30.01.2020, 09:42 Wersja do druku

Niezrozumiała multiplikacja czyli "Tramwaj zwany pożądaniem"

"Tramwaj zwany pożądaniem "Tennessee'a Williamsa w reż. Kuby Kowalskiego w Teatrze im. Osterwy w Lublinie. Pisze Benjamin Paschalski na blogu Kulturalny Cham.

Dramaty Tennessee Williamsa w ostatnich latach, na polskich scenach, goszczą sporadycznie. Kilka lat temu przeżywały swój powrót za sprawą tłumaczeń Jacka Poniedziałka, gdy w jego reżyserii do Opola trafiła Szklana menażeria. Również w pamięci teatromanów pozostał "Tramwaj" na podstawie "Tramwaju zwanego pożądaniem" w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego z Isabelle Huppert i Andrzejem Chyrą z paryskiego Odeonu. Osobiście cenię sobie przedstawienie sprzed kilkunastu bodajże lat, gdy na deskach warszawskiego Teatru Dramatycznego występował berliński Volksbuhne z luźną adaptacją "Tramwaju..." autorstwa Franka Castorfa, zatytułowany Endstation Amerika. Reżyser osadził zdarzenia w Berlinie Wschodnim, a Stanleya Kowalskiego ubrał w koszulkę ze znakiem Solidarności. Tym samym uwspółcześniał utwór dając mu nową wymowę czasu przełomu i transformacji. Nie tak dawno ten sam tekst stał się kanwą wykonania operowego. Teatr Wielki w Łodzi sięgnął po kompozycję Andre Previna. Powstał spektakl mroczny, duszny i klaustrofobiczny. Sprawdzona ręka reżysera Macieja Prusa udowodniła, że emocje i siła tekstu, będącego kanwą libretta, to szansa na świetny kameralny dramat muzyczny. Dopomogły mu w tym mistrzowskie role aktorskie i wokalne Joanny Woś i Szymona Komasy. To jedno z niesamowitych doświadczeń muzycznych ostatnich sezonów w Polsce. Również balet odwołuje się do Williamsa. Nie tak dawno, już w tym sezonie, premierę w Hamburgu miała miejsce taneczna wersja Szklanej menażerii przygotowana przez Johna Neumeiera. To również okazał się wieki sukces, bowiem choreograf w intymny, ale również ekspresyjny sposób, przedstawił rozpad rodziny i poszukiwanie indywidualnego szczęścia.

Amerykański dramatopisarz jest mistrzem dramatu kameralnego, gdzie postaci zazębiają się między sobą tworząc węzeł zależności i niespełnienia. Z takimi nadziejami podróżowałem do Lublina na spektakl w reżyserii Kuby Kowalskiego, który na warsztat wziął "Tramwaj..." I niestety to eskapada okazała się zupełnie nieudana. Polegli wszyscy i reżyser i aktorzy i znużona, a nawet zagubiona publiczność.

Reżyser, zgodnie z literami tekstu, osadza akcję w dusznej atmosferze lata. Dosadnie symbolizuje to zaprojektowana dekoracja przez Kornelię Dzikowską. Są nią moskitiery, które wydzielają poszczególne fragmenty sceny. Falują od podmuchu wiatru, ich biel łapie światło jak promienie słońca. Dodatkowo, jak przystało na oryginalny i powiedzmy mający zakusy na nowoczesny spektakl, muzyka wykonywana jest na żywo, a uzupełniającym walorem mają być sekwencje ruchowe. Niestety nieporadne i straszliwie szkolne.

Na stacji tramwajowej "pożądanie" w Orleanie wysiada Blanche, która przyjeżdża do swojej siostry Stelli i jej męża Stanleya. Ta wizyta burzy dotychczasowy ład i spokój, który nigdy już nie powróci. Staje się pasmem nieodwracalnych zdarzeń, które wywrą piętno na wszystkich bohaterach dramatu. I gdyby Kuba Kowalski zaufał swojej intuicji sprawnego reżysera, a nie eksperymentował z multiplikacją bohaterów mógłby powstać spektakl prosty, zwięzły i klarowny. Niestety inscenizator chyba chciał zbyt dobrze. Wprowadza trzy aktorki odtwarzające rolę Blanche i tyleż samo aktorów wcielających się w postać Stanleya Kowalskiego. Obecni są oni praktycznie w każdej scenie i symbolizować mają czy też powinni - dojrzałość, siłę, fizyczność, zmysłowość a może umysłowość postaci. Mimo takiego zabiegu, który ukazuje różnorodność bohaterów - wnętrze i zewnętrze, to jednak jest to skrajna niekonsekwencja. Może i ciekawym jest, że jednego aktora osaczają trzy Blanche i na zmianę wypowiadają tekst, ale kompletnie to nic nie znaczy. Bowiem najlepiej wypadają sceny, gdzie dialoguje tylko dwójka bohaterów. Jako Blanche na plan pierwszy wysuwa się Jolanta Rychłowska, a jako Stanley Daniel Dobosz. Są jakby stworzeni do owych ról. Ona dojrzała i pewna swojej przeszłości i przemijającego życia. On wulgarny, z wąsem, zakapior i malowany macho. Pozostali odtwórcy postaci Justyna Janowska i Marta Ledwoń oraz Krzysztof Olchawa i Maciej Grubich są tylko epizodami, głosem, tłem. Ten zabieg to jeszcze jeden mankament. Ukazuje niemoc reżysera jakby nie mógł się zdecydować o czym i o kim chce opowiedzieć historię. Zagmatwany sens inscenizatora nie znajduje odzwierciedlenia na scenie. Kowalski (reżyser) również unifikuje w jedną postacie sąsiadów Kowalskich (Stellę i Stanleya) - Eunice i Steve'a. W tej roli, jako transwestyta występuje Marek Szkoda i szkoda rzeczywiście mówić o tej roli, gdyż jest powierzchowna i nijaka. Schematyczna jak z najgorszego drag queen show.

Na tym tle najlepiej wypadają postaci, które nie posiadają swojej multiplikacji. Stella Edyty Ostojak jest delikatna i subtelna. Jeszcze niedoświadczona w cierpieniu dorasta z kolejnymi minutami przedstawienia. Również Mitch Daniela Salmana to ciekawy przykład poszukującego miłości i własnej tożsamości. Te dwie role zasługują na wyróżnienie w tym gąszczu nieporadności scenicznej. Reżyser choć opowiedział całą historię od a do z to niestety zapomniał kim mają być Blanche i Stanley. A może silni, a może słabi, a może, a może I te pytania można mnożyć jak postaci w przedstawieniu lubelskim.

Szkoda, bo "Tramwaj..." to świetny tekst i czasem trzeba niewiele aby nie zniszczyć tak dobrej literatury.

Tytuł oryginalny

Niezrozumiała multiplikacja czyli "Tramwaj zwany pożądaniem" - Teatr im. J. Osterwy w Lublinie

Źródło:

www.kulturalnycham.pl

Autor:

Benjamin Paschalski

Data:

30.01.2020