„Bal w operze” Juliana Tuwima w reż. Artura Barcisia w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.
Julian Tuwim, Artur Barciś, Jerzy Satanowski, Zuzanna Markiewicz, Wojciech Stefaniak, Franciszek Barciś, w Teatrze Polonia! Trudno o znalezienie lepszej propozycji na spędzenie wieczoru. Tym bardziej, że wszyscy wymienieni zaistnieli (Tuwim) lub spotkali się (pozostałe osoby) w tym magicznym miejscu (Teatrze Polonia) z okazji premiery „Balu w operze”.
Julian Tuwim jest moim najbardziej ulubionym poetą, a nawet więcej TWÓRCĄ. Mam wszystkie wydania książkowe jego utworów poetyckich, prozą i tłumaczeń, jakie ukazały się, jeszcze od czasów przedwojennych. Również te, których był współautorem, np. z Antonim Słonimskim.
Tak zwane autorytety uważają „Bal w operze” za szczytowe osiągnięcie Tuwima (co najmniej na równi z „Kwiatami Polskimi”). Nie tu jest miejsce do wyrażania mojego zdania na ten temat, ale faktycznie, każdorazowa lektura tego utworu, lub jego wysłuchanie robi na mnie duże wrażenie. Jest tylko warunek. To musi być wykonane perfekcyjnie. W żadnym przypadku nie może to być deklamowane górnolotnie, z emfazą, z wystudiowaną tragedią w głosie, jednym słowem – napuszenie i sztucznie. Przyznaję, że jest to jeden z najtrudniejszych do wykonania i zinterpretowania utworów w polskiej literaturze. Zresztą, od momentu jego powstania wzbudzał gorące spory i kłótnie, wywoływał awantury i skandale. Na jego temat powstało wiele opracowań i prac analitycznych. Ale najważniejsze jest to, że „Bal w operze”, pomimo mijających w tym roku 90 lat od chwili ukazania się, wciąż jest utworem żywym, aktualnym, niepozwalającym na bycie obojętnym na treść, zarówno przy czytaniu, jak i przy słuchaniu.
A jeżeli ma się okazję wysłuchać i obejrzeć jego wykonanie w mistrzowskiej interpretacji Artura Barcisia, z fenomenalnie pasującą muzyką Jerzego Satanowskiego, w zaskakującej i wbijającej w fotel swoją pomysłowością scenografii Wojciecha Stefaniaka, w jak zawsze perfekcyjnie dopracowanych kostiumach Zuzanny Markiewicz i z efektami wizualnymi Franciszka Barcisia, można mówić o wydarzeniu artystycznym najwyższej rangi.
W monodramach są zawsze dwa wyzwania: aktorsko-artystyczne i czysto techniczne. Jak artysta/artystka ma zagospodarować całą przestrzeń sceniczną? Z reguły przy spektaklach jednoosobowych scenografia nie jest zbyt rozbudowana, więc pozostaje jedynie (tylko i aż) osoba wykonawcy/wykonawczyni.
Uważam, że Barciś znalazł klucz do „Balu w operze”! Jego monodram stoi na przeciwległym biegunie do tuwimowskiego tekstu, jeżeli chodzi o strukturę całości. U Tuwima tekst jest szarpany, jego rytm jest zmienny, całe fragmenty dalekie są od cudownych, poetyckich wierszy Tuwima. Słyszałem kiedyś nawet niezbyt podobające mi się określenie (ale przyznaję, że bardzo trafne), że „jest taki patchworkowy!”.
Barciś oferuje widzom spektakl niesamowicie zwarty, przemyślany w najdrobniejszym szczególe, gdzie on sam jest częścią większej całości, na którą składają się: fantastyczna muzyka Jerzego Satanowskiego; rewelacyjnie funkcjonalna, rzucająca się w oczy, ale nie przytłaczająca scenografia zaprojektowana przez Wojciecha Stefaniaka; znakomite kostiumy zaproponowane przez Zuzannę Markiewicz. W tym przypadku używam liczby mnogiej, bo chociaż jest to monodram, w którym Barciś nie przebiera się, ale są jeszcze inne postacie (kukły) w utrzymanych w konwencji strojach. Do tego dochodzą znakomicie ustawione i przez cały czas zmieniające się światła [Waldemar Zatorski] i równie znakomite, wyświetlane przez cały czas na horyzoncie i bokach sceny wizualizacje autorstwa Franciszka Barcisia. Cała ta machina teatralna działa bezbłędnie, jak jeden organizm, a moderatorem jest właśnie żywy człowiek, Artur Barciś. Dodatkowym smaczkiem jest jego strój i cała charakteryzacja przypominające ikoniczną postać popkultury, czyli Mistrza Ceremonii [oskarowa rola Joela Greya], z filmu „Kabaret”, w reżyserii Boba Fosse'a.
Wspomniałem wyżej, że „Bal w operze” jest utworem niesłychanie trudnym do wykonania. Prawdę powiedziawszy, do tej pory rzadko zdarzało mi się słyszeć lub oglądać jego wykonanie, które podobałoby mi się. Jednak u Barcisia maestria w interpretacji tego skomplikowanego poematu jest imponująca. Ale to nie wszystko, bo również jego fizyczność zaprezentowana na specjalnie skonstruowanej scenografii musi wzbudzać podziw!
A z tym związany jest jeszcze jeden smaczek wieczoru premierowego. Jest nim fakt, że umożliwienie realizacji monodramu „Balu w operze” było spełnieniem długoletniego marzenia Artura Barcisia przez szefową Teatru Polonia, Krystynę Jandę, z okazji 70. urodzin artysty! Pozazdrościć sprawności fizycznej!
Proszę Państwa! Powyżej skupiłem się na wrażeniach artystycznych, ale jeżeli komuś brakuje wątków społecznych czy politycznych, to w „Balu w operze” też je znajdzie. Jednak tego premierowego wieczoru u mnie zdecydowanie wygrał Apollo jako bóg piękna, poezji i sztuki. Grecki Ares czy rzymski Mars tego wieczoru zostali odesłani przeze mnie poza teatr. Bo tego wieczoru Teatr Polonia został wzięty we władanie przez Artura Barcisia, Jerzego Satanowskiego, Zuzannę Markiewicz, Wojciecha Stefaniaka, Franciszka Barcisia, Waldemara Zatorskiego, czyli artystów najczystszej próby, których efekt pracy dostroił się do absolutnego mistrzostwa Juliana Tuwima.
Gorąco zachęcam Państwa do delektowania się „Balem w operze”, wyreżyserowanym i zagranym przez Artura Barcisia, w Teatrze Polonia. Tym bardziej, że będą mogli Państwo zobaczyć i usłyszeć pełną wersję poematu, wraz z cytatami z „Apokalipsy świętego Jana”, odczytywanymi przez Krystynę Czubównę na początku i końcu (ten cytat Tuwim troszkę zmienił i nadał mu lekko ironiczny charakter).
PS: Po zakończeniu spektaklu, oczywiście jeszcze na scenie,Artur Barciś został uhonorowany przez ministrę kultury i dziedzictwa narodowego Martę Cienkowską Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Gratulacje!!