Logo
Recenzje

O wstawaniu wcześniej

13.01.2026, 12:37 Wersja do druku

„Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty” Pawła Demirskiego w reż. Pameli Leończyk w Teatrze im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. Pisze Dominik Gac, przewodniczący Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. 

fot. Tobiasz Papuczys

Był czas, gdy w Wałbrzychu wydobywano węgiel. Był też czas, gdy w Wałbrzychu wykuwano nowy polski teatr. W prowincjonalnym, dotkliwie poszkodowanym przez transformację mieście pracowali twórcy, którzy za chwilę mieli nadać ton najważniejszym scenom w kraju. Wśród nich Paweł Demirski i Monika Strzępka. Jednym z najistotniejszych osiągnięć duetu i największych sukcesów wałbrzyskiej sceny tamtego czasu był spektakl „Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty” z 2008 roku. Dziś tekst Demirskiego wraca na scenę Teatru im. Jerzego Szaniawskiego, wystawiony przez reżyserkę reprezentującą kolejne pokolenie i inną wrażliwość.

„Spektakl Pameli Leończyk nie pyta o transformację i upadłe kopalnie, ale moment, w którym jesteśmy teraz. O turbokapitalizm, który po nas przejeżdża jak walec, o nierówności społeczne, wykluczenie ekonomiczne” – czytam na stronie teatru. Polska się zmieniła i Wałbrzych się zmienił, ale nie do końca. Bo to nigdy nie dzieje się do końca. Wystarczy popatrzeć na słynny hotel Sudety, zamknięty cztery lata przed prapremierą „Diamentów” Upiorna bryła do dziś nadaje ton części miasta. Teatr dla odmiany wyremontowano, ale do zamkniętych kopalni dołączyły fabryki porcelany (ostatnia padła w 2023 roku). Jednocześnie w Wałbrzychu, jak wszędzie w Polsce, nie brakuje beneficjentów przełomu wieków. Można ich spotkać we włoskiej restauracji vis a vis teatru, gdzie popijają kraftowym piwem pizze i makarony. Ale na zewnątrz wciąż wałęsają się poszkodowani, co to tłumią pretensje do całego świata. A przecież nikt im sukcesu nie zabronił. Trzeba było wziąć i odnieść.

Rozgoryczenie narracją o kowalu, co to los swój wykuł (ale nie wiadomo skąd wziął kuźnię) nie jest wyłącznie udziałem osób, które nie zdołały dostroić się do nowego systemu – jak główny bohater  „Diamentów”, grany przez Rafała Kosowskiego Wujaszek – ale także ludzi, którzy w kapitalizmie wyrośli. Pokolenie Leończyk ma własne powody, żeby nie pałać miłością do Profesora, który uśmiecha się serdecznie z umieszczonego w centralnym punkcie sceny zdjęcia. Nie wiem, czyja to twarz, ale w Profesorze mieszczą się zarówno Leszek Balcerowicz, jak i dbający o jego dziedzictwo apostołowie neoliberalizmu ze skromniejszymi tytułami naukowymi (od Ryszarda Petru po Sławomira Mentzena).

U Demirskiego Profesor jest ojcem transformacji, a przy okazji krewnym bądź znajomym bohaterów sztuki, którzy wyczekują jego odwiedzin w tym dziwnym domu, gdzie rozgrywa się akcja. Wszyscy (poza Wujaszkiem) żywią wobec Profesora uczucia raczej ciepłe. Nawet jeśli zmiany nie poprawiły ich życia, to też go nie zrujnowały, a poza tym nie ma o czym gadać. Kapitalizm to żywioł. Z powodzią też byście dyskutowali? Zalało to zalało. Trzeba było postawić miasto gdzie indziej, a w ogóle to zawsze zalewa. Siedzi więc ta cokolwiek rozkrzyczana, ale przecież sympatyczna piątka przy okrągłym stoliku, albo wbiega i wybiega do umieszczonego na podwyższeniu kibla (scenografia Magda Mucha). Co ten wychodek-tron oznacza tego nie wiem, ale już przekrzywione, okulałe krzesła, kręcące się na mini-obrotówce wraz ze wspomnianym stołem, to wymowna metafora przetrąconych losów.

Profesor nie przyjeżdża, bo nie żyje. I to od dawna. Wyjawienie tej tajemnicy podkreśla absurd działań Wujaszka – transformacyjnego przegrywa, który od lat próbuje zemścić się na architekcie swojej krzywdy. „Chcę zastrzelić człowieka który chciałby zamknąć miasto w którym mieszkam bo to miasto jest nieopłacalne” – mówi. Moment, w którym dowiadujemy się o śmierci Profesora, byłby wspaniałym finałem przedstawienia. Ale twórcy mają jeszcze całe mnóstwo pomysłów. Na przykład sztucznego konia, na którego można posadzić aktorkę, co bardzo jest spektakularne.

Niekonieczne atrakcje inscenizacyjne to jedno, fabularny bałagan, który zaczyna panować po wspomnianym objawieniu Wujaszkowi, że jego antagonista trupem – to drugie, ale najważniejsze jest co innego. Wujaszek nie jest u Leończyk reliktem minionego świata, lecz patronem kolejnego pokolenia. Komiczna furia, w którą co jakiś czas wpada Kosowski, jednocześnie bawi i przejmuje. Kontruje bowiem ten smutny spokój, którym bohater wyróżnia się spośród farsowo rozkrzyczanej kompanii. Czujemy, że ten złamany facet ma nie tylko rację, ale także dość siły, aby się buntować. Choćby beznadziejnie. Demirski swoich bohaterów wziął z Czechowa, czyniąc z gry z Wujaszkiem Wanią napęd własnej farsowej maszyny. Leończyk lekko ją stuningowała. Tielegin Wojciecha Kozaka zyskał queerowy rys, Astrow grany przez Mateusza Flisa okazał się niespełnionym komikiem, który prezentuje krótki stand-up z czerstwymi żartami i na dobitkę śpiewa piosenkę Zenka Martyniuka.

Aktualizacja ograniczona do obyczajowości i dowcipów o (nie)graniu rosyjskiej literatury, byłaby jednak na nic. Nie chodzi przecież o to, co dziś bawi, ale o to, co nadal złości. Tu bez zaskoczeń: niesprawiedliwość. W pokoleniu reżyserki nierówności społeczne widać przede wszystkim w dostępie do rynku mieszkaniowego. Ważnym punktem intrygi w  „Diamentach” jest własność domu, w którym rozgrywa się akcja, ale deweloperka ostatecznie istnieje gdzieś na marginesie całości.

I to chyba największy problem wałbrzyskiego przedstawienia. Tekst Demirskiego z jednej strony pozostaje blisko rzeczywistości, a z drugiej, tam w lewym górnym rogu, już się odkleił i opada. Reżyserka próbuje go przykleić z powrotem a jednocześnie odmalować w żywszych kolorach. Jakby nie do końca ufała, że charakterystyczna fraza dramatopisarza i jego przenikliwa krytyka społeczna wystarczą. Wątpliwości widać zwłaszcza w dopisanym finałowym monologu Wujaszka, w którym ten jako remedium proponuje przyjacielsko-sąsiedzko-familijną utopię przy bananowym chlebku i kimchi. No bo przecież nie przy drożdżowym cieście czy bigosie. Krytyka późnego kapitalizmu okazuje się ostatecznie jeszcze jedną opowieścią o pragnieniu awansu społecznego. Nikt tu nie chce wywracać drabiny, tylko wspinać się wyżej i wyżej, owijając szczeble pluszem. Co stoi w pewnej sprzeczności z wnioskami, które chwile wcześniej przynosi nam historia Soni granej przez Irenę Sierakowską.

Bohaterka późny kapitalizm lubi i szanuje. Wyjechawszy do wielkiego miasta zdołała się zaadaptować, choć nie było łatwo. Mierzyć się ze wstydem i kompleksami nigdy nie jest łatwo. Pułapką nie są dziś już krewetki, które Sonia jadła u Strzępki, ale małże. Grunt, że zamawiane w warszawskiej restauracji nie wtedy, kiedy trzeba i jedzone nie tak jak należy. Głód wielkiego świata odbija się kwaśnym upokorzeniem. Sonia swoje przełknęła i wraca do rodzinnego miasteczka jako zwyciężczyni. Ma plan. Jaki? Sprytny. Tyle, że plan nie wypala. Zupełnie jak w przypadku Wujaszka, do którego ostatecznie okazuje się podobna. Obydwoje zostali oszukani. Ich przyszłość poświęcono w imię cudzych interesów. Ponieważ w tym świecie, który budzi sprzeciw Demirskiego i Leończyk nie ma nic ponad interesy. A w interesach są zyski i straty. Tak się dziwnie składa, że zyskuje ten, kto już na początku miał więcej. Kapitału lub władzy. O ile jest między nimi jakakolwiek różnica.

Czy  „Diamenty mają dziś tę samą siłę, co przed laty? Nie wiem, w 2008 roku teatr nic mnie nie obchodził. Ale arcydzielny tytuł dramatu wciąż skutecznie obnaża kłamstwo założycielskie III RP. Jego obecny wariant brzmi jakoś tak: wstawaj wcześniej i nie pij kawy na mieście, a stać cię będzie na mieszkanie, w którym będziesz oglądał seriale i spłacał kredyt – długo i szczęśliwie. Pokolenie reżyserki dobrze wie, że to profesorska ściema, ale nie bardzo ma pomysł, co z tym zrobić. Bananowy chlebek? Nie pomoże, ale przynajmniej smaczny.

Źródło:

Materiał własny

Autor:

Dominik Gac

Wątki tematyczne

Sprawdź także