„Na Arce o ósmej” Ulricha Huba w reż. Pawła Aignera w Białostockim Teatrze Lalek. Pisze Justyna Białous w Teatrze Dla Wszystkich.
Czy Bóg może się mylić?
Spektakl „Na Arce o ósmej”, w reż. Pawła Aignera, gra z konwencją biblijną, tworząc zabawną opowieść o poszukiwaniu tożsamości i wolności jednostki.
Historia trzech pingwinów w obliczu potopu zestawia motyw biblijny z aktualną debatą społeczno-polityczną. Reżyser splata bajkę dla dzieci Ulricha Huba z licznymi odniesieniami kulturowymi — od filmowych tropów po internetowe virale — puszczając oko do millenialskiego odbiorcy.
Ten kulturowy miks bywa jednak niejednoznaczny. W warstwie dramaturgicznej spektakl momentami sprawia wrażenie chaotycznego — liczne odniesienia utrudniają uchwycenie głównej myśli i osłabiają poczucie spójności. Scenografia (Pavel Hubička) w pierwszym akcie potęguje to wrażenie, przywodząc na myśl prowizoryczny, szkolny teatr. Z czasem jednak wizualna narracja zyskuje na sile. Przeniesienie akcji na dolny pokład arki i odsłonięcie nowej scenografii stanowi wyraźny atut. Tawerniany, marynistyczny klimat znakomicie współgra z opowiadaną historią.
Najmocniejszym elementem przedstawienia pozostaje gra aktorska. Aktorzy — Łucja Grzeszczyk-Żukowska, Michał Jaroszuk i Maciej Zalewski — tworzą niezwykle sugestywne, komediowe kreacje pingwinów. To właśnie aktorstwo buduje główną oś humoru — gra czerpie z pantomimy, co dodatkowo podkreślają charakteryzacja i kostiumy.
Spektakl sięga również po konwencję musicalową. Piosenki, z zabawnymi tekstami autorstwa Piotra Klimka, zestawiono z cięższym brzmieniem muzyki tawernianej i dark bluesa. Korespondują one z opowieścią o wielodniowym dryfowaniu pingwinów w „brzuchu statku”. Pojawiają się także inspiracje muzyką sefardyjską i klezmerską, nawiązujące do starotestamentowego kontekstu. Sceny śpiewane wprowadzają kabaretowy ton, z wyraźną korzyścią dla dramaturgii całości.
Spektakl podejmuje polemikę z wizerunkiem Boga jako bytu gniewnego, kapryśnego i nieomylnego — przez stulecia zamknęliśmy się w jarzmie przekonań, które sami stworzyliśmy. Historia wielkiego potopu zostaje tu odczytana jako przyznanie się Boga do błędu. Skoro pomylił się raz, czy możemy mieć pewność, że w innych decyzjach pozostaje nieomylny? Przedstawienie z lekkością i przymrużeniem oka podważa tradycyjne narracje.
Na koniec Noe zaprasza nas do „Nowego wspaniałego świata” — tylko czy rzeczywiście jest on wspaniały, jeśli nie pozwala jednostce być sobą? Tęcza jako znak przymierza staje się symbolem przestrzeni na indywidualizm, odsuwając na bok boski porządek.
Przedstawienie, głównie za sprawą światła, muzyki i specyficznego humoru, przywodzi na myśl spektakl „Serial Killer Story” z tego samego teatru. Mroczno-ironiczny, a jednocześnie przystępny klimat sceniczny to coś, co BTL opanował wyjątkowo dobrze.
7/10