EN
21.09.2022, 16:27 Wersja do druku

Nie ma węgla, nie ma nic?

fot. Przemysław Jendroska / mat. teatru

„Węgla nie ma” Przemysława Pilarskiego w reż. Jacka Jabrzyka w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Małgorzata Pabian z Nowej Siły Krytycznej.

Kuriozalny sen czy wyolbrzymiona wizja nadciągającej apokalipsy? Trudno stwierdzić, czym jest „Węgla nie ma” w reżyserii Jacka Jabrzyka, według scenariusza Przemysława Pilarskiego. Ten jakże aktualny i prowokacyjny tytuł to splot onirycznych zdarzeń, które luźno łączą się ze sobą i prowadzą do nieoczekiwanego rozwiązania.

Główny bohater to Edward/Edzio – prywatny detektyw z Sosnowca, który otrzymuje nietypowe zlecenie. Kazimierz Juliusz (kimkolwiek tenże bohater jest, poza tym, że jego tożsamość to oczywiste nawiązanie do sosnowieckiej kopalni o tej samej nazwie) oczekuje, że Edzio odnajdzie Ślązaków. Ci bowiem nieoczekiwanie zniknęli pod wpływem ataku zmutowanych orek (te z kolei nie wyglądają jak morskie stworzenia, ale jak potwory, przypominające robactwo), a terytorium Śląska spowija tajemnicza mgła. To punkt wyjścia rodem z filmu grozy lub postapokalipsy, ale w tej historii więcej jednak humoru niż realnego strachu.

Bieżąca problematyka – czyli brak węgla – stała się dla twórców punktem wyjścia do postawienia pytania: jaki będzie Śląsk, gdy zabraknie mu kulturowego spoiwa w postaci czarnego surowca? Czy wówczas faktycznie mieszkańcy regionu przestaną istnieć, bo zniknie ich fundament tożsamości? A dodatkowo – jakie będzie sąsiednie Zagłębie, skoro utraci symbolicznego wroga, z którym kontrastowo się zestawia? Dwie strony Brynicy to już bardziej konstrukt społeczny niż realna różnica, zwłaszcza że i Śląsk, i Zagłębie oparte były na podobnych podstawach: hutach, fabrykach i kopalniach, które spajały te dwa regiony. Dzieli je już wyłącznie dialekt śląski, nieobecny w Zagłębiu Dąbrowskim, ale i ten wydaje się zrozumiały dla Edzia, który przemierza opustoszałe Katowice. Bohater spotyka tam Polę – milczącą dziewczynę, która zaczyna podążać za detektywem, choć ani on, ani widz nie ma możliwości dowiedzieć się, kim jest bohaterka i jaka jest jej rola w historii. Pewne jest tylko jedno: ten duet przeżyje rozmaite perypetie, spośród których trudno odróżnić jawę od snu.

Przestrzeń jest bardzo minimalistyczna – w większości scen tło stanowi kilka białych kurtyn, odsłanianych i zsuwanych, co odkrywa kolejne plany zdarzeń lub nadaje dynamiki poszczególnym epizodom. Takie rozwiązanie koresponduje z miejscem akcji, które narratorka przedstawia jako „nic”. Tylko czasami scenografia przybiera konkretniejsze kształty – raz z sufitu zjeżdżają abstrakcyjne rośliny, które porosły zniszczony Śląsk, innym razem widzimy neon przedstawiający zachód słońca nad katowicką Rawą (w scenie, gdy bezimienna kobieta śpiewa polską wersję piosenki „La isla bonita”).

fot. Przemysław Jendroska/mat. teatru

Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie wspomnianej narratorki – Mirosława Żak czyta didaskalia, a także część dialogów oraz onomatopeje. Na początku spektaklu wprowadza widza w sytuację, opisuje scenografię i okoliczności akcji, a następnie wychodzi ze swojego stanowiska przy boku sceny, gdzie siedzi przy biurku i małej lampce, i kręci się po scenie, przynosząc rekwizyty, pomagając przebierać się aktorom, czasem wypowiada za nich kwestie. Jest swoistą, nieco komiczną (z uwagi na nerwowy chód i czasem przesadną intonację) kreacją suflerki i inspicjentki w jednym. Jest to źródłem humoru sytuacyjnego: częściej narratorce bardziej zależy na przedstawianej historii niż bohaterom, widać jej (czasem celowo nadmierne) zaangażowanie w fabułę. Postać ta pozwala widzowi traktować historię z dużym przymrużeniem oka.

Atutem przedstawienia jest gra aktorska, nie ma tu słabych lub mało wyrazistych bohaterów. Zarówno aktorzy Teatru Śląskiego (Grażyna Bułka jako Oma, Marcin Gaweł jako Pyjter czy Anna Kadulska jako Dorotka), jak i Teatru Zagłębia (Mirosława Żak jako narratorka i bezimienna dziewczyna Poli), a także główny aktor (gościnnie: Michał Majnicz – Edek) wypadają świetnie. Szkoda jednak niewykorzystanego potencjału pozostałych aktorów, na przykład Wiesława Sławika, zasłużonego artysty Teatru Śląskiego, który wypowiada raptem kilka zdań w końcowej scenie, a jego postać (kapitan załogi Ślązaków, którzy uciekli na Księżyc) nie jest znacząca fabularnie. Może bardziej sprawiedliwe rozdzielenie ról pozwoliłoby zaprezentować pełen wachlarz możliwości tak wartościowej obsady.

Koncept Jacka Jabrzyka i Przemysława Pilarskiego miał potencjał, bo tożsamość i przyszłość Śląska to niełatwe do jednoznacznego przedstawienia problemy. Początek zapowiadał ciekawy spektakl, szczególnie że historie „postapo” wiele nam mówią o współczesnych wyzwaniach i prognozach na przyszłość. Kolejne sceny przynoszą jednak coraz większy chaos, tak że zakończenie staje się niejasne. Wiele wątków zostaje zbyt krótko pociągniętych (kim jest Kazimierz Juliusz, dlaczego Pola nic nie mówi przez niemalże cały spektakl); brak jasnej przyczynowości i konsekwencji fabularnej (dziewczyna Poli pojawia się znikąd, przybywa z Księżyca jako wielka miłość bohaterki, natomiast wcześniej brak jakiejkolwiek wzmianki o tej relacji). Trudno stwierdzić, jaka jest rola Dorotki w historii – asystentka, pielęgniarka, surowe monstrum?

fot. Przemysław Jendroska/mat. teatru

Być może wszystko to wynika z przyjętej konwencji surrealizmu i groteski: ogromne atrapy klusek śląskich, na których tańczą rytualnie Edek, Pola z napotkanymi Omą i Pyjtrem; przemieszanie tragicznego monologu Edka z momentalnie następującym komizmem. Jednak nawet taki zabieg wymaga większej spójności w łączeniu elementów. Widz wychodzi z wrażeniem pomieszania, bo nawet powracające motywy (Pola, kluski śląskie) nie niosą ani jasnych, ani symbolicznych znaczeń. Niełatwo uwierzyć w ckliwe zakończenie, w którym Edek jednoczy się ze Ślązakami i wspólnie postanawiają odbudować Śląsk. Przyczyna takiego a nie innego zwieńczenia historii wydaje się nie mieć umocowania w fabule, zwłaszcza że chwilę wcześniej wszyscy bohaterowie (i główni, i poboczni) planowali odlecieć na Księżyc. Akcja rozwiązuje się zatem nieoczekiwanie w innym kierunku. Pozostanie na zniszczonym Śląsku tłumaczone jest słowami, że odtąd bohaterowie zbudują świat na nowo, na bazie miłości – „jedynego odnawialnego surowca”. Wcześniej jednak wątek uczuć jest poruszany w bardzo płytki sposób: Edek kokietuje Polę, ale nie ma w tej relacji żadnej siły zdolnej wybrzmieć w formie zwycięstwa miłości; Pola ma dziewczynę, ale niewiele wiadomo o tym związku, więc trudno, aby była przekonująca.

W zestawieniu z drugim spektaklem składającym się na projekt „Zagłębie//Śląsk” (zeszłoroczny „Nikaj” w reżyserii Roberta Talarczyka, utrzymany również w konwencji apokalipsy, był znacznie bardziej udany) „Węgla nie ma” niestety pozostawia w widzu więcej zmieszania niż odpowiedzi na pytania, które stawia o przyszłość i tożsamość regionu.

***
Małgorzata Pabian – studentka sztuki pisania na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, pasjonatka literatury i teatru.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne