimo swojej różnorodności, łączą się ze sobą w przejmującym i szczerym finale.
Choć Burza nad Popradem i Mistrzowie z Anina to zgoła różne spektakle, ich punkt wyjścia i niektóre strategie są analogiczne. Czerpanie z lokalnych opowieści, zasłyszanych i osobistych oraz wplecenie ich w historię danych miejsc sprawia, że stają się one częścią sąsiedztwa, wrastając w społeczną tkankę. Nawiązanie do znanych tekstów kultury wpisuje miejscowe mikrohistorie w szeroki kontekst kulturowy, uwidacznia je i ustanawia jako równie istotne, co wielkie narracje.
Czekamy przed wejściem do kamienicy przy ulicy Zybkiewicza w Krakowie, przy której mieści się siedziba Sceny Supernova. Zgromadzony tłum ma zaraz przenieść się, zgodnie z zapowiedzią na stronie, do świata postapo, po którym przewodnikiem będzie android Yannik. Wchodzimy po schodach do pomieszczenia, w którym unosi się dym z dyfuzora. Zaraz po nas w sali pojawiają się bohaterowie – ubrani w kostiumy inspirowane filmami science-fiction, w goglach na twarzach, utrudniających im widoczność, przez co ocierają się o stłoczoną w pomieszczeniu publiczność. W końcu docierają do drzwi, a my za nimi wchodzimy do kolejnej sali. Tu zajmujemy miejsca na krzesłach i w zaaranżowanej na postkatastroficzną przestrzeni zapoznajemy się z postaciami, które są kandydatami do misji na Marsie. Do specjalnego projektu trafił ojciec z córką oraz bracia bliźniacy. Napięcia i nieufność są widocznie nie tylko między parami, ale także w relacjach rodzinnych. Dotyczą one zarówno osobistych konfliktów wynikających z różnic charakterów i sporów z przeszłości, ale również różnych podejść do eksperymentu, w którym biorą udział. Test ma sprawdzić, czy nadają się na uczestników wyprawy do marsjańskiej kolonii. Ma to zagwarantować przeżycie, ponieważ na Ziemi nie da się już dłużej funkcjonować.
W trakcie podróży mierzą się z dylematami moralnymi i etycznymi, a także głodem i niewyspaniem. Zgodnie z poleceniem Yannicka szukają naukowców w podziemnym systemie bunkrów. Akcja przenosi się do ciasnego korytarza prowadzącego na podwórze. Niepewność, złość, wewnętrzne napięcia eskalują, dochodzi do przepychanek. Rywalizacja o to, kto zostanie wybrany, sprawia, że w postaciach coraz mniej jest empatii i wspólnotowego działania, a coraz więcej agresji.
W końcu krata oddzielająca nas od dziedzińca podnosi się i zostajemy przeniesieni do świata, gdzie dominuje natura. Brak tu chłodu betonu i zniszczonych, zagraconych pomieszczeń. Jest zieleń, drzewa, bluszcz i małpy grane przez cztery performerki i performerów przy akompaniamencie muzyki na żywo. W tych warunkach Yannick wystawia bohaterów i bohaterkę na kolejną próbę – mają strzelać do osób wewnątrz budynku, żeby go przejąć. Prowadzi to do konsternacji i podziału – grupa rozdziela się, część zostaje na dziedzińcu, część wchodzi do lewego skrzydła kamienicy. To jest ostateczna część testu, dowiadujemy się, że tylko jedna osoba została wybrana. Wspina się po rusztowaniu imitującym rakietę i w oparach dymu, z hukiem, wyrusza w kosmos. A my, za postaciami, które zostają na ziemskim padole, wędrujemy po wąskich schodach prawego skrzydła, przez pomieszczenie z rozstrojonym fortepianem, przechodzimy przez dziurę w ścianie, żeby znaleźć się z powrotem w sali z książkami. Jesteśmy z bohaterami w ich ostatnich chwilach. Okazuje się, że cały test był tylko grą mającą podtrzymać nadzieję – nie ma żadnej kolonii na Marsie i nic nie pomoże ludzkości. To także koniec Yannika, który ulega rozpadowi.
Dzięki przemieszczaniu się po kamienicy możemy poczuć się jak uczestniczki i uczestnicy tej misji. Utożsamić z postaciami i lepiej wczuć w etyczne wybory i dylematy, przed którymi stają. Problematyka poruszana w dramacie Mariusa von Mayenburga jest rzadko obecna w teatrze, stąd też decyzja twórców o zastosowaniu innej formy narracyjnej oraz fizycznym zaangażowaniu widowni w spektakl jest istotnym elementem, który pozwala na głębokie zanurzenie się w świat postapo.
W inny sposób z przestrzeni korzysta Wolny Teatr Białoruski. Widownia przez cały spektakl siedzi na dziedzińcu skłotu Syrena, a to aktorzy i aktorki przemieszczają się po różnych pomieszczeniach wewnątrz kamienicy i na podwórku. To miejsce – wyjęte z miejskiego systemu funkcjonowania mieszkalnictwa, rządzące się własnymi zasadami, odzwierciedla kwestie, które są poruszone w spektaklu Urząd Przyjemności.
System i biurokracja to dwa pojęcia, wokół których toczy się jego akcja. Wyzwanie, jakim jest dostanie się do okienka w Urzędzie do Spraw Cudzoziemców, okazuje się dla bohaterów i bohaterek praktycznie niewykonalne. A gdy już usłyszą swój numerek i tak niczego nie załatwią. Wszystkie urzędnicze sprawy są okupione taką ilością papierologii i proceduralnych absurdów, że sam funkcjonariusz nie może się w tym odnaleźć. Tytuł jest przewrotny, ponieważ nikt, kto doświadczył struktury biurokracji, nie zaznaje przyjemności.
Maciej, który zawiaduje tym miejscem, typowy biurokrata w garniturze, wpada w spiralę półświatka. Narkotyki, alkohol i seks na krawędzi stają się jego odskocznią od urzędniczych procedur, wypalenia i zmęczenia poczuciem bezsilności. Interesanci, walczący z polskim systemem, próbujący zdobyć pozwolenie na pobyt, zderzają się z tym, że w urzędzie nikt nie jest w stanie załatwić swojej sprawy od ręki i przedrzeć się przez tę kafkowską machinę. Maciej, choć uprzywilejowany w tym systemie i tak nie daje mu rady, w życiu pojawia się coraz więcej zawodu, więc popada w coraz większe szaleństwo, a wraz z nim akcja spektaklu, pojawiające się tam postaci i sceny są coraz bardziej absurdalne i groteskowe.
Na ścianie budynku wyświetlany jest telewizyjny program informacyjny, przedstawiający m.in. losy proroka dzika Zdzisława, który wieszczy koniec świata – w kolejnych odsłonach okazuje się, że miał rację. Na dziedzińcu odbędzie się pogrzeb dzika Zdzisława, na który przyjdą różne leśne zwierzęta, mniej i bardziej z nim związane i w niego wierzące. Pojawienie się postaci spoza rzeczywistości, Lisiczki czy Borowiczka, wprowadza przedziwną strukturę oniryczną. Gadające, powiększone zwierzęta i grzyby są jednak przynależne tej opowieści, która z każdą sceną rozpulchnia się o nowy kawałek świata. Pojawia się wątek edukacyjny, mający przedstawiać sławnych Polaków: Mikołaj Kopernik staje się narratorem opowieści, której nigdy nie kończy, wspina po ścianie i znika w jednym z okien.
Chaos i absurd sytuacji oraz nagromadzenie różnych wątków mają oddawać stan wewnętrzny Macieja, który przeobraża się w szaleńca w rozchełstanej koszuli z przypiętym do pasa wielkim dildo. Staje się naćpanym predatorem, biegającym tam i z powrotem, po schodach na dach garażu, do swojej urzędniczej kanciapy – prowizorycznego namiotu, w którym przyjmuje interesantów – i na dół, do wnętrza garażu, w którym imprezuje. Dodatkowego wymiaru zamętu dodają hałasy z wnętrza skłotu – toczące się w nim życie, rozpalane światła w oknach, rozmowy, dźwięk otwieranych puszek.
Mimo tego, że przedstawiana jest sytuacja nieludzkiego traktowania osób migranckich przez biurokrację, jako widownia zostajemy miło ugoszczeni. Każda osoba dostaje na wejściu herbatę, a na krzesłach są przygotowane koce, żeby móc się ogrzać. Skłot Syrena to nie tylko miejsce oporu wobec polityki miasta i prywatnych inwestycji w sprawie mieszkalnictwa, to również miejsce aktywizmu społecznego. Prowadzone są lekcje języka polskiego dla obcokrajowców, jadłodzielnia, poradnictwo prawne i różne inicjatywy artystyczne. Wybór tego miejsca jako odwrotności urzędniczej nieprzyjazności, miejsca goszczącego osoby migranckie i dbającego o ich potrzeby, a jednocześnie wyjętego spoza prawnych absurdów, dodaje spektaklowi kolejny poziom interpretacyjny. Przedstawia miejsce, w którym można odnaleźć przestrzeń dla siebie.
Projekty site-specific powstają ze względu na przestrzeń i w symbiozie z nią, ale też pozwalają spojrzeć na dane miejsce w szczególny sposób. Nawet znane nam wcześniej pomieszczenia nabierają nowych znaczeń, gdy, dotknięte scenicznymi sytuacjami, przeobrażają się w nowe światy. Czasem wpisują się w długą historię artystyczną budynku, czasem dopiero zaczynają ją tworzyć. Pozateatralne miejsca, w których są prezentowane spektakle, pozwalają też zmniejszyć dystans między widownią a sceną, bardziej wczuć się w historie i utożsamić z bohaterami i bohaterkami. Choć każde z opisanych przeze mnie przedstawień inaczej odnosiło się do tematyki przestrzeni i odbywały się one w bardzo różnych pomieszczeniach, to wszystkie skutecznie realizują te założenia. Wywoływanie efektu dystansu albo poczucia wspólnoty odbywa się również za pomocą bezpośrednich bodźców dotykających naszych ciał, takich jak temperatura. W Mistrzach z Anina ciepło stłoczonych, bliskich sobie osób, przywołuje uczucie domowego bezpieczeństwa. To kontrastuje z chłodem jesiennego wieczoru, którego doświadczamy z bohaterami i bohaterkami Marsa. Postawieni w obliczu katastrofy klimatycznej, odczuwamy, jak uciążliwe mogą być jej skutki, marznąc na drewnianych ławkach krakowskiego podwórza. Mroki i ciasnota niektórych przejść między pokojami, w których toczy się akcja w tym spektaklu, zamknięty dziedziniec, z którego trudno szukać możliwości ucieczki wywołują poczucie klaustrofobii i braku wyjścia, której to niemożności doświadczają postaci. Zupełnie inaczej funkcjonuje dziedziniec, na którym siedzimy i na którym dzieje się akcja Urzędu Przyjemności. Otwarta przestrzeń z wieloma możliwościami wejścia i ukrywania się pozwala na złapanie oddechu w gęstej akcji spektaklu; bez ruszania się z miejsca widownia śledzi akcję na zmultiplikowanych planach gry. Jeszcze inaczej funkcjonuje przestrzeń kościoła w Burzy nad Popradem. Początkowo, jak to w kościele bywa, jest zimno, ale w toku akcji, tak jak serca bohatera i bohaterki, rozgrzewa się i poprzez różne interakcje między sceną i widownią oraz między samą publicznością, miejsce staje się ciepłe i przyjazne.