„Niewyczerpany żart” Davida Fostera Wallace'a w reż. Kamila Białaszka w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Faktycznie długie.
Ten mało może zachęcający wstęp nie po to, żeby wskazać reżyserowi, gdzie można było poskracać, ale dlatego, że krzesła na Wierzbowej są niezbyt wygodne i po prostu hadko tyle wysiedzieć. Mimo to spektakl oglądało się dobrze, a to czy Wallace przewraca się w grobie czy też ma z tej inscenizacji bekę z zaświatów, jakoś mniej mnie interesuje, porównywać nie będę, bo ponad tysiącstronicowych książek nie czytam. (Czasem coś tracimy również na własne życzenie).
Najkrócej więc mówiąc – rzecz o uzależnieniach, ale raczej nie zabierałbym nastolatka do teatru, żeby się dowiedział, że ćpanie szkodzi zdrowiu, gdyż to nie do końca o tym, a może właśnie zabrałbym, żeby miał/a świadomość, że uzależnić się można od wszystkiego. Uprzedzę również, że moralitet ów jest momentami zupełnie zabawny, jestem fanem np. sceny z duchem ojca z głową w mikrofali, co jest błyskotliwym odniesieniem do tytułu powieści i spektaklu, wziętego z kolei z Hamleta, kiedy ten stoi z czaszką Yoricka itede; w każdym razie w finale nie otrzymujemy morału z wezwaniem do rozmaitych detoksów.
Zresztą finał ów wydał mi się najbardziej mętny, ale niewykluczone, że w czwartej godzinie spadła mi przyswajalność.
W dniu, gdym oglądał NŻ, p. Hugo Tarres (Hal Incadenza) został ogłoszony laureatem nagrody Nardellego, zdecydowanie zasłużenie, zagrał bowiem w tym przedstawieniu znakomitą rolę posthamletowską (sic), z bardzo trudnego zadania fantastycznie wywiązał się Hubert Łapacz (Orin Incadenza), nie można było oderwać wzroku od znakomitego Roberta Czerwińskiego (Don Gately), a – o Sławomirze Łozińskiej (Avril Incadenza) już nawet nie wspomnę.