EN
25.08.2022, 14:55 Wersja do druku

O Dejmku

„O Dejmku! O Dejmku! O Dejmku! Weź napisz coś o Dejmku!”. Tak właśnie co kilka dni truje mi Michał Smolis z „Raptularza” e-teatru. Mówię grzecznie Smolisowi, że ja Dejmka nie znałem, że nie grałem u Dejmka nigdy, że Dejmek jest dla mnie wielką niewiadomą, że spotkałem go tylko raz, powtarzam, raz w życiu, pod koniec XX wieku i kojarzę go głównie z przydługich i nieśmiesznych anegdot. Owszem, wiem, że jarał dużo szlugów i takie tam różne ciekawostki, ale zasadniczo Dejmek jako obiekt felietonistycznych dywagacji kompletnie mnie nie interesuje. Słowa z nim nigdy nie zamieniłem i szczerze powiedziawszy nigdy nawet nie miałem takiej potrzeby. Smolis wtedy się smuci, zwiesza głowę, pociąga nosem i przełykając łzę mówi: „no wiem, wiem… masz rację… nie naciskam… ale napisz coś o Dejmku”.

Kazimierz Dejmek, fot. Franciszek Myszkowski

No dobra. Smolis płacze, Smolis wymaga. No to o Dejmku. W skrócie Dejmek to:

1. autorytet
2. autorytet
3. super-ultra-mega-hiper autorytet

Na tym w zasadzie można skończyć każdą wypowiedź o Dejmku. Oczywiście jak się ma więcej czasu, to nie zaszkodzi dodać, że marzec ’68 i że Dziady. Możemy też wyrazić opinię, że to właśnie Dejmek poruszył tę pierwszą kostkę domina. Domina, które zmiotło Układ Warszawski i przyniosło wolność Europie Wschodniej. Każde dziecko wie, że sekwencja była następująca: Dziady-marzec-KOR-Solidarność-upadek komuny-Joanna Szczepkowska. W tym miejscu można też błysnąć refleksją, że na przykładzie Dziadów Dejmka jak na dłoni widać, że teatr potrafi odmieniać losy świata i obalać tyranie. A jeżeli się bardziej rozpędzimy to możemy po pauzie wypalić: „kto wie, kto wie… być może gdyby nie Dejmek, to dalej mielibyśmy cukier na kartki i Frasyniuka w więzieniu”.

No nie wiem co tu jeszcze więcej powiedzieć. Dejmek to figura retoryczna. Modlitwa i zaklęcie. JPII polskiego teatru. Gdyby nie fakt, że przydomek „Wielki” pochopnie przyznano ostatniemu Piastowi, to bankowo otrzymałby go Kazimierz Dejmek. Ja tu zresztą z wielkością Dejmka dyskutować nie zamierzam. Znacznie ciekawsze wydaje mi się natomiast zjawisko postdejmkowszczyzny. A konkretnie kwestia sierot po Dejmku. Bo sprawa wygląda tak, że Dejmek, jak każdy pomazaniec, miał pokaźne grono apostołów. Którzy po dziś dzień nauczają oraz głoszą. Przykładowo jak ktoś chce na próbie dodać sobie splendoru to oznajmia: „Ja jestem ze szkoły Dejmka”. Ni cholery nie wiadomo co to oznacza, ale wszyscy czują, że wypowiadającemu te słowa automatycznie należy się podziw i szacunek. „Szkoła Dejmka” uchodzi bowiem za uczelnię prestiżową, a ten kto pobierał w niej nauki, posiada coś w rodzaju międzynarodowej matury. Inną frazą, którą bardzo często szafują absolwenci szkoły Dejmka jest zdanie: „Za Dejmka to było nie do pomyślenia”. Tu z grubsza chodzi o to, że za Dejmka było git i wszystko grało, a teraz jest do bani i nic nie gra. A wszystko dlatego, że wraz z odejściem Kazimierza Dejmka nastąpił upadek obyczajów. Wszystkich. Póki Dejmek żył to obyczaje miały się świetnie, a jak umarł to upadły. W tym ujęciu Dejmek jawi nam się jako ktoś w rodzaju mistrza Yody i strażnika pradawnego kodeksu. Kodeksu, którego nikt dziś nie przestrzega. Za Dejmka każdy znał swoje miejsce i na przykład nie do pomyślenia było, żeby młody aktor poprosił starszego kolegę, żeby ten się wreszcie nauczył tekstu. Za Dejmka po prostu podziwiało się starszych za sam fakt bycia starszym. W ten sposób budowało się w teatrach legendarną relację uczeń-mistrz. Istnieje na ten temat wprost niezliczona liczba anegdot. Do moich ulubionych należą opowieści o tym jak się biegało dla starych mistrzów po wódkę. Nie ma w Polsce aktora, który by przynajmniej pięćdziesiąt razy tych historii nie usłyszał. W zasadzie można na temat biegania po wódkę wydać wielotomowe dzieło i mam nadzieję, że Instytut Teatralny wreszcie się tym zajmie. Od Wybrzeża aż po Plac Szczepański młodzież latała dla starszych po alkohol i automatycznie nabywała wyjątkowych scenicznych zdolności. Kolejna sprawa, czyli: „za Dejmka nikomu to nie przeszkadzało”. Jak wiadomo, dla absolwentów szkoły Dejmka nastały teraz ciężkie czasy. Bo młodzi nie słuchają starszych. A na dodatek wszystko im przeszkadza. Więc starsi się boją. Po tyłku strach klepnąć, biust skomplementować niezręcznie, o wódce to już nawet nie wspomnę. Mistrzowie żyją w lęku i trzęsą się po nocach. Co by na to wszystko Dejmek powiedział, to ja już nie wiem. Nie znałem. Może by swoich uczniów pochwalił, może zganił, a może zabroniłby mi pisania felietonów i oznajmił, że aktor jest do grania, a dupa do srania. Nie dojdziemy. No dobra. Tyle o sierotach po Dejmku.

Aha, wspomniałem na początku, że Dejmka spotkałem raz w życiu. A było tak. W połowie lat osiemdziesiątych matka zabrała mnie i moją siostrę do Teatru Polskiego na bajkę Zaczarowana królewna. W reżyserii Dejmka właśnie. Brawurową i przerażającą kreację Huli-Babuli (czyli takiej Baby Jagi) stworzył tam Wiesław Gołas. Latał na miotle i w ogóle strasznie uprzykrzał życie królewnie. Miałem może dziesięć lat. Siostra cztery. Wychodzimy z teatru i wpadamy na parkingu na Dejmka. „No powiedzcie panu reżyserowi jak wam się podobało” – rzecze matka. Ja, jak wiecie, zawsze byłem delikatny i nieśmiały, więc zapowietrzyłem się i milczę. Trochę niezręcznie się zrobiło, aż tu nagle moja siostra, będąca wciąż pod wrażeniem Gołasa, wypala głosem pełnym trwogi: „Jak oglądałam ten teatr, to mi bardzo serce pikało…”. Dejmek zdębiał, bo chyba nie był przygotowany na tak głęboką recenzję, zsunął okulary na czubek nosa, pochylił głowę, spojrzał na nią jakby była nienormalna, chwilę milczał, po czym bardzo powoli przemówił: „A ja jak patrzę na ten teatr, to mi, kurwa, wątroba pika”. I powiem Państwu szczerze, że jak myślę o polskim teatrze, to mam bardzo podobnie.

P.S. Powyższego felietonu można używać jako szablonu. Należy zmienić kilka szczegółów, nazwisko „Dejmek” zastąpić nazwiskiem dowolnego mistrza i materiał gotowy.

Źródło:

Materiał własny