24.11.2020, 12:13 Wersja do druku

Nie obrażać się!

„Ni z tego, ni z owego" Macieja Wojtyszki w reż. autora w Teatrze Telewizji. Pisze Andrzej Dąbrówka w portalu Teatrologia.info.

mat. Filmu Polskiego

Setna rocznica odzyskania Niepodległości nadal jest jakoś obchodzona, gdyż po samym roku 1918 nastąpiły doniosłe zdarzenia domagające się upamiętnienia w swoje stulecie. Dlatego materia przedstawienia Ni z tego, ni z owego jest dość dobrze znana: każdy z nas ma w pamięci zbiór obrazów i wiadomości o tych zdarzeniach, które sprawiły, że 11 listopada obchodzimy to święto. Niebagatelne znaczenie ma oczywiście to, że główne postacie – Roman Dmowski i Józef Piłsudski – to nazwiska nikomu nieobce. Zatem ich wybór na protagonistów sztuki był poniekąd oczywisty, choć przecież nie jedyny możliwy.

Rekonstrukcja

Dobór postaci głównych sprawia, że sztuka jest fabularyzacją zdarzeń i działań osób historycznych uczestniczących w procesach, których przebieg dość dobrze znamy. Nie ma tu zatem wiele miejsca na niespodzianki, wręcz nie może być ich za dużo, bo widzowie by głośno się sprzeciwiali. Zaś dodatkowo autora krępuje konieczność dostosowania się do szczegółowych danych historycznych i biograficznych, co wiąże się z koniecznością umieszczenia w utworze jak największej liczby znanych tekstów i powiedzonek, jakie pozostały po bohaterach. Przypomina to trochę dylematy malarza portretowego, który nie ma kłopotu z inwencją („co namalować”), ale za to wpada w tryby pewnych przymusów, narażając się łatwo na krytykę z każdej strony.

Nie będąc miłośnikiem historii najnowszej, w tym II RP, nie wychwyciłem pewnie połowy niuansów, ale przeciętny widz rozpozna najbardziej znane bon-moty Piłsudskiego – jak ten o dwóch kroplach krwi, czy o wspaniałym narodzie, ale ludziach owakich, nie licząc wykorzystanego w tytule powiedzonka „Ni z tego, ni z owego, mamy Polskę na pierwszego”.

Ponaddwudziestoletnią historię Polski sztuka prezentuje w migawkach (Wilno, Warszawa, Kijów, Lwów, Kraków oraz Tokio) pokazujących okoliczności poznania się bohaterów, ich dalsze prywatne losy i działalność. Te ciągi są wyznaczone przez kluczowe zdarzenia: zamachy i sabotaże, rewolucja, wojna i pokój 1918, na tle których dokonują się zwroty w osobistych losach bohaterów: nieszczęśliwe zakochanie Romana w Marii, zdobycie Marii przez Józefa, małżeństwo, rozłąka, inna kobieta poznana na szlaku bojowym, przypadkowe spotkania po latach.

Tematy

Sztuka porusza szereg tematów ważnych dla nowszej historii Polski, ale i nadal ją oświetlających.

Główna strategiczna oś sporu politycznego między nacjonalizmem Dmowskiego a federalizmem Piłsudskiego miała przede wszystkim znaczenie przy wyznaczaniu wizji przyszłej Polski, co wskazywało na drogi dojścia: czy przez polityczne poszerzanie autonomii Polaków w ramach państw rozbiorowych, czy przez wybicie się obszarów dawnej wielonarodowej Rzeczypospolitej na niepodległość – głównie od Rosji, nawet za cenę ograniczenia wolnej Polski do ścisłego jądra w granicach Królestwa Kongresowego.

Ten dylemat: „bić się, czy się nie bić” nie jest całkiem wygaszony, choć rozgrywa się w innych, niemilitarnych kategoriach, co widać choćby w toczących się właśnie sporach wewnątrzunijnych o budżet czy w ideologicznych przepychankach konserwatystów z frakcjami propagującymi najnowsze socjalistyczne przynęty obyczajowe.

Dwie drogi

W naszych czasach, kiedy państwa są ustabilizowane, dylematy federacyjności i unitarności są dalej rozgrywane na innej płaszczyźnie. Widzimy jak idealnie spojone państwo federacyjne, nigdy nie aspirujące do narodowej jednolitości i szczycące się swoją wielonarodowością – oto na naszych oczach podzieliło się po połowie w zupełnie innych kategoriach – politycznych i obyczajowych wartości. I podział ten – podobnej kategorii politycznej – nie kosztuje dzisiaj w USA takich setek tysięcy śmiertelnych ofiar bratobójczych walk, jakie poniosła na własne życzenie Hiszpania w latach 1936-39, ale kosztuje w inny sposób, proces zaś nie jest bynajmniej zakończony.

Choć nie brak konfliktów etnicznych (też krwawych, jak Jugosławia czy pamiętna Rwanda), to w naszym kręgu podziały idą w poprzek tożsamości narodowych, dzieląc jednolite etnicznie narody według preferencji politycznych nie mniej ostro niż to bywało przy czystkach etnicznych.

Sztuka Macieja Wojtyszki, zawiązując akcję, stawia tu dwa problemy. Dmowski chciał przeciągnąć Piłsudskiego ze ścieżki terrorystycznej na swoją stronę licząc, że zbudowanie i umocnienie polskiej „wyższej cywilizacji” pozwoli pokonać opresyjne reżimy Moskwy czy Niemiec, które jeszcze wówczas (przed 1900) nie skompromitowały na wieki swoich cywilizujących aspiracji ludobójczymi potwornościami stalinizmu i hitleryzmu. Na wieki, powiadam.

Piłsudski nie wierzy w taką pośrednią drogę, jako rewolucjonista i zamachowiec uważa, że „najprościej pobić kogoś przez to, że się go pobije”, tak jak (tu aktor markuje nagły cios w stronę Dmowskiego) nagłe uderzenie pięścią powali człowieka, nawet jeśli jest „bardziej cywilizowany”. W tej metaforze Dmowski i Piłsudski dochodzą szybko do pełnej zgody, że na taki cios zasługuje z pewnością każdy, kto zaatakuje Matkę.

Drugi problem to skuteczność akcji terrorystycznych, które można by w tej metaforze rozpoznać jako spontaniczną pomstę na sprawcach krzywd Matki. Czy jest tu jakimś sygnałem słowo „synczyzna”, które „wymyśla” Piłsudski w rozmowie z Dmowskim w wileńskiej kawiarni hotelowej, jako alternatywę dla „ojczyzny” i matki („matczyzna” to brzydkie słowo). Ten ukłon autora wobec Witolda Gombrowicza otwiera nową perspektywę. Być może rewolucyjna ścieżka Piłsudskiego–socjalisty – była tą nowością. „Ojcowie” byli wszak oficerami wojsk rozbiorowych, organizowali tajne spiski i powstania dla odzyskania ojczyzny. Synowie-socjaliści nie mieli takiego wielkiego planu militarnego, tylko małe kółka towarzyszy siejące skrytobójczy terror mający zniszczyć morale okupanta.

Obydwie ścieżki mają swoje niebezpieczeństwa. Czy dawało jakąś gwarancję hasło Dmowskiego „Polacy powinni być najmoralniejsi”? Czy dla trwałości takiego doskonałego moralnie narodu wystarczy „nie obrażać się na żadnego Polaka, choćby miał całkiem inne poglądy polityczne”? Niestety, wiemy z niedawnej historii, że unitaryzm etniczny nie gwarantuje niczego, skoro dość jednolity naród może sobie skoczyć do gardeł i wyrżnąć setki tysięcy braci (Hiszpania). Powinni o tym przykładzie pomyśleć entuzjaści „repolonizacji mediów”, którzy liczą na ustawowe uregulowanie czegoś, co może zadziałać tylko wówczas, jeśli wypływa z oddolnej samoorganizacji ludzi o wspólnych wartościach, a nie o sprawdzonych genach.

mat. Filmu Polskiego

A z drugiej strony? W najnowszej historii przeżyliśmy wiele przypadków narodów ranionych przez dziesięciolecia takimi akcjami sabotażowymi i zamachami, które na ogół nie doprowadzają do niczyjego zwycięstwa. Tak było i z Piłsudskim, bo to nie jego „synowskie” bojówki obaliły carat, po jego zaś upadku nie one zdobyły militarną przewagę, ale staromodne „ojcowskie” wojsko – jego własne Legiony (pod austriacką buławą), i Błękitna Armia skrzyknięta we Francji przez Dmowskiego.

Motywy

Nie wiem, czy słynny bon-mot Naczelnika zasługuje na celebrowanie w kontekście innym niż towarzyska pogawędka, chyba że odczytamy go jako wyraz skromności i pewną prowokację wymuszającą zaprzeczenie. Zdarza się jednak, że żartobliwe powiedzonka rzucone bez namysłu przechodzą do historii, i nie ma sensu z tym polemizować. Tak stało się w tym przypadku, być może zdanie zelektryzowało cały kraj trafiając w stan ducha Polaków, którzy obudzili się nagle w wolnej Polsce, choć większość z nich palcem nie kiwnęła w tej sprawie.

Kiedy jednak pokazujemy historię, układając jej obrazki jako kroki prowadzące do zwycięstwa – trudne i „kosztujące więcej niż dwie krople krwi”, to takim bagatelizującym zdaniem zaprzeczamy sami sobie. Ta wolna Polska nie przyszła na pstryknięcie palców nie wiadomo skąd. Wątpię, czy Dmowski po przedeptaniu całej swojej drogi, zwieńczonym pięciogodzinną mową po francusku i angielsku o polskiej historii i koniecznych granicach, tak byłby skłonny podsumować zwycięski efekt.

Prawem i obowiązkiem autora jest umieszczanie w tekście aluzji do współczesności widza. Są one nieuchronne, nawet gdyby autor ich nie planował, widz zawsze coś w tym charakterze zidentyfikuje. Subtelność sztuki pisarskiej polega na tym, aby wilcze prawo autora nie było konsumowane w mało wilczy sposób, gdy np. przeżuwane są nieświeże kodziarskie aluzje do tego, że ktoś uważa się za „pierwszy sort”.

Nie przeprowadzam metodycznej oceny zasobu motywów w trybie odnoszenia ich do czterech systemów kulturowych (polityka, religia, sztuka, nauka), z obowiązku zwrócę tylko uwagę autorowi i redaktorowi , że „wiara, nadzieja, miłość” w ostatnim monologu Marii, która rozgoryczona na obu mężczyzn odmawia im posiadania takowych (1:13:36) – to nie są „cnoty kardynalne”, ale teologiczne. Byłoby nawiasem mówiąc interesujące, czy autor tak samo by zdekonstruował naszych herosów, odmawiając im czterech cnót kardynalnych, którymi są roztropność, sprawiedliwość, męstwo i umiarkowanie.

Role

Mimo nieuchronnej epizodyczności (czas akcji to ponad 20 lat) sztuka dobrze zarysowuje najważniejsze charaktery. Obydwie główne role, bardzo dobrze obsadzone, są zróżnicowane i pogłębione.

Roman Dmowski (Dariusz Kowalski) – tradycjonalista, dobrze wychowany i wykształcony, cicho cierpiący i przez to z mniejszymi szansami na efektowność.

Józef Piłsudski (Mariusz Ostrowski) – po młodemu porywczy, potem apodyktyczny, choć bodaj bez zaślepienia („trochę nieokrzesany, ale wzbudza zaufanie”). Aktor znalazł dobrą miarę w zaznaczeniu osobliwości regionalnej wymowy, nie ulegając kresowemu stereotypowi.

Obaj mają wiele powodów, głęboko ideowych i głęboko osobistych, aby się nawzajem nie znosić i tego nie ukrywają. Niemniej zagryzając zęby i miotając klątwy, jednak proszą się nawzajem o współpracę dla dobra sprawy, dzięki czemu odnoszą sukces. Taka zgoda w istotnych sprawach dobrze owocuje w chwilach przełomu, gdy patronat zewnętrzny podejmuje decyzje na podstawie danych, jakich mu dostarczamy.

Jest doza symboliczności w charakterach obu protagonistów.

Piłsudski to typowy młody rewolucjonista, na bakier z dobrymi obyczajami („ten bigamista”), skupiony na pozbyciu się carskiego panowania i poprzestaniu na tym, bez zastanawiania się nad kształtem przyszłej Polski innym niż pewne terytorium.

Dmowski to myśliciel, planujący odzyskanie niepodległości stopniowo, nie przez porywanie się na silniejsze potęgi, ale przez działanie na dwóch poziomach: wzmacnianie świadomości narodowej u mas, i zbieranie poparcia wśród elit, także zachodnich.

Oprócz dwu kobiet, omówionych osobno, akcję urozmaica sympatyczna rola żołnierska Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego (Bartosz Turzyński), którego nie mogło zabraknąć.

Do kompletu zabrakło chyba tylko Kasztanki, która wszak towarzyszyła Komendantowi nawet w Magdeburgu!

Kobiety

Dwie żony Piłsudskiego to dwie różne osobowości. Pierwsza – Maria Juszkiewiczowa (Monika Buchowiec), która najpierw była ukochaną Romana, ale nie chciała mimo nalegań za niego wyjść, ostatecznie wybierając Józefa, ten zaś w końcu ją porzuci dla drugiej, Aleksandry Szczerbińskiej (Maria Gudejko).

Dwie kobiety, jedna umierająca w zgorzknieniu, druga z radością rodząca dziecko. Dawna i nowa Polska.

mat. Filmu Polskiego

Pierwsza odrętwiała, nieumiejąca pogodzić swych przeznaczeń (być matką – czy bojowniczką). Ogarnięta wstrętem do niewiernego kochanka, którego nie chce poślubić. Po latach zapytana przez niego „Jest Pani szczęśliwa?”, odpowiada twierdząco, choć nie bez wahania, a w następnej scenie widzimy, jak Józef – legendarny już bojówkarz i zamachowiec – zdobywa tę drugą.

Ta Druga – wojownicza, uzbrojona dosłownie od kolan po biust (Ola objuczona bronią przypiętą pod koronkami i falbankami w różnych miejscach powabnego ciała). Ona też jest metaforą: kobieta zachwycona mężczyzną daje mu uzbrojenie, żeby miał czym i po co walczyć. Nie posiada się ze szczęścia, gdy wreszcie „mamy Polskę”.

To zupełne przeciwieństwo do reakcji Marii. W końcu, nienawidząc obydwu swoich mężczyzn, oskarża ich o bezduszną żądzę władzy, która spowoduje, że „jeszcze dużo złego wyrządzą swojej ojczyźnie. Obaj. Nie wiadomo, który gorszy.” Dziwny to pomysł, aby w chwili spełnienia się marzeń kilku pokoleń, wypłaty tej nagrody za ogrom ofiar i poświęceń (sama siedziała prawie rok w Cytadeli) wygłaszać filipiki pod adresem twórców tego sukcesu, że powoduje nimi niska żądza władzy, że jeden ma „duszę dyktatora”, a drugi jest „małostkowym nacjonalistą”, podczas gdy „my kobiety” (w domyśle „lepsze od nich”?) tylko im towarzyszą, nie mogąc w nich nic zmienić.

Przedmioty

Wśród rekwizytów uwagę przyciągają laski dynamitu, przywiezione Piłsudskiemu przez kurierkę. Widać, że to nie zabawa.

Urozmaicona scenografia (Wojciech Stefaniak) i kostiumy (Zuzanna Markiewicz) współtworzą obraz epoki, dwa razy można dostrzec, że „kostium gra kostium”. Pierwszy raz, gdy Dmowski w szlacheckim stroju odrywa się od karnawałowego tańca, aby porozmawiać z Marią (której się za chwilę oświadczy spotykając się z odmową), i udziela instrukcji młodemu Piłsudskiemu, który się właśnie zjawił na balu: „Mazura tańczy się najlepiej w kontuszu, po polsku.” Dodajmy, że brzmi tam całkiem udany mazur, i polonez, a reszta oprawy muzycznej (Piotr Moss) jest już współczesna i bardziej fragmentaryczna jak ścieżka filmowa.

Już w tej początkowej scenie zasygnalizowana jest różnica między odchodzącym w przeszłość światem tradycji pielęgnowanej jeszcze przez narodową elitę, a dość niewyrobionym towarzysko przybyszem z prowincji, który wkracza na ścieżkę niewybrednego socjalisty.

Drugi przypadek to legionowy mundur Piłsudskiego, wyeksponowany monumentalnie, gdy Naczelnik zza biurka dyktuje pamiętny list do Dmowskiego z ofertą podziału zadań w przełomowych chwilach odzyskiwania niepodległości (tekst autentyczny). To najlepszy epizod w tej zróżnicowanej roli, która pokazała, jak z partyjnego bojówkarza potrafi wyrosnąć wielki mąż stanu.

Technika dramatyczna

Sztuka i reżyseria nie ulegają pokusom filmowości. Oszczędna obsada (tych kelnerów można było sobie darować), nieciągła epizodyczna akcja, wydajna sceniczna oprawa wyrażająca dalekie zmiany miejsc i ich osobliwości.

Bardzo udany jest zabieg dialogu toczonego w finałowych scenach przez osoby będące w różnych miejscach (od 1:08:45). Znamy to z filmowej konwencji pokazywania rozmów telefonicznych, ale tu nie dzieli się ekranu na dwie połowy, tylko daje cały ekran osobie mówiącej w danym momencie. Ten telewizyjny chwyt, szybkie cięcia, to swoisty odpowiednik scenicznej stychomytii. Zarazem to ładna wizualna metafora o większym zasięgu: nigdy nie jesteśmy razem z kim trzeba w jednym miejscu historii, ale bywa, że nasze czasy się przecinają i możemy coś razem postanowić.

Tytuł oryginalny

Nie obrażać się!

Źródło:

Teatrologia.pl

Link do źródła

Autor:

Andrzej Dąbrówka

Data:

18.11.2020