EN
4.10.2022, 16:17 Wersja do druku

O tragedii, która zmienia kurs życia

Już 22 października 2022 roku Scena Polska Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie wystawi prapremierę polską „Krzywego kościoła” – teatralną adaptację pierwszego tomu bestselleru Karin Lednickiej o tym samym tytule. Za dramatyzację utworu odpowiada Renata Putzlacher, zaś reżyserii podjął się Radovan Lipus.

fot. Karin Dziadek / mat. teatru

Do Teatru Cieszyńskiego wracacie po blisko dwudziestu latach przerwy. Realizowany przez Was spektakl „Těšínské niebo – Cieszyńskie nebe” miał premierę wiosną 2004 roku. Co tu zmieniło się od tego czasu?

Radovan Lipus: „Těšínské niebo...” było dla mnie wyjątkowym projektem. Z obecnej perspektywy mogę już przyznać, że to przedstawienie jest wśród „top five” moich najważniejszych przedsięwzięć. Natomiast jeśli chodzi o wpływ spektaklu na rzeczywistość, to przedstawienie zdecydowanie jest na miejscu pierwszym. „Těšínské niebo...” zainicjowało odbudowanie Kawiarni Avion w Czeskim Cieszynie, sprowokowało mieszkańców do przypomnienia sobie o cieszyńskim tramwaju, wskazało zupełnie nowe kierunki polsko-czeskiej współpracy, w tym pracy artystycznej. Oczywiście, to też zasługa dawniejszej pracy Renaty Putzlacher i Jarka Nohavicy. Już nigdy później nie zrobiłem przedstawienia, które obejrzałoby tak wielu różnych ludzi w tylu miastach, a nawet państwach. „Těšínské niebo...” to dla mnie nie tylko spektakl – to jest podarunek i cud, a ten, jak wiadomo, „raz na sto lat się zdarza”.

Co tu się zmieniło? Zmieniła się obsada obu zespołów Teatru Cieszyńskiego, zmienił się dyrektor, ale zmieniła się także rzeczywistość poza teatrem. W 2004 roku byliśmy pełni marzeń i nadziei w kontekście znikających granic i wejścia do strefy Schengen. Mosty miały złączyć Cieszyn i Czeski Cieszyn, znikały budynki służb celnych, a my to obserwowaliśmy i myśleliśmy z entuzjazmem: „Teraz znów będziemy jednym dużym organizmem!”. A potem to uniesienie pomału gasło, ustępując miejsca rozczarowaniu... Następnie przyszła pandemia, wojna na Ukrainie, kolejne, także lokalne, spory.

Bardzo cieszę się, że mogłem wrócić do Teatru Cieszyńskiego i przygotować „Krzywy kościół”, doceniam także fakt, iż mogę pracować z polskim zespołem, w języku polskim, co jest dla mnie nowością i wyzwaniem. Jednak idealna sytuacja byłaby wtedy, gdyby Scena Czeska przygotowała adaptację pierwszego tomu powieści Karin Lednickiej, zaś Scena Polska podjęła się realizacji jej drugiego tomu. Niestety, już widzimy, że taki rodzaj symbolicznego komunikatu w Teatrze Cieszyńskim nie udał się. Szkoda, ponieważ o tych bolesnych zdarzeniach historycznych dla Polaków i Czechów (m.in. roku 1918 i 1938) Karin Lednicka pisze w sposób prosty i uczciwy, a przy tym ma ogromną wiedzę i jest obiektywna – nie stoi po żadnej ze stron.

Niemniej czeski zespół podjął się adaptacji pierwszego tomu „Krzywego kościoła”. Wiosną tego roku prapremiera czeska odbyła się w sąsiedzkiej placówce – Teatrze Petra Bezruče w Ostrawie. Chociaż w kwestii tej symboliki oczywiście zgadzam się z Tobą, że to co innego – już inny teatr oraz inna sytuacja.

Renato, przypomnisz jak zrodził się pomysł „Těšínského nieba...”?

Renata Putzlacher: Ja mam inną sytuację niż Radovan – nie wracam do Czeskiego Cieszyna, bo nigdy z niego na dobre nie wyjechałam. Mieszkam i pracuję w dwóch miastach – Czeskim Cieszynie i Brnie. Nie umiałabym żyć tylko w Czeskim Cieszynie, a Brno daje mi dystans.

„Těšínské niebo...” powstało właśnie dzięki temu dystansowi. Lata 90. ubiegłego wieku były rozbuchane, były to lata wszelkich możliwości. O czym człowiek zamarzył, to spełniało się. Stąd z inicjatywy ówczesnego dyrektora Teatru Cieszyńskiego Ladislava Slívy powstała inicjatywa „Kawiarnia Avion, której nie ma”. Jako ówczesna kierowniczka literacka Sceny Polskiej usłyszałam: „Zróbcie jakiś kabaret, program artystyczny, żeby nie działo się tylko na Dużej Scenie, ale również w teatralnym klubie”. Zaczęłam szperać w archiwach, w opracowaniach typu „Czeski Cieszyn na starych fotografiach” znalazłam wiele wzmianek o cieszyńskim tramwaju kursującym po Cieszynie w latach 1911–1921, przez przypadek w szufladzie mojego dziadka odnalazłam pocztówkę, na której był przedwojenny gmach Kawiarni Avion. Równolegle zgłosił chęć udziału w tych kameralnych programach Jarek Nohavica, który wtedy mieszkał jeszcze w Czeskim Cieszynie i poza piosenkami, w których śpiewał o naszym mieście, miał też w szufladzie wiele skeczy kabaretowych.

W 1993 roku wydałam tomik „Ziemia albo – albo” zbierający wiersze napisane po roku 89’. Jeden z egzemplarzy tego zbiorku wręczyłam Nohavicy i pamiętam, że mój wiersz „Divertimento cieszyńskie” tak go zafascynował, że stał się potem inspiracją dla jego znanej piosenki „Těšínská”. Wkrótce minie 30 lat od napisania tego wiersza, a on znowu do mnie wraca przy okazji realizowania kolejnego przedstawienia w Teatrze Cieszyńskim – „Krzywego kościoła”. Zainspirowana utworem „Divertimento litewskie” Josifa Brodskiego napisałam w nim: „Urodzić się tu przed stu laty / w czas katastrofy kopalnianej, / gdy stary Szczyrba, Hiob na raty / stracił swych synów w piekle alej.”. W 1894 roku doszło w Karwinie do katastrofy górniczej, w wyniku której zginęło 235 górników, a zatem wiersz wydany w 1993 roku powstał praktycznie na stulecie. Co ciekawe, katastrofa miała miejsce 14 czerwca, ja urodziłam się 15 czerwca, a Radovan Lipus – 12 czerwca… A trylogia Karin Lednickiej bierze początek od tamtej tragedii górników i ich rodzin.

W 2002 roku do Czeskiego Cieszyna przyjechał Radovan Lipus, który kręcił dokumentalny film telewizyjny o „szumnym Cieszynie”. Poznaliśmy się, gdy zgłosił się do mnie, poszukując informacji o przedwojennej Kawiarni Avion przy Moście Przyjaźni. Zaczęliśmy ze sobą korespondować, zdając sobie sprawę, jak wiele nas łączy i ile podobnych tematów podejmowaliśmy wcześniej na własną rękę. Niedługo potem Nohavica wydał legendarną płytę „Dziwne stulecie”, miał dużo koncertów, przeniósł się do Ostrawy, a ja jako scenarzystka razem z muzykiem Zbigniewem Siwkiem i aktorami Teatru Cieszyńskiego przygotowałam blisko 50 programów artystycznych w ramach „Kawiarni Avion, której nie ma” nie tylko dla grona miejscowych pasjonatów, bo przedstawiliśmy je również w Pradze i Brnie. Wkrótce pomyślałam, że tych tematów dotyczących Cieszyna jest tak wiele, że może moglibyśmy je zebrać w ramach jednego przedstawienia. Tak zrodziła się idea napisania scenariusza „Těšínské niebo...”. Był to czas nadziei, ekscytacji, po prostu coś było w powietrzu. Zresztą teraz w przypadku pracy nad prapremierą polską powieści Karin Lednickiej czuję, że jest podobnie...

„Krzywy kościół” został wydany w 2020 roku. Wybuchła pandemia. Było dużo czasu na czytanie, samotne wędrówki, refleksje... Jakie były Wasze przemyślenia zaraz po lekturze tego tekstu?

Renata Putzlacher: Dużo czasu spędzam w pociągach, kursując między Czeskim Cieszynem a Brnem. Podczas jednej z takich podróży zobaczyłam plakat reklamujący tę powieść: dwa szyby kopalni Gabriela oraz wieżę krzywego kościoła św. Piotra z Alkantary. Pomyślałam: „To książka o mojej rodzinnej Karwinie, muszę ją zdobyć!”. W Czeskim Cieszynie powieści jeszcze nie było, ale znalazłam ją w księgarni w Brnie. Był to luty 2020 roku, a w marcu dowiedziałam się, że już nie mam po co jeździć do pracy w Brnie, bo zaczyna się lockdown. I tak jak mówisz, zostałam z tą książką sam na sam w domu, na „home office”. Oczywiście, był czas na lekturę i refleksję, ale był to też czas uruchamiania się poczty pantoflowej. Zdarzyło się coś, czego autorka nie spodziewała się – czytelnicy polecali sobie wzajemnie tę książkę, udostępniali okładkę powieści w social mediach i cytowali fragmenty. Kiedy przeczytaliśmy z mężem tę książkę, stwierdziliśmy, że zabieramy mamę i jedziemy do Karwiny na mszę do kościoła św. Piotra z Alkantary. Po nabożeństwie udaliśmy się na pobliski cmentarz, a z wieży kościelnej rozniósł się głos bijącego dzwonu. Miałam wrażenie, że gram w jakimś filmie, zaczęło się ze mną dziać to samo, co w momencie pojawienia się pomysłu na „Těšínské niebo...”. Stwierdziłam, że „Krzywy kościół” widzę na scenie teatralnej, a konkretnie w ramach repertuarowej linii regionalnej Sceny Polskiej podejmującej tematykę górniczą (po adaptacjach takich jak np. „Czarna Julka” – 1993 czy „Siedem zegarków kopidoła Joachima Rybki” – 2019). Jednak człowiek pod względem mentalnym jest wiecznym scenarzystą i jednocześnie kierownikiem literackim...

I co? Był od razu telefon do Radovana Lipusa?

Renata Putzlacher: Tak! (śmiech). Rozmawialiśmy, a Radovan powiedział, że właśnie czytają z żoną „Krzywy kościół”. Kolejnym krokiem był mail do Karin Lednickiej, która wyraziła zgodę na pracę związaną z dramatyzacją jej powieści.

Radovan Lipus: Książkę przeczytałem jednym tchem i od razu byłem pod wielkim wrażeniem. Zachwycił mnie fakt, że w dzisiejszych czasach szybkich klipów, krótkich wiadomości tekstowych, robienia wszystkiego na skróty ktoś zdecydował się na tak długą narrację. Karin Lednicka rozplanowała tę historię na trzy tomy, co moim zdaniem jest w kontrze do współczesnych trendów. Jednocześnie może właśnie dlatego ta powieść tak zarezonowała. Podobnie jak Renata od razu po lekturze zacząłem zastanawiać się, który z teatrów w regionie podniesie rękawicę i wystawi to na swojej scenie. Myślałem, że rzecz wystawi Narodowy Teatr Morawsko-Śląski w Ostrawie, bo z adaptacją teatralną tej książki wiąże się duża obsada, duża historia, wielki temat i duża przestrzeń. Jestem trochę zdziwiony, że ostatecznie „Krzywy kościół” wystawił Teatr Petra Bezruče. Tego spektaklu jeszcze nie widziałem, ale póki trwają prace nad naszym przedstawieniem, celowo go unikamy. Z oboma dotąd wydanymi tomami „Krzywego kościoła” jestem blisko już od dłuższego czasu, bo (oprócz obecnej pracy w Teatrze Cieszyńskim) razem z Janem Szymikiem przygotowałem audiobook drugiego tomu trylogii Lednickiej.

Autorka Karin Lednicka pochodzi z tego regionu, podobnie jak Wy, kierownictwo Sceny Polskiej i część aktorów, którzy zagrają w tym przedstawieniu. Czy teatralna adaptacja „Krzywego kościoła” to jest propozycja tylko dla ludzi stąd, zrozumiała tylko pod tą szerokością geograficzną? A może nie – bliska też dla innych, spoza tego kręgu kulturowego?

Radovan Lipus: Jeżeli byłby to temat tylko dla mieszkańców tego regionu, to powieść Karin Lednickiej nie rezonowałaby tak mocno na terenie całej Republiki Czeskiej. „Krzywy kościół” to obecnie bestseller. Jednak nie chodzi tu tylko o to, że książka sprzedaje się dobrze, ale też o to, iż wywołała dyskusje nie tylko między czytelnikami, ale i między krytykami. Z beletrystyką różnie bywa – czasem jest tak, że krytyka oceni ją bardzo wysoko, ale nikt tego nie chce czytać. W przypadku „Krzywego kościoła” sytuacja jest szczególna, bo wszyscy tę książkę przyjęli bardzo ciepło, nawet te osoby, które dotąd nie wiedziały, że istniała jakaś Karwina.

Renata Putzlacher: Fajne jest również to, że książkę polecają inni pisarze. Nie ma tu jakiejś zazdrości zawodowej. To przecież pierwsza książka Karin Lednickiej, która ma bogate doświadczenia w branży wydawniczej, ale jako autorka jest powieściową debiutantką.

Odnosząc się jeszcze do Twojego pytania, chciałabym podkreślić, że mogłoby się wydawać, iż skoro jesteśmy stąd, to będziemy ekspertami od tej tematyki, a tak nie jest. Może to za dużo powiedziane, ale mam wrażenie, że ten spektakl będzie taką wypowiedzią naszej generacji – ludzi urodzonych w latach 60. i nieco później.

Starsi pamiętają dawną Karwinę, na przykład pochodzący z niej Jan Monczka, który sam zgłosił się do występu w tym przedstawieniu. Podczas jubileuszu 75-lecia Sceny Polskiej podszedł do nas skromnie i zapytał, czy przydałaby się jego pomoc przy „Krzywym kościele”. Wymyśliłam dla niego rolę narratora – ducha Karwiny, bo to jest spektakl, który bazuje na dużych kobiecych rolach, a szkoda jego aktorskiego potencjału, żeby tylko na chwilę wszedł na scenę i zaraz z niej zszedł.

Generacja Jasia Monczki jeszcze bawiła się w niszczejących zabudowaniach dawnej Karwiny, a generacja Karin, Radovana i moja znała to już tylko z opowieści dziadków, rodziców czy znajomych górników. Ja pochodzę z rodziny, w której nie ma ani jednego górnika. W Karwinie urodziłam się przez przypadek, bo moja rodzina mieszka blisko sto lat w Cieszynie. Jednak po latach stwierdziłam, że Karin Lednicka pozwoliła mi wrócić do miejsca urodzenia i poczułam dumę, że stamtąd pochodzę. W podobny sposób historie swoich miejsc pochodzenia musieli odkrywać inni pisarze generacji lat 60., odkrywcy „zapadających się w przestrzeń Atlantyd ich prywatnych ojczyzn”.

Kiedy przeczytałam „Krzywy kościół”, nagle odtworzyła mi się w głowie wirtualna mapa dawnej Karwiny, a że na skrzydełku okładki tej książki jest taka podstawowa mapa, to zaczęłam ją poszerzać na osobnej kartce. Dorysowywałam miejsca, które mnie interesują, które zapamiętałam. Oczywiście, na mapie powieści Karin jest dom Matuszków i karczma starej Mokroszki, a nie ma innych miejsc, które rzecz jasna istniały, ale pisarka nie była w stanie opisać wszystkiego. Z tego zrodziły się nieporozumienia, bo niektórzy nie potrafią tego zrozumieć, że beletrystyka rządzi się innymi prawami niż naukowe książki historyczne. Ja nie wiem, czy to jest niezrozumienie czy szukanie dziury w całym, ale czasem z podobnie niesprawiedliwą krytyką spotkaliśmy się przy „Těšínském niebie...” – zarzucano nam, że niektóre tematy przemilczeliśmy, że skoro mówimy o podziale Cieszyna w 1920 roku (wtedy postanowiono zlikwidować komunikację tramwajową), to dlaczego nie poruszyliśmy wydarzeń z 1938 roku, że trzeba teraz napisać „Těšínské niebo... 2”. Odpowiadałam miejscowym krytykom, żeby sami napisali, na przykład „Těšínské piekło”, bo tamten spektakl miał być po prostu „sentymentalnym rajdem tramwajowym” (taki był podtytuł „Nieba”), uniwersalną rzeczą o nadziei.

Chciałabym teraz zapytać o uniwersalne kody komunikacyjne. Co w przedstawieniu „Krzywy kościół” ma być zrozumiałe bez względu na pochodzenie i wiek widza?

Renata Putzlacher: Dla mnie najważniejsza jest tu nowa, kobieca perspektywa. Oglądamy tę historię przez pryzmat losów kobiet – wdów i sierot opuszczonych przez mężczyzn zabitych w katastrofach górniczych. Czyli nie tylko ethos górniczy, co na przykład wykorzystywał komunizm do swoich narracji. Mamy tu podobne historie, jak np. w „Czarnej Julce” Morcinka, która jednak była przygodową i dosyć pogodną powieścią dla młodzieży. Natomiast „Krzywy kościół” to powieść dla dorosłych, z wieloma uniwersalnymi historiami i motywami. Katastrofy górnicze zdarzają się nadal, śledzimy dramatyczne akcje ratownicze w mediach, niezależnie, czy pochodzimy z obszarów górniczych, czy dzieje się to na naszym kontynencie, czy też dalej.

„Krzywy kościół” zawiera tragedię rozmiaru antycznego. Widzę w tym utworze nawiązania do motywu Niobe, która skamieniała z rozpaczy i bólu. Z kolei w początkowym rozdziale pierwszego tomu, gdzie mamy katorżniczą pieszą wyprawę kobiet po sól z Karwiny do Wieliczki, zauważam aluzję do żony Lota. W „Krzywym kościele” czujemy nieustanny upływ czasu, koło szybu kopalnianego kręcąc się, odmierza dni, tygodnie, miesiące. Nasz spektakl zaczyna się od narodzin, a kończy się śmiercią. Razem z Dorotą Barovą, odpowiedzialną za muzykę do spektaklu, stworzyłyśmy song „Panta rhei”. Wśród inspiracji nie brakuje również nawiązań do górniczej literatury regionu (Gustaw Morcinek, Józef Ondrusz, zabawne górnicze powiedzonka i anegdoty, utwory muzyczne, np. poruszająca pieśń „Na Franciszce zagoreli tatulek złoty...”).

Staraliśmy się stworzyć tą teatralną opowieść za pomocą uniwersalnych motywów antycznych i biblijnych. Natomiast wątki historii pogranicza czy konfliktów czesko-polskich i polsko-czeskich nie są w pierwszym tomie trylogii Karin Lednickiej ani w naszej historii scenicznej na pierwszym miejscu.

Radovan Lipus: Tu nie chodzi o to, jakiej kto jest narodowości czy wyznania. Chodzi natomiast o ponadczasowy wymiar katastrofy, która spada nagle na różnych ludzi. To żywioł tragedii, który zawłaszcza wszystko i wszystkich.

Dzisiaj jeśli w wyniku katastrofy ginie mąż i syn, zostawiając samą kobietę w ciąży, to tą tragedią żyje cała społeczność. Oczywiście, ta kobieta nie przeprowadzi się do piwnicy w karczmie starej Mokroszki (jak to ma miejsce w „Krzywym kościele”), ale jej życie w inny sposób zostanie wywrócone do góry nogami. Są pewne mechanizmy, które nie zmieniają się. To jest spektakl o tym, jak tragedia diametralnie zmienia kurs życia ludzi i o tym, jak różnie ludzie reagują.

Bardzo ważna jest także ta kobieca perspektywa, o której wspomniała Renata. Z jednej strony mamy Barbarę, która jest człowiekiem głęboko religijnym, przyjmuje ciosy losu, jest fatalistką – mówi: „Bóg dał, Bóg wziął”. A z drugiej strony jest Julka – niezadowolona ze swojego życia, małżeństwa i szuka czegoś innego. W pewnym momencie jej życie też wali się, ale idzie dalej i w końcu udaje jej się, spełnia swoje marzenia. Człowiek zawsze ma jakąś część swojego losu w swoich rękach. Nawet w trudnych warunkach może starać się zmienić swoje życie. Także albo coś zmienimy, albo poddamy się. I to są moim zdaniem bardzo uniwersalne tematy tego przedstawienia.

Renato, co okazało się największym wyzwaniem w pracy nad tym scenariuszem?

Renata Putzlacher: Język. W czeskiej wersji pojawiają się tu i ówdzie regionalizmy, w wersji scenicznej postaci muszą jednak mówić różnymi językami, przede wszystkim po polsku, bo większość aktorów Sceny Polskiej przyszła do nas z Polski, ale także gwarą, no i trochę po czesku.

Musiałam też dokonać wyboru wątków powieściowych. Najważniejsza okazała się dla mnie historia Barbary i Julki. Konsultując się z innymi kobietami, zrozumiałam, że właściwie w każdej z nas walczy Barbara z Julką. W każdym z nas walczy też to, co dobre, z tym, co złe i finalnie chodzi o to, by wygrało to dobre. Musiałam zrezygnować z wątków ostrawskich, z kolei Teatr Petra Bezruče z Ostrawy podjął szerzej tę tematykę. Ograniczyłam też wątki galicyjskie, które pojawiają się w powieści za sprawą wyjazdu jednej z bohaterek, Franciszki. Myślę jednak, że sam powrót tej dziewczyny ze Lwowa, która mówi: „Tam już to wszystko przerabialiśmy”, jest dostatecznie wymowny. Te słowa są mocne: uzmysławiają, że kiedy sąsiedzi przestają być wobec siebie w porządku, zaczynają dziać się takie rzeczy, jakie obecnie mają miejsce za wschodnią granicą. Jestem fatalistką, dzięki tej powieści i wobec tego, co dzieje się teraz na świecie, cieszę się z każdego dnia i każdego spotkania.

Jedna z głównych bohaterek „Krzywego kościoła” mówi: „Życie jest dobre”.

Renata Putzlacher: Tak i zawsze mam ciarki, gdy to zdanie pada podczas prób. Najwspanialsze w tej pracy jest to, że nie przyszłam do teatru z ostateczną wizją dramatyzacji. Siedząc na próbach, widzę autentyczne emocje aktorów, które i mi się udzielają. Pod wpływem tych uczuć jeszcze coś dopisujemy lub skreślamy. Na początku, podczas prób czytanych, aktorzy dopiero zaznajamiali się z tekstem, ale gdy zaczynają już grać, widać emocje, wzruszenie. Widzimy z Radovanem, że rozumieją, że dociera do nich ogrom tragedii tych kobiet, całych rodzin. My też wtedy siedzimy z mokrymi oczami...

Radovanie, jak wspomniałeś, przenosisz na scenę powieściowy bestseller. To jest ułatwienie czy utrudnienie dla reżysera?

Radovan Lipus: To dla mnie kompletnie nie ma znaczenia, bo nie wyszukuję tematów teatralnych pod kątem, czy są bestsellerami czy nie. Gdyby „Krzywy kościół” był bestsellerem, ale nie dotknąłby mnie, to nie zrobiłbym tego przedstawienia.

Natomiast zauważam, że problem leży gdzie indziej. Myślę, że w Czeskim Cieszynie trudno będzie sprostać oczekiwaniom, ale nie tyle artystycznym, co politycznym. W Ostrawie nie żyją (tak, jak nad Olzą) te wątki historyczne, narodowościowe. To jest moja piąta wspólna praca artystyczna z Renatą i tylko w Cieszynie, po obu stronach rzeki, w przypadku „Těšínského nieba...” spotkaliśmy się z czymś takim, że odbiorcy próbowali ingerować w nasz zamysł artystyczny, zarzucając nam czasem nierzetelność historyczną.

Czyli znowu macie poczucie, że wstępujecie na „pole minowe”?

Renata Putzlacher: Kiedy mowa o tym „polu minowym”, zaznaczę, że na nasze próby przyniosłam Radovanowi wiersz Kazimierza Wierzyńskiego pt. „Lekcja konwersacji”. Czytamy tam: „Nie mów o Polakach i Żydach, / To pole minowe. / Nie mów o Polakach i Ukraińcach, / To pole minowe. / Nie mów o Polakach i Czechach, / To pole minowe. / Nie mów o Polakach i Litwinach, / To pole minowe. / Nie wstępuj na pole minowe, / Wylecisz w powietrze. / (...) Tak było dawniej / Tak jest teraz / I tak będzie zawsze / Póki będziemy paść się / Na łące zacietrzewionych osłów.”. My nie jesteśmy „zacietrzewionymi osłami”, jesteśmy ludźmi, którzy chcą dialogu. I teraz przychodzimy do Teatru Cieszyńskiego po latach, mądrzejsi, dojrzalsi, świadomi wielu rzeczy, na przykład kwestii przemijania, ale choć oboje jesteśmy również nauczycielami akademickimi, nie chcemy mentorować. Mamy nadzieję, że stworzymy spektakl, który zaprosi – także młodsze pokolenie – do dalszej lektury, zapoznania się z faktami dotyczącymi dawnej Karwiny.

Pytałam o przeszłość, a teraz zapytam o przyszłość. Co czeka współczesną Karwinę?

Renata Putzlacher: Jestem ostrożna w snuciu optymistycznych wizji. Ten dawny entuzjazm związany ze wstąpieniem do strefy Schengen stopniowo słabł. Potem przyszła pandemia, kóra unieważniła unijne traktaty i z dnia na dzień znów rozdzieliły nas niewidzialne i konkretne granice. Wierzę jednak w to, że życie obroni się. W cyklu przyrody jest tak, że zmarły organizm daje życie kolejnemu. Z powalonego pnia drzewa zaczynają po czasie kiełkować nowe rośliny. Dawnymi miejsko-przemysłowymi rejonami Karwiny znowu zawładnęła przyroda. A tutejsi ludzie chronią przeszłość przed zapomnieniem – sami z siebie zaczynają sprzątać cmentarze, odnawiają pamiątki i zabytki. Wierzę w to dobre w człowieku. Czyli: nie zapomnimy, nie zasypiemy, nie zrobimy tam parku rozrywki (był taki kuriozalny pomysł). Przecież to jest sanktuarium, tam pod ziemią leżą pogrzebani żywcem ludzie. Nie można tam ustawić karuzeli. Bardzo angażuje się w te sprawy Karin Lednická. Wierzę w siłę pamięci, a temu może pomóc literatura i teatr.

Radovan Lipus: Podobnie do Renaty skłaniam się w kierunku (mówiąc za Helmutem Kajzarem) „ostrożnego optymizmu”.

Rozmawiała: Małgorzata Bryl-Sikorska

Źródło:

Materiał nadesłany