Logo
Recenzje

Okiem Obserwatora: Jak zawsze

13.01.2026, 08:25 Wersja do druku

„Jak zawsze” na podstawie powieści Zygmunta Miłoszewskiego w reż. Magdy Małeckiej-Wippich oraz Marty Miłoszewskiej w Teatrze Komedia w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.

fot. Marek Zimakiewicz

Już kilka razy, przy okazji opisów różnych spektakli, wspominałem o więzach łączących mnie z warszawskim Muranowem. Są one długotrwałe i bardzo bliskie, przez to implikują moje zainteresowanie historią tej części Warszawy oraz tym wszystkim, co dzieje się w niej obecnie. Dlatego kilka lat temu, z wielkim zaciekawieniem, przeczytałem ówczesny bestseller wydawniczy, jakim była książka Zygmunta Miłoszewskiego zatytułowana „Jak zawsze”. Reklamowana była jako powieść społeczno-obyczajowa i polityczna, z gatunku historii alternatywnej, czyli tego co bardzo lubię, ale dla mnie istotne było również to, że jej akcja toczy się na Muranowie właśnie. Prawdziwego smaczku dodawał fakt, że obejmuję swoją pamięcią te dwa wymiary czasowe, w których toczy się jej akcja. I sprawiało mi dużą przyjemność porównywanie zapamiętanych przeze mnie miejsc, z opisami Miłoszewskiego, oczywiście w alternatywnej historii. Tak! „Jak zawsze” przeczytałem jednym tchem! 

Chyba nie byłem w tym odosobniony, albowiem w tym czasie powieść wygrała: Plebiscyt Bestsellery Empiku 2017 w kategorii literatura polska, plebiscyt czytelników Róża Gali 2018 w kategorii literatura oraz plebiscyt czytelników Książka Roku 2017 w kategorii literatura piękna portalu LubimyCzytać.pl. Uważałem i uważam nadal, że wszystkie te nagrody były w pełni zasłużone.

Gdy dowiedziałem się, że Teatr Komedia szykuje premierę na podstawie „Jak zawsze”, nie zdziwiłem się zbytnio, ale byłem bardzo ciekaw, jak twórcy poradzą sobie z przeniesieniem na deski teatralne akcji, zdarzeń i ciągów przyczynowo-skutkowych rozgrywających się w alternatywnych rzeczywistościach?

Przypuszczałem, że w tym przypadku jeszcze większą rolę, niż zwykle, będzie miała adaptacja tekstu, a gdy okazało się, że dokona jej Marta Miłoszewska (prywatnie żona autora), moja ciekawość wzmogła się tym bardziej. Podobnie było z obsadą, po jej ogłoszeniu wydawała mi się dosyć skromna, jak na ilość postaci występujących w tekście.

Wraz z rozpoczęciem spektaklu, zacząłem otrzymywać odpowiedzi na moje pytania.

Scenografia pomysłu Julii Skrzyneckiej (również autorki kostiumów) jest bardzo oszczędna i składa się z dużych, częściowo prześwitujących, ale zmatowionych powierzchni. Jest to wielokrotnie wykorzystywane w czasie przedstawienia, z bardzo dobrym skutkiem. Na samym środku króluje ogromne łoże małżeńskie (w nim też będą akcje!). Zaskoczyła mnie podłoga, na której widać było wyraźnie ślad jakby od obrotowej sceny! W Teatrze Komedia? Szybko wyjaśniło się, że jest to znakomity patent, pozwalający na pojawianie się i znikanie kolejnych elementów scenografii, bez potrzeby likwidowania innych. Bardzo sprytny i przydatny!

Całe przedstawienie składa się jakby z trzech równolegle toczących się akcji, które wzajemnie przenikają się, uzupełniają, komentują i dopowiadają różne sytuacje. Dwie są oczywiste i stanowią esencję książki i spektaklu. W nich głównymi postaciami jest para małżeńska. Ale akcja rozgrywa się na jeszcze jednej płaszczyźnie. O tym z chwilę.

Bohaterami sztuki są Grażyna (Katarzyna Żak) i Ludwik (Tomasz Dedek), ale ponieważ w materiałach informacyjnych o spektaklu można przeczytać o tym, co spotkało tę parę w pięćdziesiątą rocznicę ich „pierwszego razu”, nie będzie spojlerowaniem z mojej strony informacja, że w ich młodsze o pół wieku ciała wcielają się Helena Rząsa i Filip Kosior. W ciała! Nie w pamięć, świadomość i doświadczenie! Scena przemiany to majstersztyk magii teatru! A więc obserwujemy zdarzenia, w których bierze udział para małżeńska, a każda z osób w dwóch postaciach. I to jest główna opowieść, która można powiedzieć rozwija się linearnie, oczywiście z dwoma parami różniącymi się wiekiem o pięćdziesiąt lat.  

Marta Miłoszewska (adaptacja i reżyseria) oraz Magdalena Małecka-Wippich (reżyseria) sporo pozmieniały w stosunku do tekstu książki i ustawiły postacie Grażyny i Ludwika jako ludzi raczej spokojnych, chociaż oczywiście totalnie zaskoczonych sytuacją, w której się znaleźli. Siłą rzeczy ich młodsze wcielenia są bardziej dynamiczne, co wynika nie tylko z ich scenicznego wieku, ale również z akcji sztuki. Z tej czwórki najbardziej podobała mi się Helena Rząsa, która według mnie dostała zdecydowanie najciekawszy materiał do zagrania i co najważniejsze – w pełni wykorzystała tę szansę.

Teraz posłużę się cytatem ze sztuki, który zdobył moje serce i stosuję go już w życiu z różnymi modyfikacjami: „Powtórzę tylko raz: Ludwiku, Ludwiku!”. A więc: „Powtórzę tylko raz: REWELACJA, REWELACJA!”, a te pochwały kieruję do zadań aktorskich wykonywanych przez Elizę Borowską i Aleksandra Sajewskiego.

Znakomite role Elizy Borowskiej już podziwiałem i opisywałem w ubiegłym sezonie, więc to co pokazuje w tym spektaklu nie jest dla mnie zbytnim zaskoczeniem. Była nim natomiast mnogość postaci granych przez nią i totalne transformacje, jakim ulegała w bardzo krótkim czasie (jak mówią młodsze pokolenia: pełen szacun dla pań garderobianych i charakteryzatorek za kulisami!). Wszystkie wcielenia Borowskiej są znakomite, a jest ich co nie miara - Syrenka, Warszawa, Iwona, Wanda, sklepowa i inne. W każdym razie, to jest dla mnie ta pierwsza REWELACJA!

Aktorstwo Borowskiej znam i cenię, natomiast super pozytywnym odkryciem i zaskoczeniem jest Aleksander Sajewski (to ta druga REWELACJA!), jeszcze przed chwilą student IV roku Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, dla którego występ w „Jak zawsze” jest debiutem na profesjonalnej, zawodowej scenie. On również otrzymał od twórczyń szansę pokazania skali swojego talentu aktorskiego, grając kilka, krańcowo różnych ról – Wars, Adam, Baba od kur, Dozorca, Francuska Dyrektorka Szkoły, Generał Jaruzelski i inni. Co najmniej dwie z nich – Baba od kur i Francuska Dyrektorka Szkoły – to są prawdziwe perełki aktorskie, a ponieważ pozostałe nie wiele im ustępują uważam, że Sajewski zaliczył swój debiut sceniczny z przytupem! Gratulacje!

„Jak zawsze” oglądałem w towarzystwie osoby, która nie czytała powieści, a w kuluarach rozmawiałem z kilkoma innymi i żadna z nich nie miała kłopotów z percepcją zdarzeń scenicznych. To uspokoiło mnie i z całą mocą mogę polecić ten spektakl zarówno tym, którzy nie czytali powieści, jak i tym, który poznali jej zawartość wcześniej i którzy, jak ja, być może mogą mieć zastrzeżenia do sporego rozjazdu tych dwóch dzieł – książki i przedstawienia teatralnego. 

Ja w każdym razie polecam jedno i drugie!

Scenografia i kostiumy: Julia Skrzynecka; muzyka: Mary Rumi; konsultacje ruchowe: Maria Bijak; reżyseria światła: Artur Sienicki.

A na koniec jeszcze ciekawostka ode mnie, taki bonus, potwierdzający moją starą tezę, że w kulturze wszystko łączy się ze wszystkim. Tytuł powieści wziął się od nazwy francuskiej piosenki „Comme d’habitude” (Jak zawsze) z 1967, której melodia została później wykorzystana w „My Way”, napisanej przez Paula Ankę dla Franka Sinatry. Tak, tak! Tej samej, która w kolejnych latach doczekała się nagrań przez gigantów estrady a u nas wspaniałą jej aranżację możemy usłyszeć w monodramie „My Way” Krystyny Jandy. 

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także