25 maja 2026 umarł mój dozgonny przyjaciel. Jestem tym faktem tak zszokowany, że nie mogę pozbierać myśli. A pragnę godnie go pożegnać – pisze reżyser Mieczysław Maria Drzewica Popławski y Gonzaga de Castro.
O Staszku napisano książkę i zrobiono dokumentalny film. Ale to wszystko było oficjalne. Ja zaś będę pisał o nim to, co mi serce i pamięć podpowiedzą. Dr Stanisław Rola Janicki posiadał herb po włościańskim przodku, który walcząc z Turkami pod Wiedniem, wykazał się ogromną odwagą i walecznością, za co król Jan III [Sobieski – przyp. red. e-teatr.pl] nagrodził go szlachectwem. Staszek (jego centrolewicowy praprawnuk) też taki był. Cechowała go bowiem waleczność i odwaga w całym życiu.
Wielki intelektualista, poliglota, pisarz, dziennikarz, kulturoznawca, piewca artystycznego filmu („Stare kino” w TVP), uroczy i kulturalny Polak i Europejczyk zarazem (i to w dawnym stylu), kochliwy mężczyzna (3 żony), zdolny, ceniony i sprawiedliwy reżyser filmowy. Serdeczny przyjaciel i kolega zawodowy. O którym z nich mam pisać? A przecież był to jeden „renesansowy człowiek”. „Takich już dziś nie robią” – mawiali starzy kresowiacy. Technika bowiem (a zwłaszcza elektroniczna) zabija w ludziach HUMANIZM. A on wywodzi się z uczuć, jakich maszyny nie mają.
Staszek potrafił nauczyć się języka jidysz, aby bardzo dobrze zrealizować dokumentalny film o Żydach w Polsce. Pisał też książki o światowym filmie z wybiciem kina japońskiego. Wykładał także na Uniwersytecie Warszawskim i w Katowicach. I oczywiście realizował własne filmy dokumentalne i fabularne, uczyliśmy się wtedy od siebie robienia różnych gatunkowo filmów. Ja dokumentalnych, a Staś fabularnych. Z tamtego okresu najlepiej wspominam „Kruka” (fabułę), „Chatę rozśpiewaną” (dokument), serial „Jak cudne są wspomnienia” czy „Wisłę”. Teraz wszystko mi się miesza, albowiem Staszek był w moim życiu obecny zawsze. I kiedy nagle go zabrakło, nie mogę się z tym pogodzić. I zebrać myśli w logiczny ciąg związanych z nim wspomnień. Tyle ich się przez ponad pół wieku uzbierało. I to nie tylko zawodowych.
Na przykład, z drugą żoną Stasia, śp. Ewą i jego synem Maćkiem (dziś historykiem sztuki) i moją śp. żoną Anią jeździliśmy razem na wakacje do wiejskiego domu pp. Janickich, leżącego pod Kielcami. Tam delektowaliśmy się cudowną przyrodą i Staszkowym miodem. Wypasając owieczki, wymyślaliśmy nowe scenariusze teatralne i filmowe, np. serialu „Orły na sarkofagu" (czyli opowieści o królu Henryku Probusie). Większości dat już nie pamiętam, bo i wiek nie po temu. Ale wiem, że przed laty (przy realizacji filmu „Wisła” dla Francuzów) wydumaliśmy scenariusz nowej wersji filmowej „Strasznego dworu” Stanisława Moniuszki, którą ja (jako znawca opery) miałem reżyserować. „Juvenalia w Krakowie”, które nadeszły później, doprowadziły do poznania Stasiowej przyszłej drugiej żony – Ewy. A potem było bardzo dobre życie rodzinne pp. Janickich. Pojawił się ogromnie zdolny potomek i niestety również nieuleczalna choroba Ewy i jej śmierć.
Staś długo był samotny i całkowicie oddał się wychowaniu syna i pracy zawodowej. Po odejściu zaś z telewizji przeniósł się do Bielska-Białej (czyli wrócił do swoich korzeni). Pisał, robił filmy, nagrywał audycje radiowe i wykładał kierunki filmowe. Aż któregoś dnia zakochał się po raz ostatni w pięknej i młodszej od siebie Eli. I ożenił się z nią. Dorosły syn bowiem został w Warszawie i miał już własne życie. Z przeuroczą i bardzo opiekuńczą trzecią żoną Staszkową przyjaźnimy się także. I jesteśmy w stałym kontakcie. ona zaś kochała i pielęgnowała do końca 92-letniego i mocno słabnącego męża. A on pracował intelektualnie aż do śmierci. Nagrywał bowiem dla Radia Classic audycje pt. „Odeon Stanisława Janickiego”. W jednej z nich przepięknie zacytował fragment mej książki pt. „Mój rodzinny Straszny dwór”. W innej przypomniał znakomitą pracę filmową mojej śp. żony Ani. Taki właśnie był. Doceniał zawsze zawodową maestrię, a dopiero potem uczucia. Kochałem go za to. Bo tak też mawiał mój ojciec reżyser i pedagog Adolf Drzewica Popławski: „Sztuka musi być pierwsza przed wszystkim innym”.
Staszek był arianinem. I może dlatego napisał sztukę teatralną „Iskra we mgle” (czyli opowieść o arianach w Polsce za czasów Władysława IV Wazy). Premiera miała miejsce w Legnicy w latach 80. Ale do TVP nie udało się jej wprowadzić, tak jak „Strasznego dworu” oraz „Orłów na sarkofagu”. Za dużo było w nich piękna i prawdy o Pierwszej Rzeczypospolitej (jak na ówczesne czasy). W telewizji także, kiedy walczyliśmy wraz z kolegami dziennikarzami o stałą audycję dla ludzi niepełnosprawnych (co trwało wiele lat) – Staś nas zawsze popierał. W końcu się udało i mój film „Rzeźbiarze powietrza” (z Olsztyńską Pantomimą Głuchych) otworzył tę audycję. A następnego dnia ogłoszono stan wojenny (resztę pamiętamy). Staszek napisał cudowną recenzję z tego filmu. Zawsze też angażował się w osobiste losy ludzi kina. Do legendy przeszły jego poszukiwania miejsca śmierci Eugeniusza Bodo (wbrew wielu wersjom tego smutnego wydarzenia). Staś je znalazł w ZSRR, w dawnym łagrze sowieckim w Kotłasie, gdzie wielki aktor umarł z głodu, chorób i wycieńczenia (jako pseudo szpieg szwajcarsko-niemiecki). Mój przyjaciel zrobił o tym film dokumentalny „Za winy niepopełnione”. A kiedy Staszek dowiedział się, że na stare lata zacząłem poważnie chorować na nowotwór, to natychmiast zaproponował wszelką pomoc. Pomimo dzielącej nas odległości. On w Bielsku-Białej, a ja w Warszawie. Sam słabował. Miał 91 lat. I chciał jeszcze mnie pomagać. „Takich już dziś naprawdę nie robią” – tak w 100% stwierdziłby ukochany nasz profesor filmoznawca i kresowy ułan zarazem – Aleksander Jackiewicz.
Tyle podpowiedziało mi serce i pamięć. Na koniec dodam jeszcze, iż dr Stanisław Janicki – laureat Złotego Ekranu i kawaler Orderu Gloria Artis oraz wielu innych nagród – był znawcą dobrych trunków i wybornego jedzenia. Kochał moją staropolską i kresową kuchnię. A głównie wszelkie pierogi z kołdunami na czele oraz bliny, barszcze ukraińskie i żury a takoż huzarskie pieczenie i mięsne kulebiaki. Wiedział bowiem, że bycie intelektualistą i artystą wymaga pysznego i wykwintnego stołu. Sądzę, że spotkamy się niebawem (z żonami również) i setnie pojemy po naszemu. I potem znowu staniemy za kamerą. Tym razem „niebiańską”. A na razie, Staszku, serwus, pa! Twój coraz bardziej samotny przyjaciel.