EN
22.06.2021, 13:22 Wersja do druku

Olga Bończyk: Jest mi siebie ciągle mało

Nie wpisuję się ze swoją twórczością w mainstreamowy nurt, nie silę się na modne projekty, które dobrze się sprzedają. Chcę być elegancką panią, czuć się dobrze w tym, co robię. Jeśli jakiś styl mnie nie kręci, nie zamierzam mu czapkować – mówi Olga Bończyk, która niedawno wydała nową płytę „Ślady miłości”. Rozmawia Monika Jazownik w Presto.

fot. mat. Filmu Polskiego

Na początku były koty…

Tak, rzeczywiście, te cudne stworzenia zawsze mi towarzyszyły, całe życie miałam koty.

Dziś są dwa. Który ma szczególne względy: Tosia czy Stefan?

(śmiech) Oj, Stefan jednak. On był pierwszy, w związku z tym ma swoje prawa i przywileje. Stefan ma w sobie wiele spokoju, to typ lorda. Jest ponadto niezwykle sensualny, bardzo czuły i delikatny we wszystkim, co robi. Nie ma w sobie drażliwości, niepotrzebnej impulsywności. Tosia z kolei to taka mała bandytka. Ma aparycję księżniczki i wygląda jak księżniczka, bo to rasowy maine coon (jeden z większych kotów domowych), jednak duszę ma buntowniczki. Jest asertywna, wie czego chce, przy tym jest zwinna, „gadatliwa”.

Co Panią fascynuje w kocim świecie?

Myślę, że niezależność. Tego mnie nieustannie uczą moje futrzaki. Posiadanie kotów jest pewnego rodzaju kompromisem, nauką współistnienia. To rodzaj symbiozy, która pozwala każdemu żyć osobno, ale jednocześnie razem. Mamy swoje przyjemne, liczne rytuały, ale przede wszystkim niezwykłą relację.

Mówi się, że zwierzęta są zwierciadłem swoich właścicieli.

Rzeczywiście coś w tym chyba jest… Tak sobie myślę, że Bóg nie mógł dla mnie znaleźć jednego kota, który miałby większość moich cech, więc dał mi… dwa koty.

Mamy więc swoiste dwa zestawy hasztagów Olgi Bończyk: czułość, bezpieczeństwo, dobrostan, intymność, a z drugiej strony: asertywność, własne drogi, zdecydowanie. Czy dobrze zrozumiałam?

Znakomicie. Dodajmy jeszcze miękkie futerko kota, to będzie prawie pełnia. (śmiech) Myślę, że nieprzypadkowo te słowa gdzieś wokół mnie krążą, stworzyłam sobie z nich mój świat. Bo rzeczywistość sceny, estrady jest najczęściej brutalna. Trzeba stać mocno na nogach, nierzadko założyć zbroję, chwycić dzidę, by się utrzymać. Trzeba też podejmować strategicznie decyzje związane ze swoją karierą. Czasami te decyzje są nietrafione, wtedy potrzebna jest ogromna siła, by unieść błędy na własnych barkach. Mocne rusztowanie to podstawa. Przy kotach, w domu mogę sobie to rusztowanie odpiąć, postawić w przedpokoju, usiąść na różowej kanapie i być tą Olgą, którą lubię…

Drzwi do kariery są wąskie i na dodatek kolczaste?

Takie właśnie są. I dodatkowo ktoś musi je nam otworzyć – tak przez wiele lat myślałam. Miałam przekonanie, że wszystko, co się wydarza w życiu artysty, zależny od innych – od dyrektora, który nam da (albo i nie) pracę, od wytwórni, która nagra płytę. Myślałam, że należy poczekać na swoją kolej, na zaproszenie. Wiele czasu minęło, zanim zrozumiałam, że te drzwi mogę sobie sama otworzyć. Z podziwem patrzyłam na artystów (mogłabym wielu wymienić, wspomnę tylko o Krystynie Jandzie czy Kayah), którzy mieli odwagę, by stworzyć coś swojego. Pomyślałam wtedy: Olga, jeżeli inni mogą, to dlaczego ty nie możesz…

To był impuls czy dłuższa rozmowa ze sobą?

Rozmowa z samą sobą pod wpływem impulsu. Zawsze byłam aktywną osobą, ale czułam, że jest mi siebie ciągle mało. To, co oferował świat, do końca mnie nie satysfakcjonowało. Uświadomiłam sobie, że chcę działać bardziej intensywnie, chcę się rozwijać we własnym rytmie i kierunku.

Pamięta Pani moment, kiedy powiedziała sobie: biorę sprawy w swoje ręce?

Myślę, że takich chwil było wiele. Najtrudniejszy moment, paradoksalnie, nastąpił jeszcze we Wrocławiu. Śpiewałam w zespole Spirituals Singers Band, osiągnęłam naprawdę bardzo dużo. Po dziesięciu latach zdecydowałam, że dalej płynę sama. Odcięłam się od Wrocławia, w którym byłam już wyświęcana na wokalistkę jazzową. Kiedy wyjechałam do Warszawy, startowałam od zera. Mówiono mi, że jestem niepoważna, że jestem idiotką, bo jak można odcinać się od takiego dorobku! A mnie zależało na tym, by w Warszawie wejść na teatralną ścieżkę inkrustowaną moimi umiejętnościami wokalnymi. Taki był mój plan i tak też się stało. Kolejna odważna decyzja artystyczna dotyczyła wydania mojej pierwszej płyty – z kolędami. Następnie były „Piosenki z klasą”, z którymi koncertowałam przez pięć lat, potem utwory Kaliny Jędrusik nagrane z Polskim Radiem.

I kolejny krążek – „Piąta rano”.

Tak. Tę płytę nagrałam już całkowicie za własne pieniądze. Pomyślałam, że sprawię sobie prezent na 45. urodziny. Piosenki z tej płyty żyją raczej koncertowym życiem, moi słuchacze uwielbiają te pięknoty.

Powiedziała Pani kiedyś, że chciałaby mówić ze sceny do swoich słuchaczy właśnie tekstami piosenek. Czy covery, które w Pani przestrzeni artystycznej, zajmują sporo miejsca, mają taki dialogowy potencjał?

Każdy tekst dobrze napisany ma w sobie ogromny potencjał. Covery mają ten potencjał jakby powiększony, bo to te same historie, opowiedziane na nowo głosem kolejnych artystów. Jeśli piosenka mnie dotyka, to znaczy, że mnie dotyczy. Mam taką swoją listę ulubionych utworów, które chciałabym zaśpiewać. Często są to piosenki zapamiętane z dzieciństwa.

Jakim jest Pani narratorem ze sceny, a jakim chciałaby być?

Chciałabym być narratorem prawdziwym i z duszą, jednak nie takim w czarnym wyciągniętym swetrze i z gitarą. Daleko mi do poezji śpiewanej. Pamiętam, kiedy zaczęłam intensywnie pracować z Włodkiem Korczem, mówił mi: „Nie rozumiem twojego fenomenu, nie masz żadnego flagowego przeboju jak Ala Majewska czy Edyta Geppert, a jednak mimo wszystko przyciągasz ogromną publiczność”. Po namyśle skonstatował: „Już wiem, ty śpiewasz tak, jakby to było napisane z dedykacją dla ciebie”. I myślę, że coś w tym jest… Nie chcę się z nikim licytować, nie próbuję prześcignąć Kaliny Jędrusik, Ireny Santor. Szczerość i prawda na mnie pracują, to moja motorówka.

Jest Pani artystką spełnioną. Co to znaczy?

Jestem artystką, która spełniła swoje marzenia (również te z dzieciństwa, jak śpiewanie do skakanki, imitującej kabel od mikrofonu). Dziś, gdyby Bóg powiedział, że ma dla mnie już inne miejsce – po drugiej stronę tęczy, nie miałabym do nikogo pretensji.

A „głód poszukiwania” – to Pani słowa – jak te sprzeczne perspektywy połączyć?

Można! To, co mam dzisiaj, wypełnia mnie po brzegi i uszczęśliwia, nie mam śmiałości prosić o więcej. Już zjadłam ten wielki obiad (z tortem), który dostałam od życia, był tak pyszny, że więcej mi już nie trzeba! Chociaż jeśli dostanę jeszcze jedną porcję, to chętnie zjem. Oczywiście chciałabym dostać rolę w filmie fabularnym, do którego nigdy nie zostałam dopuszczona, zagrać w ciekawych spektaklach dramatycznych, nagrać kolejną płytę. Ciągle mam apetyt, ciągle mam pomysły na siebie. A z drugiej strony noszę w sobie spokojne przekonanie, że już nic nie muszę.

Przypomina mi się jeszcze jedno Pani zdanie: „Lubię chodzić pod prąd”. Co to znaczy?

Nie wpisuję się ze swoją twórczością w mainstreamowy nurt, nie silę się na modne projekty, które dobrze się sprzedają. Chcę być elegancką panią, czuć się dobrze w tym, co robię. Jeśli jakiś styl mnie nie kręci, nie zamierzam mu czapkować. Oczywiście szanuję twórców, którzy próbują zrobić artystyczny skok w bok, często bardzo udany, i podziwiam ich odwagę. Czasem jednak ta odwaga przynosi wręcz odwrotny, śmieszny skutek. Myślę, że nie trzeba mieć wszystkiego. Nie jestem na pierwszych stronach gazet, nie jestem w pierwszej dziesiątce tych, którzy są zapraszani do wzięcia udziału w koncertach, festiwalach. Żyję na własnych warunkach i dobrze mi z tym.

Czyli „pod prąd” nie oznacza w Pani rozumieniu prowokacji, przewrotu, szoku? Rozumiem, że te słowa w Pani nie rezonują?

Nie, tego w sobie nie mam. Nie interesują mnie przewroty, nie mam potrzeby prowokowania, nie leży to w mojej naturze. Niektórzy zarzucają mi, że się klasycznie ubieram. A ja mam to w nosie, nie muszę się przebierać w życiu, żeby mnie było widać.

Żadnego kija w mrowisko nie ma Pani ochoty wetknąć?

Hmm, w moim przypadku problem polega może na tym, że obracam się wśród muzyków, którzy są z określonego kręgu estetycznego i pewnie oni sami nie potrafiliby mi niczego przewrotowego zaproponować. Ale może zdarzy się w najbliższym czasie taki projekt. Filip Siejka skomponował do mojego tekstu dość kontrowersyjną (jak dla mnie) muzykę. Trochę się z nią boksuję, ponieważ jest we mnie obawa, czy zaproponowany nowy beat zdołam unieść, czy nie będę w tym nieprawdziwa, groteskowa. Są oczywiście artyści, którzy swoją estetyką wzbudzają kontrowersje, jak na przykład Maryla Rodowicz. Ona jednak na tej drodze jest bardzo konsekwentna, to jej marka.

Czy w swoim życiu artystycznym doświadczyła Pani porażki?

Oczywiście. Choć skala porażki dla każdego jest inna. Dla jednego będzie to zła recenzja po premierze, dla innego niespełnienie po nagranej płycie i kompletna klapa. Wszystko zależy od tego, jakie mamy cele, jak siebie oceniamy w tej pracy. Dla mnie płyta „Piąta rano” jest taką porażką, ponieważ mało kto wie o jej istnieniu. Mimo że włożyłam wiele starań w nagranie tego krążka, to zupełnie nie pomyślałam o całej sferze PR-owej, marketingowej i to był mój błąd, zgapiłam się trochę. Jestem jednak taką osobą, która szybko zakopuje porażki, wybacza je sobie, bo szkoda czasu na ich rozpamiętywanie, na hodowanie toksyn. Chcę pielęgnować i kolekcjonować tylko dobrą energię.

Na płycie „Piąta rano” śpiewała Pani, że życie ma kolor sepii. Jaki kolor dziś ma życie dla Olgi Bończyk?

Oj, na pewno nie sepii! (śmiech) Mój świat zmienił oblicze. Jest o wiele bardziej barwny, uwielbiam kolor różowy. Jestem osobą, która cieszy się każdym dniem, jestem wdzięczna za to, co mam. Nie ma pogoni ptaka po zmroku, który nie wiadomo dokąd doleci. Po pięćdziesiątce już wiadomo i to daje spokój.

Nowa płyta „Ślady miłości” jest trochę jak sesja coachingowa.

Bardzo trafne określenie! Praca nad tą płytą była dla mnie też pewnego rodzaju autocoachingiem. Trzeba nauczyć się zamykać drzwi przeszłości, opatrzyć ślady zranionych chwil. Życie, które jest już za mną, ułożyłam w paczuszki. Zakopałam te czarne, a zostawiam tylko kolorowe pudełka z różową wstążeczką. Tak więc ta płyta jest zapisem doświadczeń z ostatniego czasu. Moich tekstów jest aż osiem (niektóre wyciągnięte z głębokiej szuflady) i to ją odróżnia od moich pozostałych albumów. „Ślady miłości” są jak skarbiec emocji kobiety, która sporo przeżyła w swoim życiu, która wierzyła, że miłość pełna, partnerska może trwać wiecznie. Stąd barwy miłości są tutaj rozmaite. Jest miłość, której się nie dostało, ta, która raniła, która ciągle jest, która pulsuje…

Piosenka „Więcej niż kochanek” ma inną wymowę niż pozostałe piosenki, bije z niej śmiała asertywność.

Tak. Sama bym pewnie takiego tekstu nie odważyła się napisać. Zaczęłabym kombinować.

Dlaczego? Zbyt odważny?

Zbyt śmiały w ujęciu, ja piszę bardziej na miękko. Kiedy już przeczytałam ten tekst, pomyślałam: okeeej. (śmiech) I teraz już się tej piosenki nie boję. Chociaż posypały się oczywiście różne opaczne interpretacje! (śmiech) Ale myślę sobie – a niech gadają, co chcą, mam to w nosie. To jest właśnie komfort bycia po pięćdziesiątce.

Tytuł oryginalny

Olga Bończyk: Jest mi siebie ciągle mało

Źródło:

prestoportal.pl
Link do źródła

Autor:

Monika Jazownik

Data:

29.05.2021